Warning: Undefined array key 1 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505

Warning: Undefined array key 2 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505
styczeń 2016 – Strona 3 – Oszczędny Milioner

Jakie książki warto przeczytać w 2016 r. ?

Od kilku lat w grudniu tworzę plan książek, które przeczytam w następnym roku. Ponieważ poświęcam na lekturę minimum pół godziny dziennie (ale codziennie), jestem w stanie przeczytać nie mniej niż 4 książki miesięcznie. Żeby nie popaść w rutynę i monotonię wybieram na zmianę spośród 5 kategorii:

  • literatura polska,
  • literatura światowa (w tym koniecznie temat przewodni – w tym roku Szekspir),
  • książki zawodowe,
  • pozycje o finansach,
  • ostrzenie piły (tematy zgodne z moją filozofią życia).

Na podstawie doświadczeń z ostatnich lat, osobom starającym się osiągnąć zamożność polecam 5 książek z kategorii – finanse:

  1. Sekrety amerykańskich milionerów (Th. Stanley, W.Danco).
  2. Jak kontrolować swoje finanse (Sylwia S. Lim)
  3. Jak pomnożyć źródła swoich dochodów (Robert Allen)
  4. Bogaty albo biedny, po prostu różni mentalnie! (T. Harv Eker)

5.   Bezpieczne strategie inwestycyjne (K.Van Tharp, S. Sjuggerud, D.R. Barton Jr.)

Każda z ww. książek kładzie nacisk na trochę inne kwestie, ale wszystkie odnoszą się do budowania zamożności. Ich krótkie opisy (kilkuzdaniowe notatki) poniżej.

Sekrety amerykańskich milionerów

Myśl przewodnia – prawdziwi milionerzy, to nie są te osoby, które uważamy za bogatych. Połowa amerykańskich milionerów kupuje używane samochody, większość nosi tanie ubrania z marketu, niedrogie zegarki. Wydają za to pieniądze na inwestycje. Ci, których uważamy za milionerów, to w przeważającej większości aspiranci – osoby dużo zarabiające, a nie zamożne. Często ledwo wiążą koniec z końcem, żyją na kredyt.

Pozycja pełna danych statystycznych, ale czyta się lekko i daje do myślenia. Wady – nie zawiera praktycznych porad inwestycyjnych, ani oszczędnościowych poza jedną – zawsze wydawaj sporo mniej niż zarabiasz.

Jak kontrolować swoje finanse

Zero filozofii. Czysta esencja wiedzy. Jak zacząć wreszcie osiągać cele finansowe, spłacić kredyty i zacząć żyć.  W porównaniu z pierwszą trochę lakoniczna, ale pisała ją księgowa. Na początek doskonała.

Jak pomnożyć źródła swoich dochodów

Idea książki zaczyna się od konstatacji, że obecnie jedno, a nawet dwa źródła dochodu na rodzinę zupełnie nie wystarczają. Dla bezpieczeństwa potrzebujesz wielu strumieni w tym tzw. pasywnych (wpływy niezależne od pracy). Zawiera kilka strategii inwestowania w nieruchomości. Odnosi się do giełdy, własnej firmy itp. Ponownie pozycja praktyczna.

Bogaty albo biedny po prostu różni mentalnie!

Bogaci, klasa średnia i biedni myślą inaczej. Widzą ten sam świat, ale z obserwacji wyciągają zupełnie inne wnioski. Autor odkrywa myśli o pieniądzach, które nie pozwalają nam się bogacić i zwalcza je po kolei. Napisana bardzo ciekawie i dająca do myślenia.

Bezpieczne strategie inwestycyjne 

Must have dla pragnących zbudować zamożność i rozpoczynających inwestowanie na giełdzie. Pisana przez praktyków dla praktyków, zawiera konkretne pomysły jak zarobić i w co lokować pieniądze. Dodatkowym bonusem jest rozdział o finansach w wydaniu dziecięcym.

Jak niezła nieruchomość stała się najgorszą inwestycją – kredyt w CHF

Na nieruchomościach nie można stracić. Kto nie kupi teraz, zmarnuje życie. Kup zanim ceny znowu wzrosną. Tak krzyczały nagłówki gazet w 2007 r. w szczycie cen nieruchomości. Wiele osób dokonywało zakupu za kwoty, których po pierwsze nie mieli,  po drugie ograniczone tylko fantazją deweloperów. Przykład jest prosty i pochodzi z miasta w którym regularnie spędzałem wakacje – Szczawnicy nad Dunajcem. Wybranie lokalizacji nie ma większego znaczenia bo w czasie hossy na rynku nieruchomości ceny rosły wszędzie.

W 2001 r. można było kupić mieszkanie 50 m2 za 60 tys. zł. W 2006 r. już za 120 tys. zł. Doskonały interes powie ktoś i…. sprzeda. Ale w 2007 r. cena wynosiła już 200 tys. zł. Rozumiesz?  Ponad trzykrotny wzrost wartości w ciągu 6 lat, w tym 80 tys. w ciągu roku. Tak właśnie wyglądał rynek w 2007 r.  Jednocześnie rosły też ceny akcji a frank szwajcarski kosztował 2,2 zł.

Wydawało się, że może być tylko lepiej. Frank zsunie się poniżej 2 zł, a ceny nieruchomości dalej będą rosły.

Nierozsądni dali się omamić.

Mamy rok 2015. Minęło 8 lat. Mieszkanie w Szczawnicy  kosztuje 180 tys. i to tylko dlatego, że jest ich po prostu mało, a miasteczko bardzo się rozwinęło (w Warszawie ceny zsunęły się o 20%, nowe mieszkania są dostępne za 5,8 tys. zł). Franka szwajcarskiego można kupić za 3,9 zł.

I gdzie tu miejsce na najgorszą inwestycję.  Był nim zakup mieszkania w 2007 r., na kredyt denominowany we franku szwajcarskim.  Policzmy.

W 2007 r. 200 tys. to około 91 tys. CHF. Tyle bierzemy kredytu. W ciągu 8 lat z kredytu w najlepszym razie spłacono ok. 1/6 kapitału (czyli ok. 15 tys. CHF). Nadal pozostało do spłaty 76 tys. CHF. Dobrze? Gdzie tam. W tej chwili to ok. 296 tys. zł. Przypomnijmy – za mieszkanie warte 180 tys. zł. Na tym właśnie polega tragedia frankowiczów. Nie wysokość raty (wahała się podobnie jak w złotówkach, choć w innych okresach) lecz właśnie obecna kwota kredytu jest zabójcza. Właściciele mieszkań nie mogą doprowadzić do zamknięcia kredytu tzn. przewalutować, refinansować, zmienić, rozwieść się a nawet … umrzeć, bez zrealizowania gigantycznej straty.

 

 

Jak najlepiej budować swoją zamożność?

Istnieją dwie drogi budowania swojej zamożności i/lub niezależności finansowej: stopniowa, metodą małych kroków, oraz skokowa, polegająca na zrobieniu tzw. złotego strzału (jednej doskonałej inwestycji, biznesu życia itp.).

Nie ukrywam, że jestem gorącym orędownikiem pierwszej drogi do sukcesu finansowego.  Ma ona wiele zalet i tylko jedną wadę (trzeba czekać). Szczegóły poniżej.

Bogać się stopniowo – zalety.

  1. Uczymy się jak być zamożnym.

Zamożność to rola, jak każda inna. Trzeba się w nią wcielić. Doskonałość buduje się latami. To właśnie dlatego zwycięzcy milionów w Lotto, tak często trwonią ogromne pieniądze. Po prostu nie wiedzą jak nimi zarządzać.

My możemy inaczej. Uczymy się jak pieniądz na nas działa, na jakie pokusy nas wystawia. I opracowujemy metody jak się im oprzeć. Duży majątek zdobyty nagle, często uruchamia złe cechy i właśnie one niszczą życie nagłemu milionerowi. Większość stopniowych milionerów nie ma tych problemów. Przyzwyczajają się do pieniędzy i nie przychodzą im do głowy głupie pomysły. Stale podnoszą swoje kompetencje w ramach trójkąta zamożności: zarabiać, oszczędzać, inwestować.

2. Większe prawdopodobieństwo sukcesu.

Jak duża jest szansa trafienia w Lotto, bycia najlepszym sportowcem, zrobienia kariery muzycznej? Bardzo, bardzo niewielka.

Jak duża jest szansa zostania milionerem jako przedsiębiorca? Wysoka (średni majątek polskiego przedsiębiorcy wynosi ok. 800 tys. zł). Milionerem zostanie też prawie każdy, który uczciwie przejdzie ścieżkę opisywaną na tym blogu, a zarabia z mężem/żoną dwie średnie krajowe. Czyli zacznie najpierw być milionerem, zanim zdecyduje się mieć miliony.

Metoda stopniowego budowania bogactwa ma, ze względu na prawdopodobieństwo dojścia do celu, znaczną przewagę nad nagłym deszczem pieniędzy. Pamiętaj o tym.

3. Jest dla każdego – wystarczy być przeciętnym.

Nagły skok zamożności – to droga  dla szczęśliwców. Żeby zostać milionerem stopniowo, wystarczy przeciętność. Przeciętność, czyli dochody na poziomie średniej krajowej, niewyszukane metody inwestycyjne i brak szaleństwa wydatkowego. Na prawdę, uwierz mi, tylko tyle. O szczegółach dowiesz się w kolejnych wpisach.

4. Możesz wprowadzać zmiany, tak że nawet ich nie poczujesz.

Radykalna zmiana stylu życia boli. Wie o tym każdy, kto chociaż raz próbował rzucić palenie, przejść na dietę. Znam przyjemniejszą metodę. Małe kroki. Stopniowe udoskonalenie. Kaizen. Właśnie „kaizen milionera” chcę wam zaproponować. Niedługo napiszę o tym długiego posta.

5. Jest wiele dróg. Możesz znaleźć swoją.

Wielu amerykańskich guru bogactwa mówi: „Ponieważ najwięcej milionerów jest wśród przedsiębiorców, rzuć pracę, załóż firmę, zostań milionerem”. Prawda? Nieprawda. Nie każdy ma predyspozycje, aby prowadzić własną firmę (niestety). Niektórzy są doskonałymi pracownikami, a tragicznymi menedżerami. Po prostu zbankrutują. Nie umieją sprzedawać. Muszą mieć poczucie bezpieczeństwa na etacie itp. Droga stopniowego bogactwa jest dla prawie każdego. Możesz to zrobić będąc nauczycielem. Możesz to zrobić będąc przedsiębiorcą. Możesz to zrobić będąc lekarzem. Możesz to zrobić pracując w sklepie, salonie samochodowym, jako fryzjerka, sędzia, budowlaniec, piekarz. Nie ważne jaki zawód wykonujesz, to droga dla Ciebie.

Jedyna wada.

Nie ma róży bez kolców. W przypadku stopniowego bogacenia kolcami jest czas. Stopniowo nie staniesz się milionerem z dnia na dzień. Jeśli będziesz miał szczęście (tak jak ja) wystarczy może 7-8 lat, jeżeli trafisz na trudniejszy okres, do celu będziesz dochodził 30 – 40 lat. Nie oszukuję, nie ściemniam. Tego nie da się zrobić z dnia na dzień. Uprzedzam, żebyś się nie rozczarował.

Ale życie takie właśnie jest. Nikt nie kończy studiów w tydzień. Nie zostaje mistrzem świata w weekend. Nie zdobywa ośmiotysięczników po wstaniu z kanapy. Nie zbiera jabłek nazajutrz po zasadzeniu drzew. Wszystko co dobre, potrzebuje dojrzeć. Pamiętaj o tym.

Nikt po mnie nie będzie płakał

Nie obawiajcie się. Tytułowa deklaracja nie jest objawem depresji piszącego związanej z krótkim dniem, lecz częścią dłuższej wypowiedzi przedstawiciela bractwa przeciwników ubezpieczeń. Sądzą oni, że:

  • kto się ubezpiecza sprowadza na siebie zły los (tak samo jak oszczędzając na czarną godzinę, przyciągamy złe zdarzenia w swoim życiu),
  • nie otrze się łez banknotami,
  • duże pieniądze wywołują wielkie wojny rodzinne, a po nieubezpieczonym na życie „przynajmniej ktoś będzie szczerze płakał”.

O ile z myśleniem magicznym trudno polemizować na poziomie racjonalnym, to jednak warto zauważyć, że nieubezpieczonym również przytrafiają się przykre zdarzenia a nawet, o dziwo, zdarza im się umrzeć. Nie prowadziłem badań statystycznych, chociaż może warto, ale przypuszczam, że prawdopodobieństwo śmierci, wypadku itp. jest równe u osób ubezpieczonych i nieubezpieczonych. Na tym fundamencie: pewność śmierci i możliwość innych nagłych, a niepożądanych wydarzeń zbudowana jest idea ubezpieczeń.

Co do tezy o nieocieraniu łez banknotami, to jest ona co do zasady słuszna. Żadne pieniądze nie zastąpią dzieciom ojca, który zginął w wypadku, żadna kwota nie pozwoli żonie zapomnieć o utracie męża. Spójrzmy jednak z drugiej strony. Otrzymane odszkodowanie ułatwia życie, nie zmusza kobiety, która nigdy nie pracowała do natychmiastowego zarabiania. Daje dzieciom możliwość dokończenia studiów i pozwala pewnie życzliwiej myśleć o zmarłym.

Z kolei przy podziale rodzinnego majątku zaczynają się największe kwasy. Dlatego warto podzielić sumę ubezpieczenia po równo na wszystkich uprawnionych np. żonę i dzieci. Nie powinno się wyróżniać nikogo, zarówno na plus, jak i na minus. Może być i tak, że wypłata ubezpieczenia pozwoli spłacić długi spadkowe (dla osób posiadających kredyt hipoteczny, ubezpieczenie na życie jest zdecydowanie „must have”).

Zdanie, „Nie ubezpieczam się to przynajmniej ktoś będzie po mnie szczerze płakał” usłyszałem od jednego z kolegów jako reakcję na moją opowieść o posiadanej polisie na życie.  Zupełnie się z nią nie zgadzam. Wiem, że pieniądze nie zabiją bólu, nie wypełnią pustki po bliskim, nie ma się co oszukiwać, tak się nie stanie. Pieniądze i uczucia leżą bowiem na różnych półkach w naszym umyśle (patrz teza „Nie ociera się łez banknotami”). Nagły przypływ gotówki, nie zatrzymają łez po stracie kochanej osoby, mogą tylko ułatwić etap żałoby. Tak jak u niekochającego męża/żony/dziecka brak polisy nie sprawi, że ktoś szczerze zapłacze. Tak więc „ubezpieczajmy się”.

Dlaczego wybieram ogrzewanie gazowe?

Piec gazowy, na olej opałowy i ogrzewanie elektryczne mają zasadniczą zaletę – są praktycznie bezobsługowe. Nie wymagają ingerencji właściciela, czyszczenia paleniska, dokładania opału, miejsca do składowania i dodatkowych prac. Nie zanieczyszczają domu. Z tego względu wydają się idealne np. dla osób starszych.  Niestety, każdy kij ma dwa końce, okazują się droższe w eksploatacji.

Podane wcześniej wyliczenia, jak wskazałem dotyczą mojego domu. W Waszych może być zupełnie inaczej. Stary nieocieplony duży dom-kostka położony na wsi, na odkrytym terenie może mieć zapotrzebowanie na energię grzewczą nawet i 50000 kWh/rok. To oznacza, że ogrzewanie go gazem pochłonie blisko 10.000 zł. Przy drewnie już tylko 4.000 zł.

Z kolei  niewielki dom energooszczędny wymaga  nie więcej niż 4000 kWh/rok. Gaz kosztuje zatem 800 zł, a drewno 320 zł.

Zmiana na drewno, wyliczona powyżej, albo winna być dokonana natychmiast (stary nieocieplony dom), albo nigdy (bo nie ma szans się zwrócić przy dobrym ociepleniu).

