Dzień z dyskontami.

Jeśli jesteście ze mną od początku lub przeglądaliście archiwum  to być może dostrzegacie, że ten blog jest jak morze, ma swoje przypływy i odpływy, szarpią nim wiatry, faluje. Raz więcej piszę o oszczędzaniu, innym razem o inwestowaniu, czasami uciekam się do filozofii. Z pewnością jestem innym człowiekiem niż 3 lata temu, zmieniają mnie moje doświadczenia, ale i kontakt z określonymi lekturami. Ostatnio przeczytałem książkę „Walden czyli życie w lesie” napisaną przez Thoreau prawie 200 lat temu, a jednak niezmiernie aktualną, trafiłem na fascynującego bloga link, i ponownie przemyślałem kilka spraw. Ile procent we mnie człowieka oszczędnego, a ile milionera? Ile potrzebuję do życia i co jest istotne? Efektem tego wszystkiego jest podjęte przeze mnie wyzwanie – które nazywam „dzień z dyskontami”  a  będzie jeszcze cykl wpisów marcowo-kwietniowych, zapowiedziany bliżej 25 lutego.  A zatem, co to jest dzień z dyskontami?    Dzień z dyskontami to pomysł na pewne samoograniczenie. Autotest i potwierdzenie, że ciągle jestem przede wszystkim człowiekiem oszczędnym, a dopiero później zamożnym. Dowód wiary w wartość prostego życia i możliwość wyrwanie z presji konsumpcji.  Jak wygląda ta presja? W moim środowisku zawodowym często spotykam się z opinią: jak Cię widzą, tak Cię piszą. Staram się jej nie poddawać. Czasami, kiedy wiąże się z młodzieńczymi marzeniami i bywa wytłumaczalna na poziomie racjonalności (wizerunek wśród klientów)  – upadam (np. kupując sobie wprawdzie prawie pełnoletnie, ale Porsche). Inne elementy presji znoszę lepiej  np. pogląd – …. (tu nazwa mojego zawodu) musi raz w tygodniu się napić (zawód stresujący) i powinna to być whisky nie tańsza niż 100 zł za butelkę. Tak, faktycznie mam kolegów, wygłaszających takie tezy. Tu jest mi łatwiej, bo po pierwsze nie lubię whisky, w ogóle nie przepadam za alkoholem, a poza tym  te 5200 zł rocznie wydaje (lub oszczędzam) na coś zupełnie innego. Niemniej jednak w ramach walki z bestią konsumpcji wewnątrz mnie (bo nie mam racjonalnych podstaw, aby faktycznie tak żyć) podjąłem wyzwanie – raz w miesiącu jest dzień, w którym używam wyłącznie produktów najtańszych, niemarkowych, pochodzących z dyskontów, mam zakaz korzystania z samochodu (pozostaje transport publiczny, własne nogi, rower). Dotyczy to jedzenia, ubrania i stopniowo wszystkiego (od przyszłego miesiąca nawet telefon wyciągnę stary).  Oczywiście, dotyczy to wyłącznie mnie, nie zmuszam do niczego rodziny. Szczerze mówiąc na razie dzieci jeszcze nic nie zauważyły (jak wyciągnę starą Nokię, to pewnie zaczną się pytania), żona wie, bo wtedy sam gotuję.

Czy warto przeżywać taki dzień? Według mnie, tak. Korzyści są trojakie.

Po pierwsze, faktycznie ograniczamy coś co jest tylko pragnieniem, a nie realną potrzebą. Skoro bluza z Lidla okazała się wygodna, po co mi zatem Tommy Hillfinger? Dlaczego muszę mieć super samochód skoro poza 2-4 dniami w miesiącu mógłbym go wcale nie używać? Czym różni się własnoręcznie upieczony chleb, od tego z modnej piekarni w cenie 15 zł za kilogram?

Po drugie, nie odrywamy się od ziemi. Słyszałeś polityków? Za mniej niż 6 tys. pracuje głupi albo złodziej. Kiedy byłem ministrem i zarabiałem 12 tys. miesięcznie to nie starczało mi na życie. Przecież to bzdura. Kiedy dochód Twojej rodziny wynosi kilkanaście tysięcy miesięcznie i obracasz się w kręgu, w którym pensja 4 tys. netto uchodzi za niską,  standardem są auta z salonu za 80-100 tys., powoli zapominasz jak wygląda życie. Zapominasz, że większość ludzi (tzn. mediana) nie ma pensji/emerytury/dochodu z firmy większego niż 3 tys. zł netto, a są tacy (i nie ma ich mało), którzy żyją za pensję minimalną wynoszącą ok. 1600 zł netto.  Wyzwanie dnia dyskontów powoli Ci o tym przypomina, sprowadza na ziemię.

Po trzecie, dzień dyskontów wzmacnia, czyni silniejszym człowiekiem. Wiesz jakie jest częsta myśl człowieka zamożnego z tzw. klasy średniej (pisał o tym m.in. Kiyosaki)? Co się stanie jeśli to wszystko stracę? Wysoką pensję, pracę, pozycję, dom, samochód, wakacje kilka razy w roku? I wielu ludzi kuli się, na samą myśl o takiej sytuacji. Nie będą już „panem doktorem”, „panem mecenasem”, „panem prezesem”, „panem dyrektorem” i w ogóle „panem” lecz zwykłym anonimowym „przeciętnym Kowalskim”. Jak straszne stanie się wtedy życie? I aby utrzymać tę pozycję albo idą na daleko idące kompromisy z samym sobą, często z uczciwością zawodową (bo szef nie da premii, klient nie zapłaci) albo zapracowują się na śmierć.  Kiedy wiesz, że do szczęścia wystarczy mniej, poradzisz sobie nawet pomimo mniejszej ilości gotówki, potrafisz stawić czoła szefowi, ograniczyć pracę i …. jesteś po prostu szczęśliwszy i spokojniejszy. Jak napisała jedna z ziemianek (z tych co straciły wszystko w czasie wojny) Justyna Trzcińska, „Każdy człowiek im mniej ma potrzeb, tem jest szczęśliwszy, jest bowiem niezależny od wszelkich wypadków zmieniających jego położenie materialne i zawsze czuje się zadowolony z tego co posiada”.

2 przemyślenia nt. „Dzień z dyskontami.”

  1. Witam serdecznie.
    Ciągle czytam Pana blog i jestem pod wrażeniem. Chciałbym aby napisał Pan jakie rady dla młodych jestem ciekaw ( mam 23 lata ) pozdrawiam !

    1. Dziękuję za miłe słowa. Wpis oczywiście się pojawi, może jeszcze w tym tygodniu – zdecydowanie poza kolejnością (marzec miał być miesiącem traktującym o moim pomyśle – życie za pensję minimalną), ale nie może powstać od ręki, bo potrzebuję cofnięcia się czasie (jestem dokładnie 20 lat starszy).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *