Ten miesiąc miał z założenia obfitować w zmiany. Najpierw wakacje, potem nowy system pracy, powiązane z wykonaniem pracy w domu na wsi. Za mną pierwsza, czterodniowa sesja. I przemyślenia.
Mój nowy system pracy letniej polega na maksymalnym wykorzystaniu przysługującego mi urlopu. A więc po powrocie z wakacji, 6 dni pracy, 4 wolnego (z weekendem), 3 dni pracy, 4 wolnego itp. W lipcu planowałem przychodzić do biura łącznie 10 dni. Mam nadzieję, że się uda. Początki są obiecujące.
Stary dom na wsi, 30 km od mojego miasta, rządzi się swoimi prawami. Wybudowano go, jako mały dworek, blisko 100 lat temu, 30 lat temu nadbudowano (druga część należąca do kuzynek ma ponad 200 lat). Oznacza to, pomimo zachwytu gości, pewne problemy, takie jak stare instalacje (w tym napowietrzne przyłącze), całkowity brak ocieplenia (jeśli nie uznać za nie pustki powietrznej), wiekowe (choć urocze okna). Słowem usterki-atrakcje – co roku trzeba coś poprawiać, a to urwie się kran, a to przewodem kominowym (nieużywanym w zimie) wejdą szczury, czasem w piwnicy pojawi się woda (brak izolacji ścian). Staram się dokonywać niezbędnych wymian, ale sporo jeszcze zostało. Co nowy dom, to nowy.
Planem na mijający weekend było gruntowne sprzątanie i posianie ostatniej porcji fasolki szparagowej (na mrożenie). Prawdziwe sprzątanie, w nieużytkowanym w zasadzie domu, to nie to samo co weekendowe porządki. Trzeba wszystko gruntownie przejrzeć, coś tam usunąć (w zeszłym roku – osy w obudowie okna, w tym – ślady po bytności kuny w podbitce dachu, czyli pióra, kości i odchody), zamieść, odkurzyć, wymopować, a mówimy o 160 m2 podłogi, dwóch łazienkach, kuchniach schodach, 5 pokojach, z których największy (zrobiony z przedwojennych dwóch ma ok. 40m2), czyli wykonać prace, na które podczas intensywnych prac rolnych wiosną po prostu brakowało czasu. Robię to sam, bo rodzina, od czasu zakupu domu w mieście, wymiksowała się z wiejskich atrakcji. No nie całkiem sam, tym razem pomagał mi…pies. Wszystko wymaga planowania.
W tym sezonie doszło jeszcze sprzątanie po dwóch inwestycjach: montażu instalacji solarnej w domu i fotowoltaiki na dachu garażu. Obie kosztowały mnie łącznie 15 tys. zł, ale niedługo (po oficjalnej zmianie licznika) zaczną profitować. Już udało się je odliczyć ulgę termomodernizacyjną, po tej robocie sprzątania miałem co niemiara. Teraz skończone.
Pod fasolkę przeznaczyłem tereny odzyskane z trawnika, ale ostatni rzut znalazł miejsce zwolnione przez sałatę. Zobaczymy kiedy wzejdzie, bo pogoda idealna, ciepło i wilgotno, lecz nie mokro. Zbierałem też ogórki, pomidory, maliny, białą morwę (na suszenie i dżemy) i królową lata na mojej działce – cukinię. Staram się dzielić prace, żeby się nie dłużyła czyli najpierw trochę pisania (od klientów firmowych nie mam urlopu), potem sprzątanie, ogród, wieczorem pogaduchy z sąsiadami. Zawsze też trafiają się niespodzianki. W czwartek przyjechała ekipa poprawiać, zauważone przez gminnego inspektora nadzoru, usterki w montażu fotowoltaiki (klasyka wszystkich budowlańców: „Jesteśmy w pobliżu. Przyjeżdżamy za pół godziny”). W piątek stały klient miał z rana dokument do sprawdzenia natychmiast, a wieczorem przyszedł sąsiad po poradę. W sobotnie południe, podnosząc trzyosobową kanapę, zaatakowała mnie rwa kulszowa i mogłem, co najwyżej omiatać kurze, odkurzać klęcząc na podłodze, myć tzw. durnostojki (bądźmy szczerzy – pożądane bibeloty) takie jak przedwojenne żelazka „z duszą”, ręcznie malowane butelki, wazoniki, kufelki. `No i napisać ten post, stojąc przy kominku, z laptopem na półeczce. W niedzielę będzie czas na powrót, który z uwagi na konieczność tankowania, pakowania, będzie pewnym wyzwaniem.
Ale wracając na ziemię. Poza atakiem rwy, weekend wypadł sielsko, jak z żurnala o agroturystyce. Były proste obiady z własnych warzyw (leczo z cukinii, smażona cukinia, makaron z…cukinią), darowana przez przyjaciół kiełbasa z dzika, trochę słodyczy (część delicji pożarły psy) i ogólnie atmosfera, której tak brakuje w miejskim pędzie. Nawet telefony z pracy (urlop 1 dzień, nie do uniknięcia), czy od klientów nie irytowały. Bo czy można płakać pracując 1,5 godziny dziennie, zamiast, jak zwykle, 8-10-12? Na śniadanie: chleb z masłem, kiełbasą i ogórkiem, potem kawa ze spienionym mlekiem (mam tu stary ekspres). Na drugie śniadanie repeta pierwszego plus ciastka (paliwo do fizycznej pracy). Obiad – nieśmiertelna cukinia i druga kawa z delicjami. Następnie kolacja – znowu: ogórek, chleb i masło. Wszystko świeże, wiejski chleb – pycha, przecież oni tutaj robią go jakoś inaczej. Wydałem wszystkiego 20 zł. Powtarzam – #cottage life + dwa pieseły baraszkujące na podłodze w salonie. Gdybym umiał zrobiłbym zdjęcia i wrzucił na bloga, ale nie umiem. Zapisałem – nauczyć się robić porządne zdjęcia. Humoru nie popsuła mi nawet ta diabelska rwa, ani padający dwukrotnie deszcz (no dalej, podlewaj moją fasolkę).
I ponownie wróciła myśl – a gdyby zamieszkać tu na stałe? Elektryk (ma być do końca lipca) dowiezie za darmo. Rachunki mniejsze. Woda zdecydowanie tańsza, podgrzanie załatwią solary, prąd z FV to grosze, chrustu wokół sporo – od kuzynek dostałem propozycję wycinki półhektarowej łąki, pokrytej 20-letnimi samosiejkami, która przed wojną była stawem – drewno za darmo na kilka lat. Ba, nawet w ramach projektu unijnego, gmina założyła światłowód. Dałoby się co nieco poredukować. Zamknąć firmę, jednemu pracodawcy powiedzieć adieu, namówić żonę na rzucenie pracy, wynająć dom w mieście jako patoakademik (5 lokali dwupokojowych z mini-łazienką da mi dwukrotność żoninej pensji). Im więcej mam lat, tym częściej o tym myślę. Rozmowa z sąsiadem (przyszedł po radę) utwierdziła mnie w wykonalności takiego planu. Mój rówieśnik (jako dzieci bawiliśmy się przez lata), pracuje następującym systemem: 2 miesiące w Holandii, resztę roku w Polsce, domowa żona i dwójka nastoletnich dzieci. Jak to na wsi, „kułak” albo miastowy coś zlecą (brakuje rąk do pracy, oj brakuje), wpadnie parę groszy, a żyje się tanio (on nawet wodę ma z własnej studni). Biedy nie widać: auto (stare, ale zawsze), rozbudował dom (efekt dorobku z saksów). Ze mną jeszcze łatwiej, bo i ten dom-akademik in spe, a przecież mieszkanie w górach (można wynająć), a wreszcie działka w miejscowości turystycznej (15 km od wsi, postawić dwa domki i dojeżdżać). Zresztą nawet mój zawód da się wykonywać z doskoku.
Mógłbym coś zrobić pożytecznego, korporacja (o której pisałem) stale wyciąga swoje macki – skupuje ziemię korzystając z wysokiej marży na rozpoznawalnym w całej Polsce produkcie. Słabsi, namówieni przez dzieci sprzedają, bo jak tu nie sprzedać, skoro agenci łażą po domach i opowiadają – nie bądź głupi, sąsiad dostał 2 miliony za 5 ha i zalążek siedliska. Znajdziesz coś tańszego, lepszego dalej, kupisz mieszkanie w mieście, a 1,5 miliona zostanie. Atmosfera jak z „Placówki”. Firma, żyjąca z ekologicznego wizerunku (bo nie z ekologii, jako takiej), naciska, im więcej ma ziemi, tym silniej. Nie dał się kupić lokalny radny, inni protestowali, to powytaczała im sprawy, ściągała kontrole z inspekcji nasiennej, z ochrony środowiska, sanepidu. Urzędnik ulitował się nad biednym rolnikiem, sąd też, sprawy powygrywali, ale boją się. Przydałby im się ktoś, kto miasto zna, a i korporacja mu niestraszna. Taką smutną opowieść snuł mi sąsiad, w piątkowy wieczór. Mam o czym myśleć.
Wszystko fajnie. Mam pytanie, czy fotowoltaikę założyłeś na nowych zasadach, tj. tych po 31 marca 2022 r.? Jeśli tak daj znać jak się Tobie nie da się to spinać. Pozdrawiam.
Na starych, bo z dopłatą gminną. Teoretyczna produkcja 3.200 KWh rocznie. A w praktyce – zobaczymy.
No fajnie.. pewnie, że dla kogoś kto lubi wieś i tzw. życie „slow’ to super rozwiązanie. Ty się przeniesiesz. A Żona ? A Chłopaki? Już się jak piszesz ze wsi wyautowali.. Nie każdy to lubi. Ja mam podobną sytuację, oszczędności są wystarczające by na wieś się przenieść. Kupić jakieś małe siedlisko do 2ha, nawet je wyremontować do standardu mnie satysfakcjonującego. Bez kredytu. Bez sprzedaży obecnego mieszkania aczkolwiek ze znaczącym wkładem pracy własnej. Z możliwością przejścia na pół etatu bo praca zdalna w moim rejonie odpada. 2x pół etatu w naszym zawodzie + zysk z wynajmu mieszkania wystarczyło by na spokojne życie na wsi, może nie zamożne ale na wystarczające jak na mnie. Ja chcę, Córki chcą na wieś (nawet szkoły sobie wybrały z zawodami które da się wykonywać na wsi i o dziwo lubią pracę fizyczną) a Mąż nie… 5 lat go przekonuję, świetne nieruchomości przechodzą nam koło nosa, cena ziemi idzie w górę, pieniądz tanieje na coraz mniej nas stać a On nie i nie. I co zrobisz jak nic nie zrobisz… 🙁
Starsi synowie już nie mieszkają z nami. Został najmłodszy. On ma jedno wymaganie – szybki internet. A to właśnie się spełnia (na sąsiedniej posesji założono światłowód). Żonę staram się przekonać argumentami – mniej pracy, albo w ogóle luz. Zobaczymy czy się uda.
Teraz następuje moda na wiejskie siedliska. I nawet nie wiem, czy to kwestia mody, czy konieczności. Za 300 tys. w moim mieście można mieć używane niecałe 40m2 (czyli dwa małe pokoje) do remontu, a na wsi dom 120-130 m2, budynek gospodarczy i kawał działki. Czyli miejsce na hobby, psa, kota, oddzielne pokoje dla dwójki dzieci, sypialnię rodziców. A do tego żyć taniej. Praca zdalna kwitnie, hybrydowa także dotyczy coraz większej liczby stanowisk. Młodzi ok. 30-tki, wyszaleli się, chcą tego oddechu.
Czasami współmałżonek, chce zostać w mieście i ma argumenty racjonalne (starzy rodzice, znacznie dłuższy dojazd, szanse dzieci. Czasami faktycznie – nie, bo nie. Jedni postawią sprawę na ostrzu noża (wyprowadzam się, a Ty rób co chcesz), inni odpuszczą. Bo czasem ta osoba najbardziej przeciwna, staje się głównym zwolennikiem, gdy już posmakuje wsi.
Bardzo mi sie podoba Twoja wiejska opowiesc.Sam wyprowadzilem sie z KRK w 2003 i mieszkam juz w 3 domu.
Woda w piwnicy-mozesz sprobowac pomalowac pedzlem PENETRON M, niedawno wszedl amerykanski srodek do zatrzymywania wilgoci i wody. Dziala w ten sposob,ze malujesz powierzchnie scian piwnicy i przedostajaca sie od zewnatrz woda krystalizuje Penetron M na powierzchni sciany, dzieki czemu sciana jest powierzchniowo sucha.Jesli jedna warstwa nie zatrzyma wody-nastepne do skutku.Stosowalem to w jednej kamienicy i dzialalo.Oczywiscie woda w sciane jest,ale nie na powierzchni. Wiadro 25kg Penetron M cena ponad 500 zl.Dystrybutora w Wawie musisz poszukac,w KRK jest jeden.
A na rwe – mialem przez rok w 2018, ledwo wytrzymalem-jedyne co pomagalo to WD40% w ilosci 0,5litra 😀 Juz nie uzywam bo samo prawie zniknelo, wiec i WD zbedne.
Dzięki – sprawdzę te dwie metody.