7 argumentów za zakupem używanego auta.

Wiele razy analizowałem na blogu problem samochodowy. Może niektórzy nawet mają tego dość. Ale kiedy jest się autofreakiem wszystko kojarzy się z… czterema kółkami. Jednym z podstawowych pytań jest – nowe czy używane?  Jak z tego wybrnąć? Dzisiaj argumenty za „używkami”

 Kupujesz za mniejsze pieniądze. 

Nie ma co ukrywać – używane jest tańsze.  W końcu to blog o finansach, więc patrzymy na ceny. Nie zawsze są to ogromne różnice, ale powołam się na własne przykłady.

Pięcioletni Lanos kupiony z przebiegiem 100 tys. zł za 15 tys. (rok 2002). Cena nowego wynosiła 2 razy tyle.

Czteroletni Opel Astra II miał przejechane 54 tys. km i kosztował mnie w 2009r.  22 tys. zł. Sprzedawca zapłacił za nią salonie … 54 tys. zł.

Dacia Logan, na liczniku ok. 40 tys. km. Jako nowa ok. 32 tys. zł, po 3 latach  (w 2010 r.) 17 tys.

Toyota Yaris, przez 5 lat przejechała 100 tys. km, ale kosztowała tylko 15 tys. zł. W salonie bez przebiegu za … 35 tys. zł.

Volvo V70 miało 3 lata i 200 tys. km kiedy trafiło w moje ręce za 67 tys. zł, widziałem fakturę z salonu – 200 tys. zł.

I wreszcie Skoda Kamiq, ledwie roczna z przebiegiem 1 tys. km. Kosztuje mnie (bo to przejęcie leasingu) 54 tys. Wartość rynkowa trzylatki  ok. 72 tys. zł, a nowa ok. 100 tys. zł. A jeśli idziemy dalej i 5 lat to auto prawie nowe? Co powiecie na ok. 10-latki? Znowu wrócę do swoich doświadczeń i tu już nie będzie tak różowo.

Renault Scenic. Porażka. Kupiony w wieku 8 lat, sprzedany po 2 z ogromną stratą, którą wygenerowała naprawa silnika. Kiedy mijam podobnego, spluwam przez lewe ramię 😉

Fiat Uno. Miał 10 lat i 80 tys. km przebiegu. Posłusznie przyjął gaz i jeździł jeszcze kilka lat, został sprzedany prawie bez straty.

Daewoo Lanos. Ten na liczniku legitymował się 120 tys. km a kosztował 10 tys. zł (7 lat). Służył wiernie i poszedł ze stratą 2 tys. zł. Zaleta – był piekielnie tani w naprawach – urwany wałek rozrządu kosztował z wymianą 400 zł.

Fiat Panda. Przebieg 90 tys. km i 9 lat, gdy przychodziła do nas za 9 tys. zł. Potem przez służyła wiernie mojej teściowej i poszła za 5 tys. zł (po 7 latach w rodzinie) z przebiegiem 150 tys. km.

Fiat 500. Moja druga miłość po żonie. Kupiona, chyba za 12 tys. zł z przebiegiem 115 tys. km. Teraz ma już prawie 160 tys. km i jeździ nią mój najstarszy syn. Dzisiaj dałoby się ją sprzedać za cenę zakupu + 20%, a minęły 3 lata.

Porsche Boxster. Początkowa cena 27 tys. zł za siedemnastolatka. Teraz wart pewnie ponad 30 tys. zł, pomimo iż upłynęło 7 lat, a przejechałem nim ok. 6 tys. km.

Może tyle razy miałem szczęście, może potrafię szukać, może mam żyłkę Mirka-handlarza, jeśli jednak zajrzymy do oficjalnych katalogów utraty wartości to możemy spokojnie przyjąć, że 5 lat to -50% ceny. Typowe auto przejeżdża w tym czasie 50-70 tys. km.  Czy jest zajeżdżone? Rzadko. Czy wymaga natychmiastowych napraw? Kosztownych raczej nie.

Oczywiście takie auto nie czeka na każdym rogu. Najczęściej sprzedaje się „po rodzinie i znajomych”, ale nie jest też jednorożcem (ostatnio mój kumpel kupił od swojego kolegi 3-letnią Toyotę Avensis za 80 tys. zł z przebiegiem 50 tys. km – jako nowa kosztowała 130 tys. zł.).  Trzeba czekać i nie marudzić na kolor.

 Dostajesz pojazd od ręki, zamiast czekać pół roku.

Pandemia wywróciła wszystko do góry nogami. To wiemy. Ale nawet wcześniej na nowe auto czekano minimum 3 miesiące, a często pół roku. Kupując używane, płacisz, bierzesz wyjeżdżasz.

Wbrew pozorom, dla wielu osób ta szybkość ma znaczenie.  Właściciele firm (auto zarabia), dojeżdżający do pracy, ktoś, komu popsuło się auto itp. Inni spokojnie czekają.

Za te same pieniądze dostajesz więcej.

Obecnie najtańsze nowe samochody w Polsce to Dacie Sandero za 43.500 zł. To pojazdy miejskie.  Nie mają klimatyzacji i wielu innych potrzebnych elementów wyposażenia.

Za podobne pieniądze dostaniesz mnóstwo aut z przebiegiem do 100 tys. km, pochodzących z polskiego salonu, pochodzących z klasy kompaktowej (wielkość Golfa).

Jeśli akceptujesz większe przebiegi, to masz szanse na auto rodzinne. I znowu, dla jednych to istotny argument, dla innych zupełnie bez znaczenia.

Za nic nie musisz dopłacać.

Kupowałeś kiedyś auto w salonie? Ja tak i wiem, że jeśli dysponujemy określonym budżetem, to musimy wybierać. Albo wyższa klasa i gorsze wyposażenie, albo klasa niższa, ale w lepszym ukompletowaniu.  Trzeba też przygotować się na dopłacanie, nawet do 50% ceny bazowej, bo tu lepszy silnik, tam fotele czy audio.

Znowu przykład – opisywane Sandero. Wersja podstawowa ma 65 KM. Komu to nie wystarcza (bo np. jeździ w trasy), dopłaca do 90 KM. A i jeszcze przydałaby się klima (żadna ekstrawagancja). No i już mamy nie 43 tys. zł, a 53. Chcesz dobrać instalację gazową, dorzuć kolejne 2000 zł, lakier metaliczny – 2000 zł, czujniki parkowania z lepszym radiem 2000 zł. I dochodzimy na poziom prawie 60 tys. zł. Ale zaraz, miało być auto jak najtańsze.

Nie musisz jeździć do ASO

Niektórzy cenią sobie możliwość wyboru. Zamiast płacić za przegląd w autoryzowanym warsztacie producenta, wolą olej zmienić ze szwagrem (będzie taniej).  Inni pojadą do znajomego, który robi to zawodowo. Różnica? Potrafi być spora.

W ASO Volvo, płaciłem za coroczny przegląd (ze zniżkami za auto pow. 4 lat) – 1200 zł. A mówimy o cenach sprzed 10 lat. W podobnym okresie serwisowałem Renault w wyspecjalizowanym warsztacie za połowę tej ceny.

Oczywiście są pakiety przeglądów (płatne), a święty spokój (i gwarancja) też mają swoją wagę. Mówimy jednak o możliwości wyboru, a w nówce go nie masz.

Spokojnie modyfikujesz.

Wyobraź sobie, że znów masz dwadzieścia parę lat, samochód służy Ci też jako sposób na wyrażenie indywidualności. Chciałbyś przyciemnić szyby, założyć dystanse, przykręcić jakiś spoiler, zmienić filtr na stożkowy, okleić lusterka karbonem. Albo oszczędzasz i potrzebna instalacja gazowa.

W nowym aucie każda taka zmiana oznacza utratę gwarancji, przynajmniej częściowo (tzn. zamontowanie gazu nie wpływa na zawieszenie, ale na silnik już tak). W używce (zwłaszcza pogwarancyjnej) robisz, co chcesz.

Nie szkoda sprzedać.

W normalnych warunkach (a teraz są nienormalne) auta tracą na wartości. Nowe zdecydowanie szybciej. Więc siłą rzeczy jeździsz nimi dłużej (5-10 lat od wyjechania z salonu to standard).

Są tacy ludzie (jak ja), którzy potrzebują motoryzacyjnych zmian. Mają kombi, zmieniają na vana, diesla na benzynę, turbo na wolnossący, biały na niebieski, Skodę na Citroena. Używka daje taką możliwość bez łapania się za głowę i odchudzania portfela.  Bo utrata 20-30% po roku to często kilkadziesiąt tysięcy i… równowartość ceny ciekawego samochodu.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *