Dzisiaj opowiem o trzech 23-25-latkach, które doskonale wpisują się w narrację o „dwóch pokoleniach Zet”. Pierwsze – korzysta z pomocy rodziców i bimba sobie, drugie walczy pazurami o pozycje.
Przypadek 1. Córka zamożnych rentierów. Skończyła studia, ale praca w korpo (podziałała tam chwilę) jej nie bawiła, więc poszła pracować do cukierni. Pensja minimalna czyli 3600 zł. Kompletnie tego nie widać. Rodzice kupili samochód (prawie nowy, miejski SUV), własne mieszkanie, ubrania, najnowszego iPhone, zjeść można w firmie (w weekend u mamy). Zero obowiązków i 3000 zł do rozpuszczenia na przyjemności.
Przypadek 2. Córka rozwiedzionych rodziców. Druga skrajność – mieszka z jednym z rodziców i rodzeństwem w domu po dziadkach. Studiuje zaocznie (500 zł/m-c), pracuje w sklepie w galerii (niepełna minimalna czyli na razie 3500 zł), dokłada się trochę do domu (1000 zł), płaci za dojazdy (400 zł/m-c). Zostaje jej 1600 zł, które przeznacza na ubrania, wyjścia ze znajomymi, oraz 2 razy w roku, jakieś wakacje. Tyle. Czeka na księcia na białym koniu i lepsze czasy. Nie ma widoków na własne mieszkanie.
Przypadek 3. Córka klasy średniej. Pracuje w służbie zdrowia, bierze nadgodziny, więc spokojnie wyciąga 120% średniej krajowej. Nadal mieszka z rodzicami, o własnym mieszkaniu myśli z przerażeniem (wkład i raty). Ponieważ zarabia nieźle, zaczęła spełniać marzenia – kupiła sobie w salonie samochód (niewielki) klasy premium na kredyt. Przy racie 2000 zł (5 lat, 20% wpłaty), kosztach serwisu i paliwa, auto pochłania jej 1/3 budżetu. Resztę przeznacza „na życie” czyli podróże, gadżety i własne utrzymanie. W sumie oszczędza niewiele.
Trzy opowieści, trzy młode kobiety (dwie singielki), różne przypadki i dochody (różnica pomiędzy najgorzej i najlepiej zarabiającą: 5000 zł). Patrząc na nie, wszystkie wyglądają podobnie, chodzą do tych samych lokali na matchę, żyją w tym samym mieście. Natomiast ich losy na razie kształtuje sytuacja rodziców. Żadna nie oszczędza. Jedna, bo nie musi, druga bo nie może, trzecia, bo nie chce.