Wracając jednak do mojego przypadku. Gdybym przestawił się na drewno musiałbym   uwzględnić   dodatkowy   koszt  porąbania drewna  –  przyjmijmy  40 zł/ mp.  Ja potrzebowałbym ok. 8 mp. Taka ilość to już  albo 24 godziny własnej pracy (czyli w praktyce 3 soboty, które miały być wolne, lub 8 popołudniówek) , albo dodatkowy wydatek 320 zł.  Przewaga drewna nad gazem spada do 1700 zł.

Do pieca opalanego drewnem trzeba dokładać. Przyjmijmy optymistycznie 3 razy dziennie, za każdym razem po 5 minut. W sezonie grzewczym to 15 minut dziennie x 180 dni czyli 45 godzin pracy.  Zakładając stawkę z pensji minimalnej wyjdzie mi 450 zł. Drewno jest tańsze o 1250 zł.

A są to wyliczenia optymistyczne. Po pierwsze moja roboczogodzina warta jest przynajmniej 50 zł, a nie 10 zł, więc 45 godzin pracy w sezonie grzewczym to 2250 zł, czyli więcej niż różnica w cenie gazu i drewna.

Poza tym nie mam miejsca na składowanie 16 mp (sezonowanie oznacza zapas przynajmniej na 2 lata). To przestrzeń o podstawie 3 m na 2 m i wysokości 2,6 m.

Podobnie liczy wielu spośród moich sąsiadów i wszyscy przestawili się na gaz.

Gdybym jednak pracował mniej, miał dostęp do własnego lasu, albo stary dom na wsi, decyduję się na drewno.

Ile kosztuje ogrzewanie mojego domu – porównanie gazu, oleju, węgla, drewna, prądu?

Ile kosztuje ogrzewanie (na przykładzie mojego domu)?

Często na forach dotyczących oszczędzania spotykam się z pytaniem – ile kosztuje ogrzewanie domu/mieszkania gazem/prądem/kominkiem/piecem węglowym. Postaram się na nie odpowiedzieć, na przykładzie wyliczeń opartych o zużycie gazu w moim domu.

Jeśli szukacie uniwersalnej odpowiedzi, to brzmi ona – to zależy od domu. Dlaczego?

Zapotrzebowanie domu na ciepło, różni się z powodów takich jak:

  • temperatury na zewnątrz (czyli ciepła kontra chłodna zima),
  • ciepłolubności właścicieli (znam piecuchów, lubiących 24 stopnie jaki i mrozolubnych, którym wystarcza 16 stopni C),
  • wielkości domu (inaczej jest w małym domku, a inaczej w kilkusetmetrowej willi),
  • ocieplenia (istotny wpływ),
  • położenia (strony świata, na otwartym terenie lub gęstej zabudowie).

Podam zużycie z dwóch zim. Jednej ciężkiej (2013/2014), dom jeszcze nieocieplony. Drugiej lekkiej (2014/2015), już po ociepleniu. Mój dom ma 120m2,  położony jest w mieście. Utrzymujemy stałą temperaturę 19.5 stopnia C. Teraz dane. Pierwsza zima – zużycie  ok. 2400 m3 gazu (27000 kWh energii), a kolejna już 1600 m3 (18000 kWh energii).

Załóżmy teraz wartość opałową poszczególnych paliw.  Gaz ziemny (11,25 kWh/m3),  gaz płynny 6,6 kWh/l, olej opałowy 10,09 kWh/dm3, węgiel ekogroszek 6,94 kWh/kg, drewno opałowe 2200 kWh/mp (buk).

Musimy też wziąć pod uwagę, że nie zawsze z 1 kWh pobranej energii uzyskamy 1 kWh ciepła.  Jaki będzie zatem wynik. Kocioł nowszego typu (gaz ziemny, gaz płynny, olej opałowy) posiada sprawność 95%,  kocioł na węgiel i drewno już tylko 75%.

Ceny paliw są następujące (przy uwzględnieniu sprawności)  za  1 kWh rzeczywiście uzyskanej energii i abonamentów (o ile występują):

  • gaz ziemny – ok. 0,19 zł
  • gaz płynny – 0,28 zł,
  • olej opałowy – 0,23 zł
  • ekogroszek – 0,12 zł,
  • drewno opałowe – 0,08 zł
  • energia elektryczna (jedna taryfa) – 0,56 zł,
  • energia elektryczna (druga taryfa) – 0,3 zł.

Po przeliczeniu dzisiejszych cen (mogą się zmieniać) cena ogrania mojego domu będzie następująca:

Nieocieplony                     Ocieplony

Gaz ziemny                       5130 zł                           3420 zł

Gaz Płynny                        7560 zł                           5040 zł

Olej opałowy                     6210 zł                           4140 zł

Ekogroszek                        3240 zł                           2160 zł

Drewno                              2160 zł                           1440 zł

Prąd (2 taryfy)                   8100 zł                          5400 zł

Przy dzisiejszych cenach surowców energetycznych widać, że najtaniej ogrzewać drewnem, a najdrożej prądem.

Jutro policzę koszty inwestycyjne.

Czy opłaca się ocieplać dom – rozważania przy -17

Duże mrozy i ostatni rachunek za ogrzewanie skłoniły mnie do zastanowienia się, czy ocieplenie domu na prawdę się opłaca. Nie mówię tutaj o wyliczeniach na potrzeby kredytów termomodernizacyjnych, ale o twarde dane z praktyki. Oto one.

Kilka lat temu kupiłem nieocieplony dom, budowany w okresie PRL-u – klasyczną kostkę. Rachunki za gaz (ogrzewanie gazowe), które płaciłem, przy jednoczesnym stałym niedogrzaniu niektórych pomieszczeń i nieciekawej  elewacji skłoniły mnie do decyzji – ocieplamy.

Żeby jednak pozostawić koszty na rozsądnym poziomie ograniczyłem się do działań zewnętrznych i stropu, pomijając ocieplenie fundamentów, nieogrzewanej piwnicy i garażu.

Wynik – zużycie gazu mniejsze o 1/3 (liczone przy tych samych temperaturach zewnętrznych) oraz kieszeń lżejsza o prawie 30 tysięcy (przy okazji trzeba było wymienić rury spustowe, drzwi i obróbki blacharskie).  Dużo to czy mało?

Policzmy.

Zużycie gazu przed remontem (wyłączając ten na potrzeby inne niż ogrzewanie) – 2361m3, a po remoncie 1600 m3, zysk 761 m3 czyli około 1600 zł.

Gdyby liczyć klasycznie, inwestycja zwróci się po około 19 latach. Dodając odsetki od kapitału w wysokości 2% rocznie, będzie to 30 lat. Czyli nieopłacalne?

Nie do końca. Zyskałem nową elewację (i tak musiałem ją zrobić, co kosztowałoby mnie około 12 tys. zł) i komfort termiczny – po prostu w domu jest subiektywnie cieplej. Ale, w twardych kategoriach ekonomicznych, nie było warto.

Jak tanio kupić eleganckie ubrania?

Moja praca wymaga eleganckiego stroju. Muszę nosić garnitur, krawat, koszulę ze sztywnym kołnierzykiem i półbuty (zwane czasami trumniakami, bo niektórzy zakładają je dwa razy w życiu w tym na własny pogrzeb).

Żałuję tego stroju podwójnie. Najpierw dlatego, że  wolę dżinsy i koszule w kratkę. Poza tym dress code kosztuje.

Wiesz już, że jestem milionerem, ale nie lubię przepłacać. Dzisiaj historia okazyjnych zakupów.

Jako Polak wybieram polskie marki. Moimi faworytami są:

  • Vistula i Lantier (garnitury, płaszcze),
  • Wólczanka i Lambert (koszule, krawaty),
  • Gino Rossi i Ryłko (buty).

Zapewniają dobrą jakość. A ceny? No cóż.  Regularne będą bardzo wysokie. Ale nie byłbym sobą, gdybym nie próbował zaoszczędzić. Podzielę się z Tobą moim pomysłem.

Firma do której należą marki Vistula, Lantier, Wólczanka i Lambert (nie, nie biorę od nich pieniędzy) wyceniają garnitury na minimum 1300 zł, koszule na nie mniej niż 150-200 zł.

Co roku zmieniam jeden garnitur i około 5-6 koszul. Gdybym kupował w cenach regularnych zostawiam około 2.300 zł w trakcie jednych zakupów.

Postanowiłem pokombinować. Nie, nie jestem  super mózg. Po prostu poczekałem. Do stycznia.

Nagle garnitur zamiast 1300 zł kosztuje 450 zł. Taki wyceniany na 2000 zł, mogę mieć za 600 zł Koszule (6 sztuk) zamiast 1000 zł  kosztowały mnie 290 zł.

Kupiłem też buty Ryłko, płacąc zamiast 429 zł tylko 199 zł.

 

To jest sposób na tanie zakupy. Dlaczego uważam, że tanie? Może po prostu ceny pierwotne były tak zaniżone?

Chyba jednak nie do końca. Za 450 zł dostanę prawie najtańszy garnitur w Tesco. Za 45 zł mam koszulę z Lidla. Jakość – nieporównywalna. Czyli wyszło i dobrze i tanio. Znowu cierpliwość górą.

A może byśmy tak, najmilsza, wpadli na dzień do … Paryża?

Jednym z moich planów jest co roku odwiedzać przynajmniej jedno państwo. 2 lata temu były Niemcy, w ubiegłym roku Chorwacja i Węgry, na ten rok planuję Czechy.  Zacząłem analizować temat tanich podróży, również tych dalekich, bo o ile do Chorwacji można pojechać samochodem, o tyle np. do Gruzji czy nawet Paryża trzeba raczej korzystać z samolotu. Wycieczka lotnicza wydawała mi się bardzo droga, dopóki nie trafiłem na pewną stronę:

http://tanie-loty.com.pl

Nie jest ona zwykłą wyszukiwarką tanich połączeń, jakich wiele w sieci, ale zawiera też forum, oraz rekomendacje korzystnych wyjazdów i co najważniejsze nie są to tylko oferty last minute.

Weźmy tytułowy Paryż 

Wylot 1 marca 2016 (o 13.00 ) z Modlina na podparyskie lotnisko Beauvais i przylot do Polski 5 marca 2016 r. (godz. 18.10) kosztują 250 zł za osobę (2 osoby zapłacą ok. 500 zł). Dojazd z lotniska do Paryża i z powrotem to kolejne 160 zł za osobę (320 zł za dwoje podróżnych). Nocleg w Paryżu. 4 noclegi to dodatkowy wydatek 545 zł (blisko bazyliki Sacre Coeur), lub 1200 zł (Dzielnica Łacińska). Razem romantyczny wyjazd pary będzie kosztował już 1365 zł.  Dla porównania najtańsza wycieczka autokarowa (2 dni jazdy w obie strony), o porównywalnej długości pobytu na miejscu, z noclegami pod Paryżem (codzienne dojazdy) kosztuje ok. 2600 zł za dwie osoby.

Teraz Gruzja

Powitanie wiosny (20-24 marca 2016 r.) w Kutaisi.  Przelot 327 zł (w obie strony w klasie ekonomicznej z wylotem w nocy), za 2 osoby 654 zł. Noclegi (3) w hostelu (pokój 2-os z wanną) blisko centrum kosztują 150 zł (2 osoby). Razem wyjazd dwóch osób na  – 804 zł za trzy dni (wylot o 23), powrót (o 7.10).  Gdybym zabrał moich nastolatków, za 4 osoby zapłacimy tylko 1500 zł.

Czyli da się wyjechać za cenę porównywalną z wakacjami w Polsce ( dojazd z Lublina do Kotliny Kłodzkiej 600 zł własnym samochodem + 450 trzy noclegi w agroturystyce).

Postanowienia i plany noworoczne – czy warto?

Prowadzone od wielu lat badania wskazują, że osoby, które mają pisemne plany i postanowienia noworoczne mają wielokrotnie większą szansę ich realizacji. Podobne zdanie możesz znaleźć w większości książek o samorozwoju i motywacji. Czy jest to prawda? Jak to działa u mnie?

Portal bankier.pl powołując się na wyniki badań  Interaktywnego Instytutu Badań Rynkowych podał, że  w 2014 roku postanowienia noworoczne zrobiło blisko 80 proc. Polaków. Zrealizowało je tylko 8%.

Ze mną jest inaczej. Oto moje postanowienia na 2015 r.

  • zarobić określoną sumę pieniędzy (zrealizowane w 90%),
  • powiększyć majątek o inną sumę (zrealizowane w 60%),
  • oszczędzać minimum 20% dochodów netto (zrealizowane w 150%),
  • wyremontować łazienkę w domu na wsi (zrealizowane w 200%, bo konieczny okazał się remont także drugiej łazienki),
  • zrobić grządki, porządki w garażu, pomalować kraty (zrealizowane w 100%),
  • nauka francuskiego – 700 słów (zrealizowano w 30%),
  • przeczytać 52 książki (zrealizowano w 110%),
  • uprawiać sport minimum 3 razy w tygodniu (zrealizowano w 100%),
  • prowadzić bloga o oszczędnym trybie życia (zrealizowano w 100%),
  • prowadzić stronę własnej firmy (zrealizowano w 100%),
  • napisać książkę (zrealizowano w 50%),
  • przeczytać 365 orzeczeń SN (zrealizowano w 70%),
  • wystartować w biegu na 10 km z czasem poniżej 50 min. (nie udało się),
  • osiągnąć zysk z firmy na określonym poziomie (zrealizowano w 70%),
  • mieć określoną ilość klientów (zrealizowano w 60%),
  • zagrać mazurka op. 68 nr 2 Chopina (zrealizowano w 100%),
  • odłożyć na emeryturę 6000 zł (zrealizowano w 100%).

Jak widzicie mój współczynnik realizacji, nawet na poziomie spełnia/nie spełnia czyli 90% celu oznacza, że go nie osiągnięto, wyniósł 53%. Kompletnym fiaskiem (poniżej 50% celu) zakończyły się tylko 2 postanowienia, czyli częściowo osiągnięto przynajmniej 88% celów. Na czym polega sekret mojej skuteczności?

Po pierwsze cele roczne planuję zgodnie z moimi  długoterminowymi pragnieniami i marzeniami np. posiadanie własnej firmy i dochody z niej wynikają z chęci samowystarczalności finansowej, bieganie i ćwiczenia fizyczne to pochodne planu na bycie zdrowym do późnej starości.

Po drugie moje cele są mierzalne. Nie piszę – więcej biegać, ale uprawiać sport (bieganie, siłownia, rower) minimum 3 razy w tygodniu. Nie piszę  – zarabiać więcej, ale zarobić tyle a tyle.

Po trzecie, stosuje metodę kaizen (drobne zmiany), więc moje cele są realne. Nie ulegam jednak presji łatwych celów (co spowodowało, że musiałem zacząć wstawać bardzo wcześnie).

Po czwarte, sporządzam plan realizacji postanowienia. Rozkładam cel na mniejsze. Przeczytanie 52 książek rocznie, to 1 książka tygodniowo i nieco ponad 4 miesięcznie. Mam co roku listę lektur do przeczytania (w 2015 r. m.in. wszyscy nobliści z lat 2011-2015, Trylogia, 2 książki o sprzedaży, 3 o moim zawodzie). Utwory rozkładam sobie na takty.

Po piąte, regularnie sprawdzam postęp w realizacji celów. W przypadku finansów, codziennie wprowadzam dane o wydatkach i dochodach do arkusza kalkulacyjnego, który liczy postępy.

Po siódme, staram się, przynajmniej raz w tygodniu, zrobić krok naprzód w osiągnięciu każdego z celów.

Po ósme, spisuje wszystkie cele i regularnie je przeglądam.

To są przyczyny, dla których osiągam wielokrotnie lepsze rezultaty niż osoby przeciętne (chociaż do najlepszych stale też mi brakuje). To jest też sekret, tego, że stałem się milionerem.