Czy samowystarczalność żywieniowa jest możliwa?

W jednym z komentarzy Marek poruszył ważny temat – samowystarczalność w produkcji zdrowiej, dobrej jakościowo żywności. Czy to tylko utopia, czy realna alternatywa?

Patrzmy na dwie zmienne: czas i pieniądz. Zaczynamy oczywiście od tego drugiego. Żywność drożeje w zatrważającym tempie. Pomijam już czereśnie-nowalijki po 260 zł/kg, ale mówimy o chlebie, mące, warzywach, owocach, mięsie i wędlinach, serach – podstawie naszej diety.  Ba, ceny skaczą z dnia na dzień i dotyczą „niezdrowej żywności” (pierś z kurczaka po 30 zł/kg, masło 8 zł/kostka, chleb 7 zł/kg).  Zdrowa (ekologiczna, bio) jest znacznie, znacznie droższa. Ile? Minimum 2 razy.  No i gorzej dostępna. Tu pojawia się pokusa policzenia – czego trzeba, żeby taką żywność wyprodukować samodzielnie. Cofamy się przy tym do wspomnień z dzieciństwa na wsi. Zawsze była jakaś świnka karmiona zbożem, własna kurka, no i warzywnik z sadem. Czy da się to powtórzyć?

Najpierw powiedzmy sobie szczerze – coś tam będziemy musieli dokupić. Nie da się produkować cukru, herbaty, kawy w warunkach domowych.

Zacznijmy zatem od wyliczeń produktów możliwych do wyprodukowania. Na osobę (statystycznie) zjadamy ok. 4 kg owoców miesięcznie, 8 kg warzyw, 6,5 kg mięsa. Do tego dochodzi nabiał, jajka.  Czyli 4-osobowa rodzina potrzebuje ok. 190 kg owoców rocznie, do tego 380 kg warzyw i 310 kg mięsa. Biorąc pod uwagę średnie plony, wymaga to działki na wsi – zwykły ROD-os nie gwarantuje samowystarczalności, nie da się też na nim hodować zwierząt. I tu dochodzimy do problemu zasadniczego. O ile bowiem produkcja 190 kg owoców jest całkiem realna, warzywa też da się ogarnąć (380 kg to nic takiego), o tyle z mięsem mamy problem. Raz, że zwierze chce jeść więcej niż my sami. Taki tucznik zjada ok. 250 kg paszy zanim przybierze na wadze z 20 do 100 kg. Żeby osiągnąć 310 kg mięsa potrzebujemy ok. 5 tuczników, czyli ca. 1250 kg paszy.  Produkując mięso musimy mieć o ponad 200% więcej wyprodukowanych roślin (zamiast 570 kg robi się 1820 kg). I tu robi się problem, bo przy metodzie ekologicznej, zamiast przyzagrodowej działki robi się małe gospodarstwo (1 t zboża to 3000 m2 działki). Czyli musimy na całość mieć ok. 1 ha pola. Koszt takiego zakupu w Polsce to ok. 50-100 tys. zł w odległości ok. 30 km od  dużych miast.  Z siedliskiem realnie 2 -3 razy więcej.

A koszty? Posiadanie świń zlikwiduje nam problem zakupu obornika – mamy go w gratisie (pomijam efekty zapachowe). Ale przecież wszystko inne kosztuje. Trzeba popatrzeć realnie.  Taki mały prosiak to koszt 200 zł, czyli żeby wyprodukować 60 kg mięsa potrzebujemy własnych produktów (zboża, okopowych) oraz początkowego wkładu 200 zł. Nie liczę tu kosztów weterynarza ani jakiejkolwiek dokupowanej paszy, budynków i wyposażenia.

Nasion warzyw, sadzonek, drzewek owocowych też nikt nam nie da za darmo. Bazując na własnych doświadczeniach trzeba założyć 1000 zł/rok na warzywa/owoce i 1000 zł na prosięta. Mamy 2000 zł, na które trzeba zarobić. Bardzo możliwe, że czegoś tu nie doszacowałem.

Na koniec maszyny. Koniem tego hektara nie obrobimy. Potrzebny jest choćby mały ciągnik, albo, jak w moim przypadku, duża glebogryzarka spalinowa. Koszt minimum 4000-10000 zł na start. Do tego benzyna (ropa) wg limitu 110 l/ha i mamy już kolejny 1000 zł/rok.

Podsumowując kwestie pieniężne. Na start potrzebujemy ok. 310 tys. zł (siedlisko, ziemia, ciągnik). W każdym roku dodatkowo 3000 zł (nasiona/sadzonki, prosięta, ropa/benzyna), czyli 250 zł miesięcznie. I te koszty mogą być niedoszacowane.

Przechodzimy do drugiej zmiennej – czasu. Nakład pracy na takie mini-gospodarstwo wygląda zasadniczo inaczej niż w przypadku produkcji wielkotowarowej. Przy zwierzętach trzeba pracować codziennie, nakarmić, napoić, sprzątnąć. Weźmy tylko 1 godzinę/dzień. Rocznie to 365 godzin. Wokół roślin trzeba też pochodzić – zakładam średnio (bo tego nie da się zmierzyć) 2 godziny dziennie. Mamy już 3 godziny pracy każdego dnia – prawie pół etatu. Znowu – pewnie szacunki są zaniżone.

I teraz wyliczenie opłacalności. Zakładam, że wyprodukowaliśmy 310 kg mięsa wartego 10.000 zł. Do tego 190 kg owoców po 15 zł (3000 zł) i 380 kg warzyw po 10 zł (3800 zł). Wartość naszej produkcji to 16.800 zł. Wartość nakładów 3000 zł. Zysk to 13.800 zł.  Liczba poświęconych godzin wyniesie 1095. Stawka godzinowa to w takiej sytuacji 12,60 zł. Czyli przy niskich dochodach – może się opłacać.

I teraz wreszcie przechodzimy do tytułowego pytania – czy samowystarczalność żywieniowa jest możliwa. Jak widać z przedstawionych wyliczeń – tak. Wymagać będzie początkowych nakładów na zakup domu na wsi i przynajmniej 1 ha pola. Dodatkowo poświęcenia ok. 3 godzin każdego dnia na pracę (nie liczę przetworzenia). Przy czym, nie możemy się łudzić – nadal będzie istniała potrzeba zakupu pewnych produktów – choćby kawy, herbaty, cukru, soli i przypraw.

Zwracam jeszcze uwagę na ruch ogrodnictwa miejskiego.  Opiera się na zasadzie, że najlepsze jedzenie,  zawsze będzie świeże i pod ręką. Stąd pomysł na nieużytki, działki ogrodnicze, zamiast dojazdów (jak ja) 30 km na wieś. Ostatnio przeglądałem ofertę z mojego miasta – działka 1400 m2, położona na uboczu, z małym domkiem za 280 tys. zł. Albo i ROD-os za 15 tys. Próbować warto. Suwałki to jednak nie Pasadena i nie da się w naszym klimacie powtórzyć plonów rodziny Darvaes  – 2,7 tony żywności z działki 400m2.

8 przemyśleń nt. „Czy samowystarczalność żywieniowa jest możliwa?”

    1. To nie wiedziałem, że w domu da się zrobić prawdziwą herbatę. Byłem przekonany, że tylko nasze „zamienniki”.

  1. Tak naprawdę obecna herbata, to dawna indyjska „podróbka” prawdziwego, rosyjskiego czaju, a ten rośnie w Polsce pod nazwą wierzbówki. Zrobienie z niej czarnej herbaty to dość prosta sprawa.

  2. Znam realia emerytury na wsi, przy czym emerytura rolnicza kiedyś była bardzo niska i wiązała się z oddaniem ziemi państwu. Każdy rolnik mógł zostawić sobie po max 0,5ha ziemi. Moi staruszkowie z rodziny (dziadkowie, wujostwo, ich sąsiedzi) swoje potrzeby żywieniowe realizowali głównie samodzielnie bo pieniądze szły głównie na leki, opłaty i wnuki 😉 Owoce z sadu były przerabiane głównie na kompoty i powidła czy niskocukrowe marmolady. Ważny był susz bo oprócz ludzi dokarmiany nim był też drób i trzoda. Zbóż nie uprawiano bo nie było gdzie i czym. Świnie na wsi karmiono nie zbożem lecz ziemniakami, zlewkami i zielonką. Hodowano 2 na rok (świnie są stadne, parka to minimum) i to głównie na tłuszcz nie mięso. Kupowano prosiaki wczesną wiosną bito w listopadzie, nawet na oszczędniejszym żywieniu bezzbożowym dały radę urosnąć. Ziemniaków też często nie sadzono ale dostawano je jako ekwiwalent za zbieranie ziemniaków na gospodarstwie młodego sąsiada. Gotowanymi ziemniakami z dodatkiem obierek innych warzyw karmiono też drób. Ziarno, w postaci śruty było tylko dodatkiem i dostawały go głównie nioski. Dziadkowie kupowali tzw. metr raz na rok i dla ich stadka wystarczało. Mięso pozyskiwali głównie z hodowli drobiu i królików. Nie były to duże hodowle bo i mięsa kiedyś jadło się mniej. Podstawą diety były ziemniaki i inne warzywa, mleko od kozy. Kupowali chleb, cukier, sól, mąkę w wielkim worze z lokalnego młyna. Byli samowystarczalni żywieniowo w ok. 80%. Nasiona warzyw kupowali sporadycznie, jak własne myszy zjadły  Babcia była dumna z własnych zbieranych nasion bo w 100% wschodziły. Sama nasadzała też kury i gęsi na jajach i miała własne pisklęta. Nie używali maszyn rolniczych, raz w roku sąsiad orał im konikiem ogródek za co dostawał zapłatę w postaci 2 tuszek gęsich bo lubił gęsinę. To wspomnienia. Czy da się być samowystarczalnym żywieniowo na wsi? W 80% da się ale nie tak jak sądzimy. Wymagać od nas to będzie zmiany zwyczajów żywieniowych i dostosowania się do tego co można a nie tego co chcemy. Dostosowania się do warunków glebowych, klimatycznych, sąsiedzkich. Zamiast mięsa czerwonego – drób i króliki. Kupujemy stadko zarodowe i sami hodujemy następne pokolenia. Ich hodowli i uboju nie musimy nigdzie zgłaszać ani za niego płacić. Warzywa w tym ziemniaki? Jak najbardziej- system bezorkowy dobrze się sprawdza. Rezygnując z hybryd F1 możemy zachować i wykorzystywać własne nasiona. Nawozy i środki ochrony własnej produkcji- jak najbardziej możliwe. Jak z czymś nam nie wychodzi- u mnie na działce seler- to z tego rezygnujemy. Ograniczenie w diecie zbóż , których z racji mechanizacji nie tylko produkcji ale i przetwarzania (oprócz maszyn uprawowych trzeba też mieć młockarnię, żarna lub kaszarnię- ich kupno do małej powierzchni po prostu jest nieopłacalne) nie wyprodukujemy. Lepiej kupić worek maki w lokalnym młynie bo nakłady na maszyny i paliwo nigdy się nie zwrócą przy produkcji na własne potrzeby. No i nie oszukujmy się- produkcja własnej żywności wymaga ogromu pracy i sił. To nie bułka z masłem tylko pełny etat i uwiązanie, szczególnie przy hodowli. Ale w układzie- jedna osoba pracuje za pieniądze a druga na własnym- jest to w 80% możliwe. Znam osoby które z produktów żywieniowych kupują tylko cukier i sól czyli uznać ich można w pełni samowystarczalnych ale nie spożywają produktów zbożowych żadnych oraz zero produktów tzw. kolonialnych (kawa, herbata, kakao, cytrusy, przyprawy itp.). Produkcja roślinna i niewielka zwierzęca (drób + 3kozy) zamknęła się im w obiegu zamkniętym. Wydają rocznie 150zł za krycie kóz, 50zł na lizawkę, 100zł za ubój jeśli się trafi koziołek którego nikt nie chce, jak na razie zwierzęta chowają się zdrowo więc weterynarz zjawia się rzadko no ale z tym wydatkiem też trzeba się liczyć. Wydatek na kupne nasiona nie przekracza rocznie 200zł rocznie z nasionami roślin pastewnych i poplonów, sadzonki produkują sami. Gospodarują na 1,5ha gleby III klasy, z tym, że część zajmuje siedlisko (dom i sporo budynków gospodarczych) oraz mały staw. Czy chciałabym tak żyć? Nie wiem.. lubię chleb i kawę 

    1. Dzięki za obszerny i otwierający oczy wpis. Wielu rzeczy (np. braku własnego zboża w gospodarstwie) zupełnie nie byłem świadomy, bo jeździłem na wieś z ziemią pszenno-buraczaną. Tak samo dopuszczalności samodzielnego uboju drobiu i królików.
      Nasiona F1 to plaga, ale tak to wygląda – nie posiejesz własnego. Kupowanie sadzonek, to nie tylko kwestia wygody (mój powód), ale i dodatkowej pracy (trzeba mieć ogrzewane inspekty).
      A kozy? Sam o nich myślałem. Tylko, że będzie podobny problem jak z królikami. Młode pokolenie ma inny smak, bo przyzwyczaiło się do wieprzowiny i drobiu chowanego przemysłowo. Króliczek, kura wolno żyjąca czy kozina to dla nich abstrakcja. Moja żona również zapowiedziała – nie tknie mięsa z kozy, bo śmierdzi (wg mojej wiedzy śmierdzi cap, a nie mały koziołek).
      Podsumowując – są jednostki zdolne do życia w ten sposób, ale większość dała się wpiąć w kierat.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *