Czy prekariat ma szansę na poprawę swojego bytu?

Odbiegam ostatnio od głównego tematu tego bloga tj. możliwości dorobienia się majątku o wartości minimum miliona złotych przy nieco ponadprzeciętnych dochodach. Przyczyna? Staram się reagować na wpisy w komentarzach. Może to naiwne, że staram się dyskutować osobami piszącymi, że nienawidzą świata, który reprezentuję.  Dlatego dzisiaj o ewentualnych szansach prekariatu. Postaram się, widząc sprawy nieco inaczej niż przeciętny prekariusz (a także obserwując swoich klientów – byłych prekariuszy) odpowiedzieć na to pytanie, nawet nieco szerzej. Nie czy, ale jak to zrobić.  Najpierw uwaga metodologiczna, będę rozważał dwa wątki – poprawa losu pojedynczego prekariusza i poprawa losu prekariatu jako całości. Zacznijmy od tej drugiej opcji.

Jak prekariat (jako klasa) może poprawić swój los?

Ma na to generalnie dwa sposoby.  Wracając do wieku XIX-go: socjalistyczny i socjaldemokratyczny. Rewolucję i ewolucję systemu. Rewolucja musiałaby polegać na obaleniu obecnych władz i w ogóle rozwaleniu całego ustroju. Pogonienie księży,  drobnomieszczan (dzisiejszej klasy średniej), burżuazji (dzisiejszej klasy wyższej) i rozdzielenie ich majątku pomiędzy prekariuszy, wprowadzenie czegoś w rodzaju początkowego PRL-u. Rewolucja wymaga jednak ofiar i siły. O ile burżujowi łatwo rozpłatać brzuch czy obciąć obmierzły łeb, o tyle klasa średnia jest….liczniejsza od prekariatu i łatwo zlikwidować się nie da, dysponując dodatkowo aparatem przemocy (wojskowi i policjanci to typowi przedstawiciele klasy średniej pracującej). A więc poprzestańmy na eksterminacji  burżujów i podziału ich majątku. Pomiędzy kogo? Prekariuszy? Klasę niższą dochodowo? Czy ma być to rewolucja pracujących za grosze, czy może sojusz robotniczo-chłopski? Na to pytanie odpowiedziała już  historia.   Udowodniono, że możliwa jest rewolucja w jednym kraju, a sojusz robotniczo-chłopski to mit (właśnie z uwagi na antagonizmy klasowe i uwarunkowania pozaekonomiczne). Czyli dzielimy pomiędzy prekariuszy. Ile ich mamy w Polsce? Biorąc tradycyjne wyznaczniki klasy niższej (20% najgorzej zarabiających) i to, że tylko część z niej to prekariat, pewnie ok. 3-4 mln.  Z takimi kadrami, przy odrobinie szczęścia i terroru, rewolucję zrobić się da.

Wersja ewolucyjna okazuje się wbrew pozorom znacznie trudniejsza – trzeba wygrać wybory.  4 mln głosów (zakładając, że wszyscy prekariusze głosują na jedną partię – pewnie byłaby to Lewica) to poziom ok. 20-22% głosów. Taki wynik nie gwarantuje zwycięstwa.  A może przyłączyć się do wyborców partii już istniejącej? Niewiele to da, bo z większością prekariusze nie mają wspólnych interesów.  Pozostają im realnie Lewica i PiS.  Do Lewicy im najbliżej (może poza prekariuszami zorientowanymi ideologicznie na prawo), z PiS-em z kolei dzieli ich właśnie ideologia. W interesie prekariatu nie jest sojusz tronu i ołtarza, z którego płyną od 2000 lat zapewnienia o konieczności akceptacji swojego losu. Los wszelkich potępianych przez Watykan rewolucji i socjaldemokracji dobitnie o tym świadczy.  Konfederacja i PO to partie liberalne, PSL- urzędniczo-chłopska, a Polska 2050 głaszcze klasę średnią (podobnie jak Porozumienie Gowina). Dopóki w Polsce nie powstanie silna partia socjaldemokratyczna, prekariusze jako grupa nie mają wielkich szans.

Nie oznacza to jednak niemożności zmiany losu poszczególnych jednostek i awansu społecznego. Widziałem wiele takich przypadków, zarówno jeśli chodzi o prekariuszy-zdeklasowanej inteligencji jak i prekariuszy-byłych proletariuszy. Prawie wszystkie takie historie mają  wspólny mianownik – wyjazd do jakiegoś obcego, bogatego kraju, praca tam 5-10 lat i ewentualny powrót, z awansem do klasy średniej. Znam jednego prekariusza, który założył  w Polsce własny biznes i poszedł do przodu, drugi znalazł pracę etatową i awansował. A historii prekariuszy-emigrantów całe mnóstwo.  Smutna to konstatacja, statystycznie żeby poprawić swój los trzeba wyjechać.  Prekariusz pracujący na mitycznym Zachodzie jest w stanie zarobić na bieżące życie i odłożyć. W Polsce, za minimalną płacę i przy stałej niepewności – nigdy. Jak żaglówkę, wywraca go pierwszy życiowy szkwał (wypadek, choroba, nieprzewidziany wydatek). Może własna firma usługowa, może praca na nieco lepszym etacie (np. awans na szczebel kierowniczy), ale to faktycznie dla jednostek. Tymczasem w IV RP, żeby się wybić trzeba albo kapitału, albo znajomości, albo szczęścia. Klasa średnia może mieć wszystkie trzy.  Klasa wyższa – już ma przynajmniej dwa. Prekariat liczy tylko na ostatnie. Podam przykład. Mój klient pochodził z bardzo biednej rodziny. Nawet na pogrzeb ojca brał pożyczkę. Wygrał los na loterii – energiczną i wspierającą żonę, też z prekariatu. Teraz razem po godzinach (on pracuje na 110% w budowlance, ona z dziećmi w domu) prowadzą małą firmę – wypożyczalnię sprzętu budowlanego. Podgryzają go komornicy za stare długi (więc nie mógł pożyczyć na start), ale razem z żoną wychodzi na prostą. Za chwilę będą w klasie średniej. Zdecydowało szczęście – odpowiednia kobieta.  W jak innej sytuacji są te dzieci, którym rodzice załatwili pierwszą pracę, dali pieniądze na rozruch firmy, mieszkanie itp.)?  Ten brak, nie pierwszego miliona, ale pierwszych 100-300 tys. można zapełnić wyjeżdżając na kilka lat na zachód.  Emigrant wróci, zainwestuje i ruszy z kopyta.

Te opowieści pokazują, że nie doszło jeszcze do całkowitego zamknięcia klas społecznych. Ciągle możliwy jest awans, ale wymaga on kombinowania. Lub życia na obrzeżach systemu.

3 przemyślenia nt. „Czy prekariat ma szansę na poprawę swojego bytu?”

  1. Autor myli drobnomieszczaństwo z klasą średnią. Zachodnioeuropejska klasa średnia to dawne mieszczaństwo, które w naszym kraju praktycznie nigdy za bardzo nie istniało. Mieszczaństwem byli bogaci rzemieślnicy, kupcy – dosyć zasobni, ale nie szlachta. Stąd brak w naszym kraju typowej klasy średniej i nie wiadomo, kto miałby się do niej ewentualnie zaliczać. Natomiast drobnomieszczaństwo to byli wzbogaceni robotnicy, czyli osoby pochodzące z proletariatu, które dzięki pracy w przemyśle odrobinę się wzbogaciły. Stąd poglądy neoliberalny i te wszystkie opowieści o „braniu spraw we własne ręce”.
    Sztandarowym przykładem drobnomieszczańskiego pochodzenia jest Margaret Thatcher, córka sklepikarza.

    1. Już definicja klasy średniej w Polsce (z uwagi na brak właśnie silnego mieszczaństwa) budzi wątpliwości. Bo z jednej strony minister twierdzi – wystarczą zarobki na poziomie 2/3 średniej krajowej, z drugiej pojawiają się (słusznie), uwagi, że klasa średnia to nie tylko zarobki. To pewien kod kulturowy, zespół zachowań, aspiracje. I wtedy mamy problem. Czy właściciel firmy budowlanej (inżynier), zatrudniającej 15-20 osób to klasa średnia, czy drobnomieszczanin? W starym, klasycznym leninowskim podziale na chłopów, drobnomieszczaństwo, robotników, obszarników i burżuazję liczyła się własność warsztatu pracy, a nie wykształcenie (obszarnik mógł nie skończyć szkół, tak samo burżuj). Potem pojawiły się nowszy pogląd – są klasy: niższa, średnia i wyższa. Teraz dodaje się prekariat. W USA funkcjonuje pojęcie blue collar (pracownik fizyczny) i white collar (umysłowy). Przy czym blue collar może zarabiać bardzo dużo, pracować na swoim, zatrudniać ludzi (właściciel np. wysypiska śmieci) i mieć niską pozycję socjoekonomiczną, z kolei white collar np. urzędnik, często zarabia mniej (u nas to też widoczne – pani z urzędu gminy czy okienka w banku, zarabia grosze, znacznie mniej niż duży rolnik), ale jego pozycja socjoekonomiczna jest wysoka. Stąd w Polsce ten podział się nie sprawdza. Kiedyś Gazeta Wyborcza robiła taką ankietę o przynależności do klasy społecznej, były tam pytania o dochody, ale i o rodzaj słuchanej muzyki (co dzisiaj znowu się nie sprawdzi – dzieci nawet z klasy wyższej – patrz: Mata (syn profesora), słuchają i tworzą rap lub hip-hop uznawany za domenę biedoty z blokowisk), znajomości, czas wolny itp.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *