Inwestycje na inflacyjny czas.

Każdemu, kto z racji wieku, nie pamięta hiperinflacji, polecam „Czarny obelisk” Remarque’a. Książka opowiada o losach grupy przyjaciół, prowadzących zakład kamieniarski w realiach inflacyjnych Republiki Weimarskiej. Najprostszym sposobem na uniknięcie straty (bo ceny wszystkiego zmieniały się kilka razy dziennie) było jak najszybsze lokowanie gotówki w dobrach trwałych – przez przedsiębiorców głównie w towarze. Dzisiejszego wzrostu cen nie możemy jeszcze nazwać hiperinflacją, ale normalnym rynkiem też nie. Jak sobie radzić, gdy lokaty i skarpeta, to najgorszy pomysł?

Twarda waluta.

Pamiętacie czasy, gdy złotówka w rozliczeniach (w tym biznesowych) kiepsko funkcjonowała, a liczyła się „twarda waluta” tj. dolar amerykański i niemiecka marka? Ja tak. Samochody kupowano i sprzedawano za dolary, podobnie nieruchomości, tak też oznaczano czynsz. Taki system funkcjonował jeszcze na początku lat 90-tych, a skończyło go zamrożenie kursu dolara, z jednoczesną utratą wartości złotówki. Jeszcze w połowie lat  80-tych w moim mieście można było kupić dom za 5 tys. dolarów. W roku 1990 taka suma wystarczała na pół niezłego samochodu. Teraz na niespełna 3m2 mieszkania i auto sprzed 15 lat. Nie da się ukryć, że dolar też podlega dewaluacji.

Niemniej jednak, gdy popatrzymy na kurs z ostatniego roku, gdy zaatakowała inflacja, wzrost kursu przed nią chronił. Zamiast 3,7 mamy 4,1. Gdyby na Ukrainie wybuchła wojna, tendencja jeszcze się pogłębi.

Złoto.

Nigdy nie byłem wielkim zwolennikiem złota, ale niewątpliwie jest ono dobrą lokatą w czasach inflacji. Dzieje się tak z dwóch powodów. Najpierw drożeje sam kruszec, a następnie bo umacnia się  dolar w stosunku do złotówki. Przez ostatni inflacyjny rok cena wzrosła z 6900 zł do 7400 zł.

Nieruchomości.

Z uporem maniaka proponuję nieruchomości. Dlaczego? Inflacja winduje ich ceny (przynajmniej nominalnie). Dodatkowo można otrzymywać stały dochód. Drożały mieszkania (o 5-20%) przynoszące czynsze. Drożały działki rekreacyjne i budowlane. Odrobinę potaniały grunty rolne oraz istotnie nieruchomości komercyjne (zwłaszcza handlowe).  Wiązało się to oczywiście ze spadkiem przychodów czynszowych. Dlatego nawet nieruchomości trzeba wybierać uważnie, kupować poniżej ceny rynkowej i przestrzegać opisywanych przeze mnie czterech reguł.

Obligacje antyinflacyjne.

Jedyny rodzaj obligacji, który ma sens. Dostajemy tyle co inflacja + drobną marże. Pozostałe rodzaje obligacji dają realną stratę podobnie jak lokaty czy fundusze rynku pieniężnego.

Wszelkie towary.

Ludzie, którzy na początku pandemii kupili styropian, stal, cement i inne materiały budowlane po to, aby je przytrzymać i sprzedać – zyskali. Niektórzy kilkaset procent. Jak w „Czarnym obelisku”  – kto ma towar – zarabia.

Akcje dywidendowe.

Po raz kolejny powtarzam – akcje dywidendowe, to druga noga, na której planuję zbudować własną emeryturę. Moja spółka zdrożała wraz z dywidendą dała w roku 2021 r. 25% zysku. Dodatkowo inwestycja przez IKZE pozwoliła mi osiągnąć korzyść podatkową 32%. W efekcie inwestując 6272 zł zyskałem 2000 zł na podatkach oraz 1550 zł na wzroście kursu i dywidendzie. Łączny dochód przekroczył 50%.

PPK.

Nie znasz się na inwestycjach? Zapisz się do PPK. Ja mam za sobą pierwszy rok.  Potrącano mi 2% pensji (szczerze, jak dla mnie niezauważalne), pracodawca dodał 1,5%. Czyli każda inwestycja w pierwszym roku daje 75% zysku, o ile wycena jednostki nie spada. W zeszłym roku mój fundusz zyskał ok. 9%. Przebił oficjalną inflację, a odrobinę przegrał z WIG20 (ok. 14 %). Biorąc jednak pod uwagę stopę dopłaty państwowe pobił go na głowę. Inwestując miesięcznie 200 zł, dostawałem 150 zł od państwa i osiągałem zysk 9 % (dla ułatwienia liczę jakby była to jedna wpłata), nie licząc rocznych dopłat państwowych, ani środków na start skończyłem rok z 381, 5 zł z wpłaconych 150 zł. Nieźle, prawda?

Własna firma.

Wiem, nie każdy umie, nie każdy chce. Ale… to najlepsze zabezpieczenie przed inflacją. Kiedy pracujemy na etacie, nie mamy wpływu na swoje pobory, decyduje o nich pracodawca. Oczywiście możemy zmienić pracę, a nawet branżę, lecz generalnie zależymy od szefa. Tylko we własnej firmie podnosimy ceny. Ja w tym roku zafunduję klientom 20% podwyżkę, taką samą jak mnie dała moja księgowa. Prawie każdy to zrozumie, bo jednocześnie znacznie bardziej podrożał prąd (o ok. 100%), o 500% podrożeje moja składka zdrowotna, o 20% podrożały przesyłki o 20% paliwo, a to główne koszty działalności, którą prowadzę (jednoosobowe usługi). Po raz pierwszy od 8 lat podniosę też stawkę wynajmu o kwotę inflacji powiększoną o składkę zdrowotną – ok. 15%.

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *