Jak przetrwać spadek dochodów? Co możesz zrobić sam.

Pandemia i gwałtowny spadek dochodów skłania nas do powrotu do korzeni. Jednym z jego elementów jest zasada „zrób to sam”, tak powszechna w gospodarce ciągłych niedoborów z okresu PRL-u. Czy dzisiaj jeszcze da się do niej wrócić?

W znacznej części tak. Oczywiście jedni będą samodzielnie wykonywać pewne rzeczy z przyjemnością inni zmuszeni obcięciem pensji o 40%.  Jak to może wyglądać?

Jedzenie. Bez niego trudno przeżyć. Głód to podstawowa potrzeba domagająca się natychmiastowego zaspokojenia. Tymczasem w kryzysie wiele rzeczy podrożało (np. w mojej piekarni chleb o kolejne 15%). Stykamy się zatem z zarówno z potrzebami jak i możliwościami. Przy okazji własnoręcznie zrobione jedzenie będzie zdrowsze.  Jak daleko możemy się posunąć? To zależy czy mamy kawałek własnej ziemi, jak duży i gdzie. Ja mam niewielki ogródek przy domu i sporą działkę 30 km od niego. Mogę pokusić się o produkcję roślinną i przetwórstwo. Mieszkaniec bloków ograniczy się do tego ostatniego. Mieszkający na wsi doliczy jeszcze hodowlę zwierząt.

Kiedy w zimie planowałem projekt przeżycia miesiąca za 300 zł (który będę realizował w sierpniu) przeprowadziłem dokładną analizę. Jej wynikiem stała się konstatacja – mogę wyprodukować praktycznie wszystko, co niezbędne do jedzenia. Wyjątkiem są: kawa, herbata, sól, cukier i niektóre przyprawy. Ile na nie wydam? Grosze (zwłaszcza, gdy kawę piję w ilości 1 mała filiżanka dziennie). Oczywiście czym innym wyżywić jedną osobę na wsi, a czy innym całą rodzinę w mieście, ale pokazuje to pewną skalę. No właśnie, a w mieście, jakie kroki można podjąć w takich warunkach?

Wędlina. W moim domu idzie jej coraz mniej, ale w wielu innych jest must have. Pamiętam mojego ojca (z zawodu inżyniera i przy okazji antytalent kulinarny – mam to po nim) jak marynował pyszne szynki, sprawiał własnoręcznie ryby, sprawiał zająca podarowanego przez przyjaciela-myśliwego itp., aby przerobić go na pasztet.  Da się – da się. Moja mama wykonywała roladę z żółtego sera (wyprodukowanego przez dziadka) i różnych resztek. Krótko mówiąc – wędlinę zrobicie.

Pieczywo i słodycze. Moja żona, jak i wiele znajomych kobiet doskonale piecze. Oznacza to, że mamy i domowe ciasta (doskonale zastępujące kupione słodycze) i od czasu do czasu chleb, który smakuje zupełnie inaczej niż kupiony.  O ile na chlebie zaoszczędzimy mniej, o tyle w przypadku ciast różnica robi się ogromna. Ostatnio na prośbę członka rodziny odbierałem tort z lokalnej cukierni. Porcja na 10 osób kosztowała 180 zł, podczas gdy koszt produktów około 30 zł.  Domowe pieczenie wychodzi też znacznie taniej niż kupowane ciastka czy czekoladki.

Masło i sery. Jak pisałem na blogu – zrobienie domowego masła to nic trudnego. Wystarczy odpowiednia śmietana i mikser lub nawet blender z końcówką do mieszania. Wyprodukowane masło będzie miało cenę zbliżoną do tego z dyskontu, ale znacznie niższą niż np. osełka renomowanej firm, kosztująca 30 zł/kg.   Z serami sytuacja jest nieco inna. Proste sery białe (twarogowe) zrobi każdy. Dojrzewające i żółte to wyższa szkoła jazdy.  Do tego wszystkiego wystarczy kupować półprodukty (śmietana, mleko) i wcale nie trzeba hodować krowy/owcy/kozy.

Olej. Spokojnie wystarczy wytłaczarka z Lidla. Kupiłem taką i robiłem olej z orzechów włoskich (aromatyczny do sałatek) i słonecznikowy (do smażenia).

Smalec.Kupujemy słoninę i topiąc ją uzyskujemy smalec. Zadanie dla początkujących.

Nawet mieszkając w mieście możemy pokusić się o zakup działki w ROD (rodzinne ogrody działkowe). To wprawdzie nie jest własność (lecz prawo użytkowania), a teraz podobno droga przez mękę (każdy hipster chce mieć taki ogródek), ale może ktoś z rodziny już nie ma siły, warto się rozglądać. Uzyskujemy wtedy doskonałe pole do produkcji owocowo-warzywnej. Nie chcę powtarzać szeregu wpisów ogrodniczych, ale przykład wielu osób wskazuje – z działki o powierzchni 300 m2, o ile jest intensywnie wykorzystywana da się spokojnie wyżywić niewielką rodzinę. Trzeba tylko odpowiednio dobrać uprawy i … już możemy cieszyć się własnymi czereśniami, które w tym roku mają być podobno wyjątkowo drogie (40-50 zł za kg) truskawkami, jabłkami, cukinią, pomidorami, ogórkami itp., które przy odrobinie dobrych chęci zamienią się także w przetwory na zimę.

Ja wprawdzie mam działkę ok. 3500 m2, ale w tym roku poszedłem w ogromne ilości i jeśli plony dopiszą będę cieszył się własnymi warzywami w zaplanowanej ilości ponad 1 tony. Do tego dojdą owoce i wystarczy nawet dla 4 osób.

A co jeśli postawimy i na zwierzęta?

Jajka, drób  i miód. Tutaj nic nie wymyślimy – trzeba mieć kurę i pszczoły. To możliwe raczej  tylko na większej działce poza miastem.

Wieprzowina. Własna świnia to wyższa szkoła jazdy. Na razie poza moim zasięgiem, ale planuję kupować półtusze celem własnoręcznego rozbioru.

Mleko.Krowa to znowu za wysokie progi, może uda się z kozą. Miała być w tym roku, ale chyba odłożę plan na kolejny.  Koza niewiele je, potrzebuje mniej przestrzeni, daje też mniej mleka (nie wyobrażam sobie przerabiania codziennie 10 l od krowy).

W ten sposób, idąc metodą małych kroków, od zadań prostych (własne masło) dochodzimy do praktycznie samowystarczalnego gospodarstwa.

Remonty. Zasada „zrób to sam” nie kończy się na jedzeniu. Równie popularne są własnoręczne remonty. Wystarczy trochę wiedzy, samozaparcia, dokładności by odkryć w sobie pokłady inwencji twórczej. Znam zawodowych muzyków kładących gładź, polonistów montujących samodzielnie drzwi,  lekarzy odnawiających meble itp. U mnie w domu żona maluje, lutuje i tapetuje, a ja nauczyłem się kłaść glazurę (kafle), płyty k-g, wykonywać ocieplenia z wełny mineralnej, proste naprawy dekarskie, czy izolacje murów. Nie bierzemy się tylko za to co wymaga albo kwalifikacji i doświadczenia (gaz, prąd, woda), skomplikowanych maszyn lub jest względnie tanie (murowanie).

Jeszcze mój tato własnoręcznie naprawiał samochód, ale teraz stopień skomplikowania wyłącza w zasadzie taki plan.

Szycie ubrań. Podobno to wyższa szkoła jazdy. Osobiście nigdy bym się tego nie podjął, ale np. moja mama, wykonując zawód zdecydowanie miejski potrafiła samodzielnie uszyć kożuch, w którym dumnie chodziłem do szkoły.

Naprawa ubrań i butów. Dzisiaj już prawie nikt nie naprawia ubrań i butów. Wynika to z dwóch kwestii – szewc bierze 30-50 zł a nowe buty kosztują 200 zł. Dodatkowo, większość produktów to wykonane w Chinach jednorazówki. Słaba skóra (jeśli nie materiał lub derma) wyklucza sens napraw, poza może sklejeniem podeszwy z resztą. To są buty na 1, 2 sezony i to nawet w lepszych firmach. Kiedyś (jeszcze jako nastolatek) nosiłem buty 3-4 sezony i to codziennie. Nowe starczają mi na max. 2 lata. Mój ojciec do dzisiaj ma lakierki Salamandra kupione w 1984 r., które najpierw używał sam (fakt, od święta), potem wykorzystywali je synowie (na egzaminy, bale, studniówki) a od 20 lat znowu pełnią swoją pierwotną rolę. Są mega wygodne i nadal eleganckie pomimo swoich 35 lat.

Podobnie jest z ubraniami. Dostałem krawat. Po roku starła się farba w miejscu węzła i nadawał się do wyrzucenia. Nadal jednak mogę korzystać z kupionego 20 lat temu na mój ślub.

Jak widzicie przemysł zmierza do uniemożliwienia przeciętnemu człowiekowi samodzielnej naprawy. Nadal jednak zdarzają się produkty (często bardzo drogie), które wytrzymują lata. Warto na nie polować i za jakość zapłacić.

Własne meble. Na ten poziom jeszcze nie wszedłem, ale znam ludzi, którzy samodzielnie zrobili stół, krzesło, szafę. To podobno wielka satysfakcja, codziennie patrzeć na taką rzecz. Dodatkowo spora oszczędność. Dobrej jakości drewniany mebel kosztuje. Jednorazówkę z płyty wiórowej wyrzucamy po kilku sezonach.

Podsumowując. Własnoręczne zrobienie wielu rzeczy daje nam satysfakcję i oszczędność. Dwa w jednym. Warto przynajmniej spróbować.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *