Ile z zarobionych pieniędzy przeznaczam na inwestycje?

W dzisiejszym wpisie postaram się wyjaśnić jak wygląda mój pomysł na podział  zarobionych pieniędzy, co uważam za inwestycję i czym różni się ona od oszczędzania. Zaczynamy.

Pierwsza rzecz to ustalić zasady i stosowane przeze mnie nazewnictwo. Jeżeli zarobiłem w danym miesiącu np. (liczby faktycznie są przykładowe) 12.000 zł a moja żona 2.000 zł to razem zarobiliśmy 14.000 zł. To są zarobki.

Jeżeli w danym miesiącu w ramach pozycji budżetu wydaliśmy 8.000 zł (znowu to tylko przykład), to są to wydatki.  Jak wiecie, z uwagi na  konieczność opanowania tych wydatków aby dokonać ich „spłaszczania” w trakcie roku (uniknięcia sytuacji, że w styczniu wydaje 8000 zł, w lutym  4000 zł, a w marcu 16.000 zł) stosuje pewien system, który opiera się o konta oszczędnościowe i polega na wyrównywaniu tych wydatków w ramach różnych „rezerw” – uśrednianiu w ciągu roku. Jedną z nich jest „rezerwa media” czyli rachunki za opłaty utrzymania nieruchomości. Ponieważ np. rachunek za gaz do ogrzewania domu przychodzi co ok.  2 miesiące, to mogłoby się okazać, że w lutym  nie zapłacę nic, a w marcu ( kiedy np. dodatkowo przychody są mniejsze) – 1.200 zł, jeśli jednocześnie trzeba zapłacić rachunek za przeglądy aut, ich ubezpieczenie (np. 3.500 zł), moją coroczną polisę na życie (1.000 zł) i dodam jeszcze kilka takich pozycji to np. w marcu  nic nie zaoszczędzę, a w lutym 12.000 zł. Dlatego do faktycznych wydatków doliczam odpis na te fundusze (media, ubezpieczenia na życie, utrzymanie samochodów, poszczególne nieruchomości , wakacje, ubrania, awarie itp. W ten sposób „na papierze” w poszczególnych miesiącach moje wydatki są podobne. Może nie każdemu to pasuje – niektórzy lepiej znoszą wahania współczynika oszczędności od ujemnego do np. + 70% w poszczególnych miesiącach, zwłaszcza przy nieregularnych dochodach – ja osobiście reaguje na takie zmiany źle (problem tkwi w psychice).

Zatem różnicę pomiędzy rzeczywistymi dochodami w danym miesiącu, a uśrednionymi wydatkami nazywam – oszczędnościami. Staram się bardzo, aby mój współczynnik oszczędności nie spadał poniżej 30% dochodów – tzn. po tych wszystkich spłaszczeniach wydatków – oszczędzam nie mniej niż 30%  otrzymanych dochodów (jeśli zarobiłem 16.000 zł  miesięcznie –  to oszczędzam 4.800 zł). Są lata, że ten współczynnik szybuje do 50%. Oszczędności można przeznaczać na różne cele: wydanie ich na konsumpcję w pewnym terminie, wydanie na spłatę zobowiązań, skierowanie w inwestycje krótko i długoterminowe.

O konsumpcji będzie jeszcze czas porozmawiać, o spłacie zobowiązań także, ale o co chodzi z moimi inwestycjami. Staram się aby miały one charakter mniej więcej celowy. Staram się, aby wyniosły minimum 500-1000 zł na emeryturę (mam w tym celu konto w biurze maklerskim) – tu perspektywa jest jeszcze ponad dwudziestoletnia.

Dodatkowo inwestuje 200-300 zł na zmianę samochodu (fundusze indeksowe dopięte do jednego z kont). Zakładam, że  na  5-10 lat.

Kolejnym punktem są inwestycje w nieruchomości. W tym przypadku, różnica pomiędzy miesiącami (jak wiecie przy fluktuujących dochodach) staje się już znaczna – staram się, żeby był to minimum 1.000 zł. Maksymalnej granicy nie ma (bywało i kilkanaście tysięcy). Odkładam je najpierw na koncie oszczędnościowym, a następnie po znalezieniu odpowiedniego celu wypłacam. Co więcej, zdarza mi się podebrać z tego konta, aby spłacić kredyt przeznaczony na zakup nieruchomości dokonany wcześniej.

Jak widzicie, znaczną część zarówno dochodów jak i oszczędności, przeznaczam na inwestycje – to podstawowy gwarant spokojnej starości i stałego wzrostu majątku, zgodnie z motto oszczędnego milionera – „Żółw przegoni zająca”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *