Warning: Undefined array key 1 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505

Warning: Undefined array key 2 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505
październik 2025 – Strona 2 – Oszczędny Milioner

Pojechał na urlop sześciotygodniowy…

Ten rok miał być inny niż wszystkie i stanąć pod znakiem zwolnienia biegu. Najpierw w lutym rozstałem się z drugim pracodawcą (z przyczyn leżących po jego stronie), później rozwinąłem moją małą dg, aby w lipcu zarobić sporo na zapas. A w sierpniu podjąłem radykalną decyzję – sześciotygodniowy urlop. I wprowadziłem ją w życie.

W pierwszym tygodniu sierpnia HR rozesłał „listę wstydu” czyli zestawienie pracowników, którzy mają najwięcej zaległego urlopu. Zajmowałem na niej zaszczytne drugie miejsce w 50-osobowym dziale. Moja liczba wynosiła 29. Pierwsze miejsce dzierżył niepodzielnie mój kumpel z wynikiem… 170 dni, co oznacza, że od 2020 r. był na urlopie 5 dni. Trzeci na podium nie przekraczał 10. Pismo przypominające utrzymano w ostrym tonie – pracodawcy grożą mandaty, trzeba pilnie wykorzystać do końca września. I wtedy właśnie wpadłem na szatański pomysł. A gdyby przedłużyć zaplanowane 2 tygodnie do 6. Szef, wystraszony przez HR-ówki wizją kar, zgodził się bez dyskusji. No i stało się: ostatni dzień w biurze 14 sierpnia, kolejny 30 września. Została mi tylko firma i to w ograniczonym zakresie.

Pierwsze dwa tygodnie: Macedonia. Tutaj wszystko miało być proste: wyłączona komórka (kontakt tylko przez komunikatory i maila), nie zabierałem komputera (wyłącznie komórka z klawiaturą). Efekt? 3 kontakty z pracy (okazało się, że przed moim wyjazdem rozpoczęto duży projekt, no i robotę, którą w zamierzeniu miałem wykonać w dwuosobowej grupie, rozdzielono na nastu pracowników), nie dłuższe niż 3 minuty. W firmie – średnio 1 godzina dziennie i wyrobione 3500 zł (co oznacza, że gdybym pracował 30 godzin w miesiącu – zarobię 7000 zł). Tak można żyć. Wakacje i wrażenia opisałem dokładnie wcześnie. Stąd na tym kończę.

Wrzesień. Do domu wróciłem 29 sierpnia i 2 dni dochodziłem do siebie (nieprzespana noc w drodze, zmiany temperatur itp.). Nadszedł początek września. Tutaj już byłem na miejscu, firma musiała działać. Pomimo tego zauważyłem u siebie znaczne zwolnienie tempa. Dlaczego? Powodów miałem 5.

  1. Dowolne godziny pobudek.
  2. Czas dla siebie i na hobby.
  3. Wieś.
  4. Wizyty towarzyskie.
  5. Brak regularnych godzin spędzonych w pracy i na dojazdach.

Pobudki. Z budzikiem wstawałem może 3 razy – gdy miałem jakiś ranny wyjazd. Organizm dawał radę zregenerować się, budząc się naturalnie. Nie, żebym spał do południa. Z reguły było to 5-9 godzin, ale pomimo tego chodziłem wypoczęty. Już wiem, jak żyją freelancerzy. I też tak chcę. W efekcie cały tydzień wyglądał jak weekend. Lubię to.

`Czas dla siebie i na hobby. Kiedy nie grozi `Ci` praca 8h dziennie, do której trzeba dodać godzinę szykowania, drugą na dojście i powrót i trzecią na dekompresję, dzień znacznie się wydłuża. Nic dziwnego. Szykujemy się bez stresu, bo nic nas nie goni. W takich okolicznościach, pracując dziennie ok. 2-3 godzin, nawet tego nie odczuwałem. Nic dziwnego, siedziałem przed kompem w domu lub ogrodzie, a nie w biurze. Wreszcie 3 godziny to nie 9 (z drogą).

I ten odzyskany czas wykorzystywałem rozsądnie. 2 koncerty (z dojazdem do Warszawy), przy okazji spotkań z klientami. Przeczytanych sporo książek, kilkanaście szkiców artykułów na blogu. Naprawione rzeczy, remonty. A to wszystko w miesiąc i pomimo realizacji różnych ról (w tym działalności firmowej).

Wieś. Z 29 dni września, 10 spędziłem na wsi. Mówi samo za siebie. `Gdybym pracował na 100% (czyli także etatowo), może liczba zgodziłaby się, ale w innych warunkach: rano szybka godzina w murach i powrót ok. 17. A o 19 zapadał już zmrok. Czyli efektywnie 2 godziny.

Wykonałem ogrom prac ogrodniczych. zamontowałem nowy prysznic.

Wreszcie na wsi, pracowałem też firmowo. Szybki internet zdecydowanie to ułatwiał. Gdybym pracował etatowo – nie do zrobienia.

Wizyty towarzyskie. Licząc tylko te wyjazdowe – dwie. 3 dni w u przyjaciół w górach, 3 dni w Wielkopolsce. Ponownie, przy etacie wymagałyby wzięcia sobie wolnego. Do tego kilka spotkań na miejscu.

Brak regularnych godzin spędzonych w pracy i na dojazdach. Tu już nawet nie chodzi o czas (ale odzyskane 27 godzin tygodniowo, daje ok. 100 godzin miesięcznie), ale o powtarzalność każdej doby. U przedsiębiorcy w branży usług, każda jest inna. A u pracownika, nie.

Dlatego zamiast 9 godzin od rana do 16-17, tracąc większą część dnia i światła słonecznego, pracowałem, nie dość, że mniej, lecz jeszcze zupełnie inaczej. Np. 7-11, 13-15, a potem 17-19. W niektóre dni od 5 do 8, w inne od 21-24. Mózg nie popada w rutynę. Gadzi mózg nie jest drażniony dojazdami. Wszystko działa jak należy. Dość powiedzieć, że poza bieżącymi wreszcie wziąłem się za wykonanie zadań odkładanych od 2-3 miesięcy. Dużych projektów, od których odrzucała mnie perspektywa czasowa i codzienne zmęczenie. Mogłem poświęcić się im w 100%.

Liczba przepracowanych firmowo godzin – 30 godzin w miesiącu, wcale nie była większa niż zwykle, a nawet mniejsza, więc faktycznie – przebywałem na urlopie. Bo chyba można za taki uznać czas, gdy pracujemy średnio 2 godziny/dzień roboczy, albo 10 godzin tygodniowo. W te 30 godzin zarobiłem tyle, ile w biurze przez miesiąc.

Wnioski. Sześciotygodniowy eksperyment pozwolił nieco wyrównać oddech. Dał czas na odpoczynek i refleksję. No i sporo analizowałem i liczyłem. Główny wniosek brzmi: więcej takich urlopów, w najgorszym dla Polaka czasie, czyli w zimie. W przyszłym roku nie czekam na sierpień-wrzesień, tylko startuję wcześniej.

Potem w lipcu-sierpniu 2 tygodnie na Macedonię i w listopadzie (znowu krótki dzień 3 tygodnie do sanatorium).

I najważniejsze, do wiosny do jesieni na wsi (żona wycofała się z deklaracji). I właśnie w wsią związanych jest kilka moich szalonych pomysłów.

Docelowo – po zwolnieniu z pracy (planują cięcie kosztów, czyli 6-miesięczna odprawa), nie szukam kolejnej. Przeżyję za dochody firmowe plus odsetki plus moje różne dziwne pomysły związane z wsią. Kiedy to nastąpi? Nie wie nikt. Mój przełożony puścił już wstępny sygnał, że etatowcy kosztują go 2 mln, a firma zewnętrzna zrobi to samo za 1 mln, czyli analizy trwają. Jestem jednym z niewielu (poza pracownikami w okresie ochronnym), który nie płacze. Znając dynamikę sytuacji (bezwładność dużych firm) został mi mniej-więcej rok. Zamierzam wykorzystać go do maksimum, na zbudowanie portfolio własnych klientów. I faktyczne życie na luzie, z pracą umysłową na poziomie 2 godzin dziennie.

Ile kosztuje perfekcjonizm? Różnica pomiędzy „idealnie”, a „wystarczająco dobrze”.

Tworząc ten wpis, chcę Wam uświadomić, koszty perfekcjonistycznego podejścia do życia. Znam kilka takich osób i widzę rezultaty. Sam jestem raczej zwolennikiem „wystarczająco dobrze”, leżącego gdzieś pomiędzy „idealnie” a „daję z siebie 30%” i mogę okazać się nieobiektywny. Dlatego krótko przedstawię koszty psychiczne (często znacznie większe) i zdrowotne, a skupię się na finansach.

Perfekcjonista to człowiek, który wymaga ideału. Od siebie innych. Szuka go w partnerach, a jeśli nie znajdzie (któż z nas wygląda i zachowuje się jak bohater komedii romantycznych: bogaty, przystojny, z zainteresowaniami, delikatny i zdecydowany zarazem), albo żyje samotnie, albo wybiera związki „trzymiesięczne”, albo zadręcza drugą osobę wymaganiami i wymówkami. Sam, ponieważ też ma wady, żyje w ciągłym poczuciu winy. Dość często cierpi na choroby psychosomatyczne. Umiejętność odpuszczenia pozostaje ważna w wielu dziedzinach. Klasyczny i znany przykład – Steve Jobs. Matka jego pierwszego dziecka, nie wyglądała jak ideał, więc porzucił ją w ciąży. Niszczył współpracowników (historia z udziałami dla wieloletnich pracowników Apple i Stevem Wozniakiem). Zadręczał bliskich swoimi pomysłami i odpałami (nie używał np. dezodorantów z przyczyn ideologicznych) W końcu zmarł w wieku 56 lat na raka (uchodzącego za chorobę perfekcjonistów). Z drugiej strony zostawił wielkie dzieło – osiągając mistrzostwo w designie i biznesie.

Ale przejdźmy do finansów. Przykładem perfekcjonizmu będzie zakup idealnie dobranych aut nowych. Na przykładzie pokazałem kilkukrotnie z jakim skutkiem. Strata wynosi kilkanaście tysięcy złotych rocznie.

Podobnie rozważyłem kwestię domu kupionego od dewelopera i wykańczanego w wysokim standardzie oraz sposobem gospodarczym, z dużym udziałem pracy własnej. Różnica wyniosła 100% . W praktyce mogłoby to wyglądać jeszcze gorzej. 4 razy więcej odsetek, jeśli tańszy dom nadpłacamy, bo jesteśmy w stanie udźwignąć dodatkowe koszty.

Idźmy dalej. Szukając idealnej pracy (pensja, współpracownicy, zgodność z zainteresowaniami) możemy …. nigdy jej nie znaleźć, odrzucając oferty „wystarczająco dobre”. Podobnie w interesach. Dopóki nie trafimy na „złoty strzał” czyli szansę prawie pewnego zarobku np. 100% w 2 lata, pomijamy okazję zarobienia 8 a nawet 15% rocznie. Nie muszę mówić, że tych drugich spotkamy sporo, a na „doskonałe” trafimy może raz, dwa razy w życiu. Wreszcie, nie mając szansę na życie celebryty, zarabiającego kilkadziesiąt tysięcy za występ, nawet nie spojrzymy na „wystarczająco dobre” opcje w stylu „minimalista” czy „milioner z klasy średniej” ponieważ nie interesuje nas 1-5 mln majątku lecz 50 mln a może nawet 1 mld i to w dolarach, własny samolot, jacht, tabun modelek. Niektórzy dojdą na szczyt, ale jeśli uważaliśmy na matematyce, potrafimy obliczyć prawdopodobieństwo zostania miliarderem. Nowy Jork, na 8,4 mln mieszkańców ma 60 miliarderów co daje prawdopodobieństwo mniejsze niż 1:100.000, że w tym najbogatszym mieście świata zyskamy majątek 1 mld USD. W Polsce, liczba (dolarowych) miliarderów wynosi 8 przy ludności ok. 37,5 mln (1:4.700.000), a na świecie ok. 2800 przy ludności ponad 8 mld (1:2.900.000). I tak perfekcjonizm polega na gonieniu za mirażem ideału, z odrzucaniem po drodze wielu szans i okazji. Dlatego dobrze mi, że jestem niedoskonały, jeżdżę używanym autem, mieszkam w starym domu, zarabiam „tylko” kilkanaście tysięcy złotych miesięcznie i nigdy nie wyjechałem poza Europę. Pomimo tego (a raczej właśnie dlatego) zgromadziłem większy majątek, niż gdybym szukał szansy wyłącznie na 100%.

Czy klasyczne FIRE jest realne dla przeciętnego zjadacza chleba?

Jestem właśnie po lekturze kilku książek amerykańskiego ruchu wczesnych emerytów (FIRE). Niektórzy, jak Joe Dominguez, rzucili pracę zaraz po 30-tce, utrzymując się z inwestycji kapitałowych. W USA, wiadomo, ale w Polsce?

No cóż zauważam kilka prawidłowości.

Większość FIRE to single lub DINKS (czyli para bez dzieci). Taka sytuacja sporo zmienia. Wyobrażam sobie życie za 1500 zł, w domu na wsi, z własnym ogrodem, bez auta. We dwoje – potrzebuję 2500 zł. We trójkę (1 dziecko) – już 5000 zł i auta.

Różnica pomiędzy 1500 zł, a 5000 zł, przy założeniu 4% wypłat (fundament FIRE) wynosi: 450.000 zł oszczędności lub 1.500.000 zł (słownie: półtora miliona). Potrzebujemy 3 razy więcej pieniędzy.

Młodzi FIRE zarabiają znacznie powyżej przeciętnej. W warunkach USA powyżej 200 tys. USD jako 30-latkowie. Przypomnę, w kraju, w którym pensja minimalna to niecałe 8 USD/h (przeliczając na nasz czas pracy – niespełna 15 tys. USD). Zazwyczaj takie możliwości mają: przedstawiciele sektora IT, bankowości (głównie inwestycyjnej) itp. Garstka.

A teraz przenieśmy to do Polski. Załóżmy młodą rodzinę, która właśnie skończyła studia (24 lata). Oboje pracują i żyją za 3000 zł, mieszkając z rodzicami, lub w darowanej nieruchomości. Żeby zostać emerytami w ciągu 6 lat (i żyć we trójkę za 5000 zł), musieliby odkładać 240.000 zł/rok. Wybaczcie, ale mało realne. Wymagałoby to zarobków na poziomie 23.000 zł netto za dwójkę. Ilu absolwentów potrafi zarobić taką kwotę? Niewielu.

Nawet, gdyby planowali „emeryturę po 40-tce” (czyli oszczędzali 16 lat), potrzebowaliby oszczędzić ok. 7000 zł/m-c, czyli żyć za 30% dochodu.

Ale wróćmy do przeciętnego zjadacza chleba. Zarabia 5k netto, druga osoba – podobnie (razem 10k), bo są jeszcze młodzi. Rezygnując z dzieci, starcza im 750.000 zł oszczędności. Żyjąc 50/50 (za połowę, połowę oszczędzając) składają 60k/rok, powinni czekać prawie 9 lat, aż zbiorą taką sumę. No i potrzebowaliby stopy zwrotu netto 8%/rok. Przy 5% rok – 10 lat. I ten plan okazuje się realny. Wymaga jednak sporych wyrzeczeń. I życia za 2,5k/m-c czyli co najmniej domu po dziadkach na wsi (kupując siedlisko i remontując go, musieliby dołożyć kilka lat, albo zwiększyć stopę oszczędności).

Odpowiedź na tytułowe pytanie – realne, chociaż bardzo trudne.

Wystarczająco dobrze. Opowieść o sztuce podejmowania decyzji i wyjaśnienie dlaczego niektórzy nigdy nie będą bogaci.

W jednej ze swoich doskonałych książek (polski tytuł „Bogaty albo biedny. Po prostu różni mentalnie”) T.Harv Eker napisał kilka zdań, które chciałbym zacytować, ponieważ mają kapitalne znaczenie w budowaniu zamożności: „Gotów, pal, cel! Co chcemy przez to powiedzieć? Przygotuj się najlepiej, jak umiesz, w tak krótkim czasie, jak to tylko możliwe; zacznij działać; koryguj działanie w jego trakcie.” Niedawno miałem okazję być uczestnikiem pewnego projektu, który skutki tego pokazuje dokładnie, a także wyjaśnia, dlaczego tak niewielu specjalistów na etacie , kiedykolwiek osiąga znaczny majątek. Mój pracodawca po zmianach przepisów (zawsze w ostatniej chwili, zawsze spóźnieni) miał 3 tygodnie na odpalenie poważnego projektu. Pokazując skalę, grupa 5 osób przygotowujących i 15 wykonawców, miała w 21 dni opracować, zatwierdzić, i wykonać zadania, które w normalnych warunkach zajmują rok, jeśli pracuje nad nimi 30 osób. Zgodnie ze wszystkimi założeniami teorii absurdów białych kołnierzyków, codzienności np. w korporacji grupę stworzono według reguł „znajomi znajomych”, a więc tylko 10 osób spośród 20 posiadało jakiekolwiek doświadczenie w projektach o takie skali. Przepis na katastrofę, aczkolwiek wycofanie się nie było opcją. Na przygotowanie założeń dano … 3 dni. Z akceptacją przez wszystkie szczeble. I miałem niezmiernego pecha być w tej 5-tce przygotowujących. Po czym poszedłem na urlop. Ponieważ szefostwo wreszcie zorientowało się w skali projektu i że niebacznie udzielono mi urlopu, nagle zwiększono zespół i to co ja miałem zrobić w 21 tygodnie (czyli jako jeden z współautorów planu, nadzorować wykonanie niemożliwego przez niedoświadczonych) powierzono całemu działowi – kilkunastu osobom i wydłużono deadline do 35 dni. I teraz nastąpiło najlepsze, nie wywołujące nawet odrobiny zdziwienia u kogoś, kto kiedykolwiek pracował w korporacji albo na budowie. Od czego zaczyna 2/3 z tego działu? Od kwestionowania efektów trzydniowej pracy. Krótko mówiąc zaczyna się festiwal twierdzeń takich jak „O… kto to tak wam sp…ł”, „X (czyli ja) to debil i pozostali przygotowujący też debile.” „Ja się pod tym nigdy nie podpiszę”. I wiecie, co się stało? Ci, którzy pracowali w korpo, już tak. Otóż, stawiający się w roli recenzentów cudzej pracy, nie przewidzieli jednego. W grupie pięciu osób, które poza mną złożyły podpisy pod planem, znalazło się dwóch wysoko postawionych menedżerów o silnej pozycji i dostępie do ucha samego „szefa wszystkich szefów”. Jeden z nich wkurzył się niepomiernie i poleciał na samą górę ze słowami, które z pominięciem „polskich przecinków” zacytuję: „X to zatwierdził, a teraz nastu „mądrych” sypie piasek w tryby.” No i zaczęła się wojna. Szef wszystkich szefów wezwał mojego (i dziesięciu gniewnych ludzi) szefa i opieprzył. „Miało być gotowe za 3 tygodnie, a nie wyjdzie w 35. Dzwonią do mnie z centrali. Zrób z tym coś.” (przecinki ponownie pominąłem). No i moi „koledzy” zebrali swoje i musieli odpuścić. Ale wiecie, co w tym wszystkim jest najlepsze? Kiedy powróciłem z urlopu po 6 tygodniach, projekt nadal był praktycznie wykonany tylko w 60% (czyli 28 osób w 42 dni zrealizowało zadanie przewidzianego dla 17 na trzy tygodnie), a autor skargi do „góry” w rozmowie ze mną (jesteśmy na stopie oficjalnej, parę razy nawet spięliśmy się) powiedział „Jak dobrze, że pan wrócił, z nimi nie dało się pracować, wiecznie szukali problemów. Gdyby był Pan na miejscu, w 3 tygodnie byłoby po wszystkim”. I teraz clou. Z grupy nastu specjalistów, którzy mnie zastąpili, najgłośniej krzyczały trzy osoby: koordynator, do którego pracy są wieczne zastrzeżenia (więc miał okazję się wykazać), jedna niedoświadczona pracownica, oraz starsza koleżanka, bardzo mądra, ale z doświadczeniem, że o połowę mniejszy projekt cyzeluje sobie spokojnie przez 3 miesiące. Żadna z nich nie jest zamożna, żadna nie prowadzi własnej działalności, tylko od lat pracuje na etacie, żadna nie czytała T.Harva Ekera. Żadna nie jest wybitna, chociaż przynajmniej jedną oceniłbym jako doskonałego specjalistę w swojej wąskiej działce. Dwójka dwukrotnie oblała zawodowy egzamin (który zdałem za pierwszym razem w górnych 5%) z powodu niezaliczenia statystyki, trzecia ze strachu przed porażką w ogóle do niego nie przystąpiła do niego (zdawalność ogólnopolska wynosiła 33-50%). Dlaczego więc mnie się udawało? Gotów, pal, cel.

I teraz czas, na tym prostym przykładzie odpowiedzieć sobie na trzy pytania:

Czy plan, którego byłem współautorem, był idealny? Oczywiście, nie. Zawierał szereg niedoskonałości (chociaż nie krytycznych błędów).

Czy, gdyby od początku przeznaczono 3 razy więcej czasu na przygotowanie, stałby się lepszy? Niewątpliwie.

Czy, gdyby pracodawca odmówił mi urlopu, wykonano by zadanie w 21 dni. Z dużym prawdopodobieństwem – tak, a chociaż zaszlibyśmy dalej w 30 dni.

Jeszcze raz wróćmy do T.Harva Ekera. Gotów, pal, cel. Zajmij stanowisko, strzelaj, celuj. „Przygotuj się najlepiej, jak umiesz, w tak krótkim czasie, jak to tylko możliwe; zacznij działać; koryguj działanie w jego trakcie.” Kwintesencja szybkiego podejmowania decyzji.

Gdybym miał wskazać, jaka cecha miała decydujące znaczenie w moich ponadprzeciętnych rezultatach finansowych powiedziałbym, właśnie umiejętność lekkiego decydowania o setkach własnych tysięcy (w przypadku tego projektu dziesiątkach milionów pracodawcy), w mega krótkim czasie. Mówiąc żargonem korporacji „urodzenia przez 9 kobiet dziecka w miesiąc” czyli zaplanowania i dokonania niemożliwego. I dobry żołnierz tak właśnie działa. Na polu bitwy i w organizacji. Nie dyskutuje z rozkazami (deadline’ami), tylko stara się je wykonać w założonych warunkach dostępnymi środkami. Czy zawsze wygrywa? Nie. Ponieważ najpierw strzelając, dopuszczamy porażkę, starając się zminimalizować jej skutki.

Ktoś, kto każdą decyzję rodzi w bólach przez miesiące, zostanie na swoim poziomie finansowym pracownika, pracującego do śmierci (nawet nie emerytury – bo na nią nie jest gotowy, przeciągając moment odejścia), wiecznie zależnego od innych (nie bez przyczyny każda z najgłośniej krzyczących „Nie podpiszę się” tę drobną stabilizację, którą posiada, zawdzięcza małżonkowi lub partnerowi). Z drugiej strony, większość moich klientów ceni sobie (i sami posiadają tę cechę) – reaktywność, a więc zdolność do korygowania planów (i sposobu myślenia) w działaniu.

Ile trwało podjęcie decyzji (przez dwójkę moich przyjaciół i mnie) na temat: „Czy i za ile kupujemy działający pensjonat w górach, którego wartość ofertowa wynosi 3 mln zł? Trzy rozmowy telefoniczne i godzinę liczenia rozciągnięte na 2 dni (ostatecznie nie kupiliśmy, bo sprzedający nie chciał zejść z ceny i nadal jest sprzedającym). Każda z tych osób kwestionująca pracę innych, potrzebowałaby miesięcy. Ile czasu zajmuje mi odpowiedź na pytanie: Czy kupię ten samochód? 3 minuty. Dlaczego? Ponieważ sprzedający okazyjnie daje mi właśnie tyle czasu. 3 minuty decyzji o wartości 50-100 tys. zł. 2 dni na 3 mln. Gotowy, pal, cel.

I teraz czas oddać sprawiedliwość malkontentom. Rzecz jasna, nie zawsze odnoszę sukces. Czasem przegrywam. Natomiast nie przystępując do walki, nie wygrałbym nigdy. Reszta jest matematyką. `Jeden z pierwszych moich książkowych mentorów – Brian Tracy, napisał kiedyś coś w tym stylu (wolę oddać sens i skończyć tekst, niż trzy godziny szukać cytatu) – sprzedawca nieruchomości podpisuje jedną umowę na 145 rozmów. Dostaje 144 odmowy i 1 akceptację. W jaki sposób radzi sobie z porażkami? Zna statystyki. Wie, że każda z odmów przybliża go do ostatecznego sukcesu. I prowizji 20 tys. zł. Jeżeli poświęci średnio 10 minut na każdą rozmowę daje to ok. 24 godziny na umowę (znowu: policzyłem to w pamięci w 2 sekundy, zamiast obliczać na kalkulatorze, niedokładność wyniosła mniej niż 1%, bo 24 x 6 =144). A stawka ponad 833,33 zł/h (tu już sprawdziłem). I tak trzeba żyć. Życie daje nam wiele szans, czy je wykorzystamy, zależy od zdolności do szybkiego podejmowania decyzji. Agent nieruchomości, który boi się 144 odmów, nie jest w stanie wykonywać pracy. Ponownie, nie chodzi o pędzenie naprzód, jak jeździec bez głowy, ale o realną (dopuszczającą margines błędu) natychmiastową ocenę.

I jeszcze anegdota z jednej z książek finansowych. W czasie gorącego 2007 roku (kryzys subprime) szef FED zebrał dyrektorów amerykańskich banków na naradzie. Zadał im krótkie pytanie: Co robić? Spośród kilkunastu osób, wybitnych specjalistów ekonomii i zarządzania, prawie wszyscy milczeli, przytłoczeni odpowiedzialnością. Tylko jeden powiedział: wpompujmy ile się da pieniędzy w system, żeby zachować płynność. Tak właśnie zrobiono. Wynik znamy. System bankowy nie zawalił się, lekarstwo zadziałało. Gdyby debatowano 2 tygodnie, i nic nie zrobiono, z pewnością nastąpiłaby lawina bankructw. Szybko podejmując decyzję dawano sobie szansę na zwycięstwo.

Stąd w tym projekcie przyjąłem zasadę: lepiej samodzielnie podjąć 1500 decyzji (w tym większość w 1-szym tygodniu) na 80% w trzy tygodnie, niż w 12 osób na 110% w 6 tygodni (a w tydzień nawet nie wystartować, oraz wielokrotnie przesunąć termin). Ponieważ po 6 tygodniach może się okazać, że znajdujemy się w sytuacji, że nie mamy już o czym decydować, okno czasowe zamknęło się. Ubocznie – po urlopie sprawdziłem w systemach, jakie moje decyzje kwestionowali „koledzy” – wyłącznie te o niekrytycznym znaczeniu, które dało się skorygować w trakcie realizacji. Dlaczego? Ponieważ plan przygotowało 5 osób, w tym doświadczona menedżerka finansowa. I jak powiedziałem osobie najgłośniej krzyczącej „Zgłaszając veto i robiąc dym, mogliście założyć, że cała piątka, w tym dwójka menedżerów i trzech specjalistów (w tym ja), którzy klepnęli projekt w 3 dni, to debile, ale prawdopodobieństwo prawdziwości takiej oceny, jest niewielkie”.

I na koniec wrócę do historii (nie mojej, lecz wielkiej). Wiecie jakie były najpoważniejsze zarzuty teoretyków wojskowości odnośnie porażki Polski we wrześniu 1939 r.? Większość generałów dowodzących armiami podejmowała decyzje zbyt późno, czekając na więcej informacji, które nigdy nie nadeszły.