Tarcza antyinflacyjna oszczędnego milionera. Czy chodzenie od sklepu do sklepu ma sens?

W poprzednim wpisie przedstawiłem ceny podstawowych produktów spożywczych w marketach w moim mieście. Wniosek był taki, że jest jeden najtańszy (Auchan), ale w każdym z „wielkiej czwórki” (uzupełniały ją Lidl, Biedronka i Leclerc) znajdziemy coś w najniższej cenie. Czy warto zatem chodzić od sklepu, do sklepu poszukując okazji? Czy jazda samochodem może okazać się opłacalna.

Wiele lat temu, na początku mojej drogi z oszczędzaniem, za zakupy w domu odpowiedzialny byłem ja. Wynikało to z wieku dzieci (roczniak chętniej zostawał z mamą), szybkości biegania po sklepie (mnie wychodziło to znacznie szybciej) i relacji siła/piętro zamieszkania. Teraz po sklepach jeździ głównie żona, a moją rolą jest przynieść siatki z auta.

Nie znaczy to, że zupełnie nie znam poziomów cen (bo jednak od czasu do czasu pojadę właśnie ja). Niemniej jednak warto ułożyć sobie je w głowie na spokojnie. Służyło temu zaprezentowane niedawno zestawienie.

W stylu prawdziwych skner jest chodzenie od sklepu do sklepu w poszukiwaniu produktu tańszego o 5 gr, my tak nigdy nie robiliśmy. Może jednak, z uwagi na poziom cen, warto zacząć? Gdzie leżą problemy?

Odległości.

Biedronkę mam 1 km od domu, Leclerca i Lidla o 1,5 km, Auchan jest oddalony ode mnie o 3,5 km. Siłą rzeczy (i ich wagą – nasze zakupy tygodniowe ważą ok. 30-40 kg i mieszczą się w 2-3 wielkich siatkach), zostaje samochód lub rower towarowy (którego nie mamy). A samochód kosztuje.

Czas.

Załóżmy jednak, że ciężar nie jest problemem (niektórzy kupują znacznie mniej). Pozostaje jeszcze czas. Przejście odległości z Auchana do Leclerca (żeby zaoszczędzić na bananach) – ok. 4,5 km zajmuje godzinę, potem trzeba jeszcze 40 minut na powrót do domu. Rajd pieszo po wszystkich sklepach 4-5 godzin  i trzeba przejść 15 km. Rowerem będzie szybciej 3-4 godziny. Podobnie samochodem. Robiąc zakupy w jednym miejscu wyrobimy się w godzinę.  A czas – to pieniądz. Te 2 godziny różnicy, dla kogoś z pensją minimalną to ok. 25-30 zł.

Ile da się oszczędzić?

To fundamentalne pytanie. Nasze tygodniowe zakupy to ok. 300 zł (w marketach nie kupujemy wędliny ani mięsa).  Wybierają wszędzie to co najtańsze oszczędzimy może 30 zł, może 40 zł (na niektórych produktach różnice są groszowe, ale np. na 5 kostkach masła można „przyciąć” 10 zł).

Czy ma to sens?

Dla pracujących, oszczędności to wartość poświęconego czasu wg stawki godzinowej. Ma sens w przypadku emeryta, ale ilu z nich ma siłę, żeby przejść 15 km, albo samozaparcie, żeby codziennie odwiedzać jeden sklep?

W większości zaopatrują się w osiedlowym. I to będzie temat na kolejny wpis – ceny w sklepie na moim osiedlu.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *