Skąd wiem ile wydaję. Czyli kilka słów o spisywaniu wydatków.

Dzisiaj napiszę o najbardziej znienawidzonej przez wielu, najbardziej nudnej, ale jednocześnie niezbędnej czynności – codziennym spisywaniu wydatków.

Wiem, że tego nie polubisz, ani uznasz za pasjonujące. Ale tak jak mycie zębów jest nużące i trywialne, a jednak robimy to mając świadomość dobroczynnego wpływu na nasze zdrowie, tak samo spisywanie wydatków owocuje zdrowymi finansami domowymi. Ba, stanowi fundament budżetu. Dlaczego? Ponieważ aby zaplanować i ewentualnie coś zmienić, musisz najpierw wiedzieć jaki jest stan obecny.  Zaczynamy więc.

Potrzebujesz: zeszytu i długopisu albo arkusza kalkulacyjnego lub specjalnego programu (w komputerze, tablecie, komórce) oraz chęci poświęcenia codziennie kilku minut. To wszystko, chociaż uwierz mi, z tym ostatnim bywa najgorzej. Ja, piętnaście lat temu, zaczynałem od zeszytu (który nadal przechowuję), potem zacząłem wykorzystywać komputer.

Skoro mamy narzędzie, próbujemy coś z nim zrobić. Każdy miesiąc to oddzielny spis.  W zeszycie, na kartce rysujemy w pionie dni miesiąca, a w poziomie kategorie wydatków. Potem sukcesywnie wpisujemy wydatki na przecięciu kategorii i dnia. Na koniec miesiąca podsumowujemy, najpierw  poszczególne dnia, potem kategorie. Kiedy korzystamy z arkusza kalkulacyjnego jest bardzo podobnie. Tylko sumowanie odbywa się automatycznie. Z kolei specjalny program sam dokonuje podsumowań, my tylko wybieramy kwotę i kategorię.

Największy problem początkującym sprawiają: konieczność codziennych wpisów oraz zbyt szczegółowy charakter kategorii (np. zamiast „jedzenie” wpisują oddzielnie „nabiał”, „mięso”, „wędlina” itp.). Na oba problemy znajdę radę. Wprawdzie polecam codzienne uzupełnianie (np. wieczorem), ale jeśli zapomnimy o tym, także nie stracimy danych, o ile zbieramy paragony i/lub mamy doskonałą pamięć. Zbierając paragony spokojnie możemy zmniejszyć częstotliwość do 10-15 razy w miesiącu (raz na 2-3 dni). Po prostu mamy więcej roboty na raz. Jeśli chodzi o szczegółowość polecam korzystanie z następujących kategorii (może macie inne, wtedy nie trzymajcie się ich sztywno).

  1. Jedzenie
  2. Chemia (czyli pasty do zębów, szczoteczki, ale i proszek do prania).
  3. Zdrowie (leki i lekarze).
  4. Ubrania (u mnie w rozbiciu na: żona, dzieci , ja).
  5. Nauka (czyli zarówno zajęcia dodatkowe, książki, zeszyty, jak i opłaty za studia, czesne, przedszkole itp.).
  6. Transport (samochody, bilety ew.  rata kredytu samochodowego).
  7. Opłaty domowe (prąd, gaz, woda, śmieci, czynsz, telefony, internet ew. kredyt hipoteczny).
  8. Zakupy do domu (np. meble, naczynia, agd itp. ew. spłatę kredytu na nie).
  9. Kieszonkowe (u mnie ma je każdy, w ramach niego rozliczam swoje drobne wydatki np. fryzjera, książkę).
  10. Wakacje (w tym wycieczki szkolne i inne wyjazdy dla przyjemności).
  11. Prezenty.
  12. Działalność gospodarcza (jeśli ktoś prowadzi).

W sumie 12 kategorii i 28,29,30 lub 31 dni w miesiącu. Wiecie jak? To zabieramy się do roboty.

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *