Warning: Undefined array key 1 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505

Warning: Undefined array key 2 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505
czerwiec 2025 – Strona 2 – Oszczędny Milioner

Efekt SNUS-a.

W ostatniej kampanii wyborczej karierę zrobiło słowo SNUS – woreczek nikotynowy. Użył go podczas debaty obecny prezydent-elekt.

Teraz pokażę Wam, jak na zasadzie „efektu latte” Davida Bacha wyglądać może rzeczywistość korzystających ze SNUS-a i wolnych od tego nałogu.

Paczuszka, odpowiednia na 2 dni (przy częstotliwości raz na 1,5 godzin), kosztuje w internecie 17 zł.

W miesiąc daje to 255 zł. A rocznie 3060 zł. Gdyby zamiast kupować to świństwo, odkładać na emeryturę na koncie IKZE tę sumę, jak myślicie, ile wynosiłyby oszczędności po 40 latach?

Wpłacono 3060 zł x 40 lat =120.240 zł.

Może 3 razy więcej? Może 5 razy?

Nie. Dokładnie 1,5 mln zł (po podatku i przy stopie zwrotu 10%). To się nazywa czynnik SNUS-a. Wysokość emerytury wyniosłaby (4% rocznie) – ok. 5000 zł miesięcznie i jeszcze dzieci dostaną suty spadek. Nieźle.

Już wiecie, dlaczego prezydent-elekt, pomimo piastowania funkcji dyrektorskich w dużej instytucji państwowej, dorobił się tylko jednego mieszkania przez 10 lat (nie liczę słynnej kawalerki i spadku po ojcu).

My jednak mamy wybór.

Nowe auto w domu – Hyundai Ioniq hybrid. Pierwsze wrażenia.

27 maja 2025 r. odebrałem kolejny samochód – tytułowego Ioniqa w hybrydzie. Przejechałem nim od tego czasu ok. 1000 km. Mogę więc podzielić się pierwszym wrażeniem.

Dlaczego hybryda? Dlaczego Ioniq?

Po co? Dlaczego? Jak napisał pewien krytyk literacki o ślubie słynnego pisarza. Otóż, wybieram się w tym roku w daleką podróż (1500 km w jedną stronę), w składzie 5 osób, z których 3 mają pow. 1.8 m wzrostu. Alfa Romeo Giulietta – super na autostrady, lecz bagażnik niewielki. Postanowiłem – czas na zmiany.

Hybryda wydawała się kompromisem pomiędzy kosztem eksploatacji i użytecznością (elektryk Kona zostaje dla żony). A Ioniq dysponował dwoma ważnymi punktami przewagi nad Toyotą Auris II, Priusem IV czy Lexusem CT:

  1. skrzynią dwusprzęgłową – znacznie lepszą na autostrady (niskie obroty, cicho w środku),
  2. obszernym wnętrzem.

Poza tym, trafiał mi się egzemplarz z małym przebiegiem (87kkm w aucie z 2017 r.) poniżej ceny rynkowej (45k „na gotowo” z pakietem startowym i zimówkami), przy cenie rynkowej 50k (+ 2,5 tys. zł pakietu startowego).

Wyszło znacznie taniej niż Camry czy Lexus ES, które to samochody też rozważałem.

Pierwsza trasa.

Prowadziła z okolic Piły: 130 km krajówkami, powiatówkami i 415 km ekspresówkami i autostradami. Wrażenia pozytywne. Wygoda, dobre fotele, audio, wyposażenie, komfort skrzyni biegów i niskie spalanie – średnia 5.3 l/100 km.

Spokojnie da się jechać 140 km/h mając nieco ponad 2.700 obr./min. na budziku. Gładkie przyspieszenia, żeglowanie. To tygrysy lubią najbardziej.

Największe zdziwienie? Hamulec ręczny uruchamiany nogą (dodatkowy pedał przy lewym słupku) – jak w starym Mercedesie.

Druga trasa.

Młody grał mecz w odległym o 93 km mieście. Jechaliśmy we trójkę (z żoną). Ok. 40 km dwupasmówki, 40 km po miastach i reszta (106 km) krajówką. Spalanie 4.4 l/100 km. Nieźle. Wszyscy się zmieścili – bagażnik 442 l.

Miasto.

Żywioł hybrydy. Kilka tras i wniosków.

Krótkie odcinki (ok. 1 km) – 7 l/100 km (pamiętacie wartości Octavii TDI?). Od razu nie da się jechać na prądzie, silnik spalinowy musi odrobinę podnieść temperaturę własną.

Typowe wyjazdy (3 km, chwilę postoi – powrót) – 6 l/100 km.

Kręcenie się po mieście (15-20 km) – schodzimy do 4.2 l/100 km.

Gorzej niż w Priusie, Aurisie, Lexusie (obiecuję test porównawczy), ale sporo lepiej (zwłaszcza pierwszy kilometr) niż w jakiejkolwiek benzynie 1.6. Ba, nawet 1.0 TSI w Kamiqu wynik wynosił:

  • 1km – 12.3 l/100 km (test portalu Auto Centrum),
  • 3 km – 9.6 l/100 km (test portalu Auto Centrum),
  • miasto – 8.0 l/100km (własne).

Ponieważ mamy do czynienia z silnikiem GDI (wtrysk bezpośredni) – wóz trudno zagazować.

Auto pomimo wielkości (447 cm długości) dzięki czujnikom i kamerze cofania sprawdza się nieźle (chociaż z Fiatem 500 nie ma porównania). Auris II jest o 20 cm krótszy, a Prius IV o 10 cm dłuższy.

Sylwetka.

No cóż, nie rzuca się w oczy, ale wygląda jak typowy liftback. Moim zdaniem ładniejszy od Priusa IV, bo zwyczajny. Trochę brakuje wersji kombi (Auris ją ma), ale nie każdy co tydzień wozi szafę (słowa mojego syna).

Osiągi.

Jak w instrukcji Rollsa – wystarczające. W testach 9.9s/0-100km w oficjalnych pomiarach 10.8 s/0-100 km.

Prędkość maksymalna – 185 km/h. W Polsce – da radę.

Trochę złości mnie charakterystyka zawieszenia – miękkie i podatne na poprzeczne nierówności.

Podsumowanie.

Nie szaleję z emocji, ale Ioniq spełnił swoją rolę. Pali niewiele, świetnie zachowuje się w trasie, ma sporo miejsca dla pasażerów i obszerny, jak na hybrydę, oraz ustawny bagażnik z dobrym dostępem (4 opony 17-tki zmieścił bez kładzenia foteli).

Dlaczego Piotr Duda bredzi o czterodniowym tygodniu pracy?

W jednym z wpisów przywołałem opinię szefa NSZZ Solidarność – sługi jednej partii, który powiedział tak: „nierealny i forsowany wbrew interesom większości pracowników”.

Potem dodał jeszcze kilka zdań, całkowicie go kompromitujących. Bo albo nie zadał sobie trudu w przeczytaniu planów skrócenia czasu pracy, albo zwyczajnie nie nadaje się do sprawowania funkcji, gdyż nie zna Kodeksu pracy.

A oto uzupełnienie tej negatywnej opinii : „Trzeba powiedzieć jasno, że to rozwiązanie korzystne dla niewielkiej grupy pracowników. Nie obejmie produkcji, handlu i wielu innych gałęzi rynku, w których potrzebna jest ciągłość pracy. … Pomysł ten nie poprawi sytuacji na rynku pracy.”

Nie wiem skąd Piotr Duda wziął info, że 4-dniowy tydzień pracy nie obejmie produkcji czy handlu? Wymyślił sobie.

Celowo wytłuściłem tego byka. Otóż – czym innym jest czas pracy (obecnie 40 godzin w tygodniu), czym innym system czasu pracy (podstawowy 5 dni x 8 godzin, ale są też równoważny, weekendowy itd.), a jeszcze czym innym rozkład czasu pracy – plan w jakich dniach i godzinach dany pracownik ma wykonywać pracę w danym okresie rozliczeniowym (zazwyczaj miesiącu).

Tłumacząc Wam po ludzku – można pracować 8 godzin przez 5 dni/tydzień w ruchu ciągłym, jeżeli mamy do czynienia ze zmianami. Np. w pierwszym tygodniu 1-sza zmiana, w drugim – druga, w trzecim – trzecia, a w czwartym – czwarta (tzw. czterobrygadówka). Ba, wielu pracowników fizycznych już ma 4-dniowy tydzień pracy, jeśli zmiany wynoszą 4dni x`10 godzin. Ba, znam takich którzy pracują (straże zakładowe) trzy dni w tygodniu (dyżur 24h, 2 dni przerwy, 12 h , doba przerwy i 8 -godzinna zmiana). Duda straszy i opowiada bajki.

Teraz wróćmy do projektu. Znamy dopiero niektóre założenia. Rozważa się skrócenie czasu pracy dla wszystkich do 35 godzin. Wtedy w podstawowym systemie będziemy mieli: `1 dzień x 8 godzin i 3 x 9 godzin, ew. 4 dni x 8 godzin i 45 minut. A co z handlowcami i pracownikami produkcji, nad którymi łzy wylewał szef Solidarności? Oni też dostaną średnio 35 godzin (chociaż w jednym tygodniu może to być 30, a w innym 40). No i 4 dni, a nawet w przypadku 12-godzinnych zmian 3 (2x 12 godzin i jeden 11-godzinny). Co więc stracą pracownicy? Nic.

Ale Piotr Duda ciśnie dalej ” Może ją (sytuację na rynku pracy) wręcz pogorszyć, skutkując wzrostem obowiązków i brakiem wzrostu płac – ocenił Duda. Popatrzmy realnie. Pracodawca zwiększający obowiązki, przy zmniejszeniu czasu pracy naraża się na ostrą ripostę liczne wystąpienia związków zawodowych, kontrole PIP, protesty i odejścia. A musi dbać o załogę, ponieważ teraz, jeżeli produkcja ma iść w ruchu ciągłym, potrzebuje nie czterech brygad lecz pięciu (168 godzin w miesiącu/40 = 4,2, a 168/35 = 4,8). A brak wzrostu płac? No cóż, tu wystarczy cofnąć się do lat 90-tych, gdy skrócono czas pracy z 46 do 42 godzin (1997 r.). I pytanie jak zmieniła się średnia pensja:

  • 1996 – 873 zł,
  • 1997 – 1061 zł.

Która liczba jest większa? No chyba z 1997 r., więcej niż rosła inflacja (21% wobec 19%). Zamilcz Piotrze Dudo, bo bredzisz jak na mękach, kręcisz, kłamiesz, oszukujesz. A dlaczego? Chyba dla każdego, powód pozostaje jasny. Chodzi o bezpardonowy atak na rząd, minister o lewicowej proweniencji i bazę wyborczą, który po wywodach o skróceniu czasu pracy Piotr Duda kontynuował. Według szefa Solidarności, dobry pozostaje pracownik fizyczny, a zły umysłowy. Warto, aby członkowie tego związku w białych kołnierzykach dobrze zapamiętali tę szarżę. Inni też. Albowiem za kuriozalną należy uznać strategię przewodniczącego związku zawodowego, który staje po stronie pracodawców i sprzeciwia się skróceniu czasu pracy. Zupełnie inne stanowisko zajął OPZZ. I to też warto zapamiętać.

Kwartał pracy 3/5.

Właśnie mięły trzy miesiące, od kiedy jestem pracownikiem na jeden etat. Dokładnie 3 lutego rzuciłem papierami poszedłem ostatni dzień do drugiej pracy, w której spędziłem prawie 25 lat. Prowadzę też JDG.

Przyczyny tego stanu rzeczy nie były miłe (a raczej wyjątko niemiłe jazdy nowego szefa), aczkolwiek chwila, gdy w mojej obecności odczytano sam nagłówek wypowiedzenia (natychmiastowego z winy pracodawcy), powinna trafić do „słoja wspaniałości”, gdybym go posiadał. Literalnie nikt się nie spodziewał strzału, no może jakiegoś wypowiedzenia wielomiesięcznego, w czasie którego da się łatwo zewrzeć szyki. A tu taki zonk. Moim celem nie było zdezorganizowanie działań pracodawcy, a skoncentrowanie na swoich planach i zdrowiu. A pozytywne efekty?

Efekt 1. Zdrowie.

Na przestrzeni od „rozpoczęcia jazdy” do końca zatrudnienia (nieco ponad 6 miesięcy) byłem chory 5 razy. W sumie na zwolnieniu kilkadziesiąt dni. A od zwolnienia? Ani razu przez kwartał pomimo przesilenia wiosennego.

Niewątpliwie do poprawy zdrowia przyczyniło się radykalne zmniejszenie stresu. Ale poza nim: wysypianie się (2 razy w tygodniu wstaję godzinę później), brak pracy w weekendy, regularne jedzenie przez 4 dni w tygodniu (od pt do pn włącznie), więcej wolnych dni, brak ekstra telefonów po godzinach. No i wreszcie miałem czas na 4 odkładane wizyty lekarskie.

Efekt 2. Czas.

Na tę pracę poświęcałem 72 godziny (9 dni/m-c, jeżeli brałem urlop, lub wypadało wolne 8 dni x 8 =64h), plus 12 godzin na dotarcie i 8 na ogarnianie się. Potem wracałem i potrzebowałem dekompresji (obiad, drzemka). Kiedy dochodziłem do siebie, często na zegarze była 18 . I tak przelatywał cały dzień. Nawet jeśli pracowałem 8 dni/m-c, telefony, maile poza godzinami powodowały, że na tę pracę „marnowałem”: 100 godzin (72 praca, 12 dojście i powrót, 8 ogarnianie, 8 dekompresja)

Teraz staram się pracować 6 dni w miesiącu (-2-3 dni – wyłączam drugi etat). Do tego mój, nawet pracowity dzień wygląda inaczej. Zaczyna się nie o 6.15 (godzina wyjścia do biura), ale o 8.00 (teść żegna się po wspólnie wypitej herbacie) i trwa nie do 16.00 (powrót do domu), lecz o 13-14. Krótko mówiąc przepracowuje dziennie 5-6 godzin i to z przerwami na kawę, posiłki, rozmowy telefoniczne.

Biorąc pod uwagę doświadczenia z 3 miesięcy, średnio w poniedziałki i piątki 0- przepracowuję ok. 30 godzin plus 5 na dojście/dojazdy. Ponieważ nie marnuję energii na dekompresję, ogarnianie się – w sumie ze 100 godzin/m-c robi się 35. Kto umie liczyć, ten się dowie odzyskałem 65 godzin/m-c – 65% dotychczas poświęcanego czasu. A ten wykorzystuję: dla rodziny, na odpoczynek, pisanie bloga i wymyślanie kolejnych pomysłów.

A więcej czasu oznacza też brak pośpiechu, nerwów i spokój w kontaktach z innymi.

Efekt 3. Kasa.

O niej jest ten blog. Wyniki? Marzec +10%, kwiecień +40%, maj +50%. Nie żartuję, piszę serio. Ponieważ nie zostałem na etacie, w kwartał (24 dni) zarobiłem średnio 33% więcej. Przypominam, pracując o 2/3 mniej. Niesamowite. A liczę tylko te 5 dni.

Efekt 4. Więzi.

Tego nie da się przeliczyć na kasę. 3 razy odwiedziłem moich synów w ich miejscach i to nie, jak dotychczas, dziś przyjazd, dziś wyjazd (najpóźniej jutro rano), lecz na 2-3 dni. Do tego spokojne spotkanie z siostrą (też mieszka w innym mieście), odwiedziny u przyjaciół (2 razy). Wszystko ogarnięte w przedłużony weekend (w końcu miałem ok. 6-8 dni ekstra).

Spokojnych pogaduszek z teściem, leniwego ranka z żoną, porannych rozmów z najmłodszym synem – nie liczę.

Te cztery czynniki, po zsumowaniu dały prosty efekt – więcej spokoju, radości z życia i pomysłów, co jeszcze można udoskonalić.

Z czego ma żyć przeciętny człowiek, przeprowadzając się na wieś?

Niedawno pisałem o swoich planach finansowych. Mam jednak świadomość, że przeciętne możliwości są jednak inne. I dlatego postanowiłem poświęcić tym opcjom cały wpis.

Na stole sekcyjnym leży „przeciętny Polak z dużego miasta”. Możemy poczynić pewne założenia.

  1. Prawdopodobnie ma mieszkanie (ok. 80% rodaków mieszka we własnym),
  2. Z pewnym prawdopodobieństwem nie na kredyt (9% nieruchomości w Polsce posiada wpisy hipoteczne, z przewagą miast – rzecz jasna), albo spłacone w poważnym stopniu.
  3. Dysponuje oszczędnościami na poziomie kilkudziesięciu tysięcy złotych.
  4. Liczy sobie ok. 35 lat i posiada partnera/partnerkę/męża/żonę oraz jedno dziecko.
  5. Zarabia dotychczas ok. 100-120% średniej krajowej, co oznacza ok. 12-15 tys. zł netto na rodzinę.

Ma silną chęć przeprowadzki na wieś, przysłowiowej ucieczki w Bieszczady. Nie wierzy tylko w możliwości realizacyjne. A ja pokażę, że „dasię”.

Krok 1. Wycena wartości netto mieszkania/domu. Wartość netto = czyli cena rynkowa – zobowiązania kredytowe. Okaże się bardzo różna. Moja – 1 mln zł. Przeciętnie – może 200, może 300, może 400 tys. zł.

Krok 2. Ustalenie na co wystarczy ta wartość netto.

W prawie kompletnej pustce (Podlasie, pogranicze mazowiecko-lubelskie, wschodnia Lubelszczyzna czy Podkarpacie itp.), albo województwach wymierających na zachodzie Polski (lubuskie, zachodniopomorskie, opolskie, śląskie, dolnośląskie), o ile nie idziemy w kierunku wysokiego standardu i miejscowości turystycznych (raczej Pieszków koło Lwówka Śląskiego niż Polanica-Zdrój) nasza wartość netto powinna wystarczyć na zakup domu do remontu (nie mówię o walących się ruderach) i najniezbędniejsze prace, wykonane własnymi rękami. Dodajmy oszczędności i posiadane inwestycje.

Czyli dach nad głową – już mamy.

Krok 3. Ustalenie nowego źródła dochodu.

Mieszkańcy miast miewają z tym problem. W przypadku freelancerów, artystów, pracowników w 100% zdalnych – prosty wybór – robimy to, co dotychczas, tylko w innym miejscu. Dochody nie spadają.

Dysponujący dużą nadwyżką wartości netto nad kosztami zakupu/remontu – także nie muszą długo myśleć. Pracują dalej tylko mniej i dla przyjemności. (mój mechanizm).

Natomiast „przeciętni” znajdą się w trudnej sytuacji. Być może, znajdą pracę na miejscu (nauczyciel, lekarz, pielęgniarka itd.). Być może w niedalekim sąsiedztwie (do 30 km) – jak budowlaniec, handlowiec, urzędnik itd. W ostateczności założą jakąś firmę, znajdą etat zdalny, przerzucą się na freelance, sprzedaż internetową, zaczną żyć z ziemi, opierając się na wyjątkowych produktach.

Ja znając warunki w wielu lokalizacjach – proponuję prace dorywcze. Przy odrobinie zdolności manualnych da się zarobić dniówką 300 zł. A to oznacza 4500 zł (umówmy się, netto) na osobę. Żyją tak całe wsie. W lecie – przy zbiorach, w pozostałych miesiącach – budowa/opieka nad dziećmi. Ważne – sprawdź możliwości na miejscu.

Większość znanych mi osób (osobiście, z artykułów, książek) prowadzi agroturystyki, jakieś warsztaty, zajmuje się sztuką, rękodziełem, rzemiosłem. I żadna z nich nie głoduje. Tak też można.

Krok 4. Ustal wydatki i sprawdź, czy Cię stać.

Skoro dochody wynoszą 4500 zł/os./m-c – budżet wynosi 9000 zł/m-c (plus ew. zasiłki). Znacznie mniej niż w mieście (12-15.000 zł). I tę różnicę warto wyrównać spadkiem wydatków.

W tym miejscu mam już pewien pogląd i potrafię coś poradzić. Postawcie na tanie ogrzewanie drewnem (piec, kominek z płaszczem), zamiast bawić się w drogie pompy ciepła, grzejniki elektryczne, o ile nie zbudowaliście nowego energooszczędnego domu. Ew. co najwyżej dogrzewajcie klimatyzatorem.

Nie pakujcie się w wielkie budynki, ponieważ zniszczą Was finansowo i wyssać mogą wszystkie siły (sprzątanie! remonty!). Chyba że macie pomysł na turystów. Moje 160 m2 po podłodze i 140 m2 powierzchni użytkowej wydaje mi się wręcz za duże dla 3 osób (ale akurat zarabiam ponadprzeciętnie i dysponuję kapitałem).

Wtedy koszt mediów wyniesie ok. 1000 zł/m-c (prąd – 300 zł, woda 50 zł, oczyszczalnia – 50 zł, podatek – 40 zł, internet 100 zł, telefony 100 zł, śmieci 100 zł, drewno – 260 zł). Mnie uda się zejść do 800 zł, ale na dachu leżą panele fotowoltaiki.

Życie (jedzenie, leki, lekarze) 1800 zł. Akurat tutaj mocno indywidualna sprawa. Ktoś nie kupuje jedzenia, inny tak, do tego leczy się na kilka chorób, lub ma niepełnosprawne dziecko. Sama wizyta lekarsko-dentystyczna oznacza ubytek 200-800 zł. Mając czas pewne rzeczy zrobimy na NFZ.

Nauka. Nie rezygnowałbym z niej pod żadnym pozorem. 700 zł na zdalne korki, zajęcia edukacyjne, czy sport.

Transport. Kolejny temat-rzeka. Sporo zależy od warunków miejscowych, trybu życia, sposobu utrzymania, odległości. Minimum – jedno auto na rodzinę, i to takie, które zawsze zapali i zawsze dojedzie. W praktyce – mieszkańcy sioła w środku lasu – szykujcie się na Subaru Forestery, Łady Nivy, pickupa, czy innego Jeepa. Te auta palą minimum 10-12 l/100 km. Mieszkający wśród ludzi (jak ja), niech wybiorą przynajmniej SUV-a, lub podwyższonego crossovera. Jeśli auta mają być dwa – jedno może być „letnie” i pozbawione tych bajerów. Jak powiedziałem – koszty od 400 zł/m-c (Panda 4×4) do 2000 zł (dwa auta, z których jeden to „dzik”). Liczone, rzecz jasna przeciętnie (10 tys. km rocznie x 72 zł/100 km na paliwo = 600 zł/m-c).

Pozostałe. Wrzućmy tu ubrania, chemię, kosmetyki, remonty, wakacje, prezenty, ubezpieczenia itp. Zostało nam od 3500 do 5100 zł. Plan okazał się wykonalny.