Niewesoła historia o węglu, czyli dlaczego wywrócił się system dopłat.

Właśnie wracam z gór. Moi górscy przyjaciele mają 3 domy do ogrzania ekogroszkiem. W jednym mieszkają oni, a w dwóch wiekowe mamy – gorące zwolenniczki rządu. Cieszyły się na dopłaty. To nic, że każdy dom wymaga po 5 ton węgla (nieocieplone 200-metrowce), a dopłata będzie na 3, przecież „dobra władza da”. I tu zaczyna się właściwa historia.Mój przyjaciel, jako jedyny dorosły mężczyzna w rodzinie, musiał wszystko pozałatwiać. W teorii węgiel po niespełna 1000 zł. W praktyce w większości składów go nie ma, a jeśli jest to po zupełnie innej cenie (3000 zł),  o dopłacie nikt nie chce słyszeć.

W końcu znalazł firmę w mateczniku PiS – Nowym Targu – dowóz kilkadziesiąt kilometrów. Mają po 2200 zł (czyli dopłata, stara cena i jeszcze 300 zł „do łapy”). Ale oczywiście o 16 tonach zapomnij. Damy maksymalnie po 3 na osobę i przywieź deklarację o emisyjności. W akcie desperacji poprosił mnie o moją deklarację, bo mamom zabraknie, a jeszcze pensjonat do ogrzania. Mamy z żoną dwa domy – w mieście i na wsi, w obu, zgodnie z prawdą i wiedziony instynktem rodem z PRLu, zgłosiłem istniejące piece węglowe (czyli należy nam się 6t po preferencyjnej cenie). No, ale na piec kaflowy, tylko węgiel kamienny, ekogroszku – niet.

Na szczęście ma alternatywę – istniejące kotły na drewno.  I cena dobra (spółka drzewna), 4 m3 za 800 zł, czyli 200 zł/m3. To 3 razy taniej niż u mnie, ale jeszcze rok wstecz sprzedawano po 70 zł/m3.

Teraz wchodzi nowy pomysł – dopłata 3000 zł. Wystarczy na 1 t węgla. Na razie, bo co będzie we wrześniu, nie wiadomo.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *