Życie za pensję minimalną. Podsumowanie miesiąca w mieście.

Dzisiaj wpis kończący pierwszy miesiąc eksperymentu, roboczo nazwanego „Życie za pensję minimalną”. Wprawdzie mamy Prima Aprilis, ale obiecuję pisać tylko prawdę, nie będę Was wkręcał. Oto szczegóły.

Ten miesiąc mieszkałem w mieście. Miało to swoje zalety i wady. Niewątpliwą zaletą były niskie koszty transportu i fakt, że wszędzie miałem blisko. Oszczędzałem więc nie tylko pieniądze, ale i czas. Z drugiej strony, wysokie koszty dachu nad głową odrobinę mnie „zjadały”.

Jedzenie.  Planowałem wydać 300 zł. Udało mi się zmieścić w 131 zł. Spore zaskoczenie.

Leki. Tu planowałem 36 zł. Wydałem 23 zł. Dlaczego? Ponieważ mój stały lek znacznie potaniał,a musiałem kupić 2 inne.

Chemia. Plan zakładał 38 zł razem z kosmetykami. Wykonanie (znowu pewien wskaźnik) – 26 zł.

Ubranie. Planowałem  100 zł. Wydałem 233 zł.  Zakładam, że nie każdy żyjący za pensję minimalną kupuję w jednym miesiącu dwa większe przedmioty (akurat była okazja na wyprzedaży – za dobrej jakości buty sportowe zapłaciłem 169 zł, a za bluzę 64 zł). W następnym miesiącu pewnie nie wydam nic.

Transport. Plan – 80 zł. W rzeczywistości jeszcze zaoszczędziłem – potrzebowałem tylko 51 zł.

Nauka. Nic nie planowałem, nic nie wydałem.

Opłaty. Wynajem miejsca w pokoju dwuosobowym miał kosztować 530 zł.  A realne koszty? Planowałem 392 zł.  Faktycznie prąd był największym wydatkiem – zużycie wyniosło 450 KWh, rachunek –  260 zł. Opłaciłem komórkę (30 zł). Wydałem swoją część do wspólnoty 105 zł (57 czynsz, 21 śmieci, 27 woda). Stworzyłem rezerwę na podatek od nieruchomości 4 zł (zapłacony w lutym). Na opłaty wydałem 399 zł.

Ubezpieczenie. Ubezpieczenie grupowe w pracy zaplanowałem na  50 zł. Tak też wydałem.

Kieszonkowe. 50 zł na wydatki własne i drobne prezenty. Tutaj było znacznie więcej. 20 zł wydałem na fryzjera,  48 zł kosztowały mnie prezenty na Dzień Kobiet, a abonament Legimi 32 zł Razem równe 100 zł.

Fundusz awaryjny. Plan – 150 zł. Realnie wydałem 10 zł na ostrzenie łańcucha do piły.

Razem miesiąc kosztował mnie znacznie mniej niż pensja minimalna  – tylko 1023 zł, czyli udało mi się przeżyć za nieco ponad połowę pensji minimalnej.  Uważam to za spory sukces. Zaoszczędziłem 611  zł (1634-1023 zł).

Gdybym był typowym singlem i wynajmowałbym,  musiałbym poświęcić jeszcze 131 zł więcej (koszt w pokoju 2-osobowym), ale mógłbym zrezygnować z Legimi (mam abonament), z ostrzenia piły (mało który singiel ją ma) i ubezpieczenia w pracy. Czyli wydałbym więcej o  39 zł (131 zł – 32 zł – 10 zł – 50 zł). To nadal całkiem sporo. Oczywiście mało kto, zarabiając 1634 zł kupuje buty Levi’s i bluzę Tom Taylor w jednym miesiącu, a u mnie akurat tak wypadło. Gdyby nie to zszedłbym poniżej magicznej granicy 1000 zł.

A gdybym kupił własną kawalerkę na kredyt? Do podstawowych kosztów (znowu bez Legimi, piły, ubezpieczenia) w wysokości 365 zł musiałbym dodać jeszcze koszty utrzymania kawalerki i ratę. Najtańsza nowa kawalerka jaką udało mi się znaleźć w moim mieście (pomijam udziały, TBS, mikroapartamenty, mieszkanie w domku) kosztowała 164 tys.  zł. Rata przy takiej kwocie wynosiłaby 750 zł, czynsz 200 zł, podstawowe opłaty 100 zł (prąd, gaz, podatek, woda). W takiej sytuacji pensja minimalna starczyłaby nawet na mieszkanie kupione na kredyt. Oczywiście, o ile jakikolwiek bank pożyczyłby mi cokolwiek.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *