Praca biurowa szkodzi. Eksperyment na samym sobie.

Na blogu często pojawiają się wyniki eksperymentów, wzorowanych na słynnym Buckminsterze Fullerze – człowieku, który zrewolucjonizował rozwój osobisty. Głównym przedmiotem badań jest sam badacz, oceniający, jak zmiana pewnych parametrów, wpływa na życie.

W moim przypadku, eksperyment wykonał się sam. W końcu listopada zachorowałem. Nie tak lajtowo, ale z potężnym kaszlem, bólem w boku – no zapalenie oskrzeli a może nawet płuc (sugerowano mi gorsze choroby, ale się nie potwierdziły). Krótko mówiąc – na 2 tygodnie zostałem wyłączony z pracy. A ponieważ przed nimi miałem niewiele siedzenia w biurze (przez całe 5 dni – 9 h i 20 minut), więc mogę powiedzieć, jak brak chodzenia do biura przez 3 tygodnie wpłynął na moje życie, głównie w aspekcie zdrowotnym.

Pierwszy plus – lepsze spanie. Tu opowieść jest krótka – przesypiałem całą noc, budząc się rano. Skończyły się początkowe etapy bezsenności, czyli wstawanie na 2 godziny ok. 2-3 w nocy.

Drugi plus – brak problemów z żołądkiem. Dość podobnie jak wyżej, mógłbym odesłać do historii Marcina z Kalpapady. Długotrwały stres załatwia jelita i żołądek, co skutkuje zgagami, a przede wszystkim gigantycznym pobudzeniem perystaltyki. Fachowo i wersji zaawansowanej (na którą cierpiał Marcin) co 10 minut jesteś w toalecie. U mnie nie przekroczyło to rozmiarów rozsądnych (3-4 wizyty w środku dnia) i do czasu… aż nie przestałem chodzić do biura. Teraz jakbym w ogóle nie miał żołądka i dalszej części przewodu pokarmowego. Moja nieformalna ankieta wśród pracowników biur – problem dotyczy praktycznie wszystkich. Czy winne są długie godziny na siedząco, stres, czy dieta (trudno jeść regularnie), nie wiem. Chociaż stawiam na połączenie wszystkich trzech. Kiedy jesteś na ciągłym ASAP-ie i nie możesz popełniać błędów, żołądek płata ci figle. I praktycznie wszystkim na długim zwolnieniu (urlopie) objawy ustępują. W moim przypadku – wbrew logice, bo brałem antybiotyki, które powinny zadziałać wręcz odwrotnie.

Trzeci plus – zdrowy kręgosłup. Praktycznie każdy biuroszczur walczy z bólami zwyrodnieniowymi kręgosłupa, to taka choroba zawodowa. Dotyka zarówno dyrektorów regionalnych (6-8h dziennie w aucie), jak i sekretarkę. Siedzenie ogromnie obciąża aparat ruchu, a przed komputerem, podwójnie. Przez ostatnie 2 tygodnie kręgosłup nie wiedziałem, że mam kręgosłup, całkiem nic. W pozycji siedzącej spędzałem 2-3 godziny, resztę albo leżałem (na początku), albo stałem/chodziłem.

Czwarty plus – więcej czasu. Niby oczywiste, ale warto napisać. Nawet pierwszy tydzień, z dwoma podróżami służbowymi (wtorek – 270 km autem, czwartek 360 km pociągiem), trzema spotkaniami z klientami, siedzeniem środę w biurze, oraz długim zebraniem w piątek (poza firmą) dał mi sporo wolnego. Jadąc pociągiem przeczytałem książkę, przygotowałem się do spotkania i jeszcze chwilę zdrzemnąłem. Podróż samochodem przerwałem skrętem po rewelacyjny ser (24 m dojrzewający) oraz dobrym obiadem. Pomimo tego: kupiłem prezenty mikołajkowe, wykonałem szereg zadań firmowych itp. Poza wtorkiem (konieczność pobytu u pracodawcy nieco ponad godzinę) i środą (dniem biurowym) miałem możliwość pospania dłużej, albo (co właśnie się stało), napisania sporej ilości tekstu, zjedzenia w spokoju śniadania z żoną i synem oraz odwiezienia go do szkoły.

Piąty plus -rodzina. Nie należę do ludzi, którzy cieszą się chwilami spędzonymi bez rodziny. Wręcz przeciwnie. Wspólne śniadania mają dla mnie wartość dodaną. Natomiast w dniach pracy zawodowej są nierealne. Młody normalnie idzie do szkoły na 8-9-10, a jako nastolatek – wstaje w ostatniej chwili, gdy mnie już nie ma w domu. Ta przyjemność normalnie mnie omija. Ale nie w czasie wolnym od biura. Podobnie z żoną, wprawdzie wstajemy podobnie i nawet pracujemy blisko siebie, ale czym innym wspólnie wypita kawa i droga do pracy, a czym innym spędzenie razem całego dnia. Da się omówić wszystkie tematy, na które nigdy nie ma czasu, a nawet zwyczajnie pobyć razem.

Szósty plus – relaks. Pochodna poprzednich pięciu. Skoro niczym się nie stresuje, spędzam czas z rodziną, nigdzie się nie spieszę, poza płucami nic mnie nie boli – diagnoza może być jedna – pełen relaks. I do tego taki, który uważałem za niemożliwy – we własnym domu, bez wyjeżdżania, bez wspomagaczy.

Wnioski. Te 3 tygodnie pomogły mi podjąć kilka ważnych decyzji, które dość intensywnie chodziły mi po głowie. W przyszłym roku ograniczam liczbę dni biurowych do (średnio) 1-2 dni w tygodniu, nawet, gdybym zaliczył w ten sposób spadek pewnych dochodów do kwoty mniejszej niż średnie wynagrodzenie tj. 5200 zł. Na jednym etacie powiem pa,pa, na drugim zmniejszę wymiar czasu pracy. Zostanie mi firma (jak się przekonałem, znacznie mniej stresująca) oraz szereg zajęć pobocznych. Uzgodniłem też z żoną – definitywnie wyprowadzamy się na wieś.

8 komentarzy do “Praca biurowa szkodzi. Eksperyment na samym sobie.”

  1. Trzymam kciuki za zmiany w życiu. Jak udawadniasz wpisami- potrafisz dobrze żyć za relatywnie małą sumę- więc bez problemu dacie radę ( ze sporym buforem bezpieczenstwa, jak przypuszczam👍🏻😉).
    Słuszna decyzja.

    1. Dziękuję. Bufor bezpieczeństwa faktycznie spory. Natomiast sporo spraw trzeba będzie dopiąć. Czeka nas duży remont domu na wsi, sprzedaż miejskiego, inwestycje itp.

  2. Gratuluję decyzji i trzymam kciuki. U mnie w nieco innej kolejności – wyprowadzka na wieś, wypalenie zawodowe, długa przerwa od pracy, podczas której zdecydowałam, aby przy biurku pracować jak najmniej. I ograniczyć stres. Etat rzuciłam, przeszłam na freelance.

    1. Dziękuję bardzo za gratulacje i trzymane kciuki. Wypalenie zawodowe zaczyna chyba stawać się powoli chorobą cywilizacyjną pracowników z biur. Logiczne w tej sytuacji jest odejście od biurka. W moim przypadku nastąpiła natomiast zwykła, zimna kalkulacja. Skoro na drugim etacie ZUS, US i NFZ zabierają ponad 50% pensji brutto, a atmosfera staje się wybitnie toksyczna, jaki sens ma kontynuowanie zabawy? Freelance, własna firma, pozwalają jeszcze na jakiś stopień optymalizacji, a dają sporo większą elastyczność, więc wybór prosty.
      Jeden ruch i mam szansę na wolność finansową czyli dochody pasywne pokryją w całości nasze, zmniejszone na wsi, wydatki. Najbardziej obawiałem się reakcji żony, bo akurat ona nie wykazywała nigdy entuzjazmu do takiej zmiany, ale widać wizja spokoju, luzu, życia dniem dzisiejszym i czasu spędzonego razem, zwyciężyła.

      1. Ja przyjęłam model KRUS + rozliczanie prac przez umowę o dzieło. Mnóstwo oszczędności jest na jedzeniu, dojazdach (raczej ich braku), wodzie ze studni. Niestety, nie jestem tak skrupulatna, żeby dokładnie wyliczać, ale życie jest odczuwalnie tańsze. Dochód pasywny może z czasem jakiś uda się stworzyć.

        Bardzo się cieszę, że trafiłam na ten blog 🙂

        1. Dziękuje za spostrzeżenia i miły komentarz. Wielu sceptykom powinna wystarczyć za dowód ta część zdania „życie jest odczuwalnie tańsze”. Dodałbym do niego – jeśli żyjemy po wiejsku. To co u kogoś mieszkającego i pracującego na wsi (umowa o dzieło) okazuje się oszczędnością (brak dojazdów), w innym przypadku (etat w mieście) generuje największy koszt. Wiadomo, warto mieć auto, ale większość mieszkańców wsi nie zwraca na niego nawet w połowie takiej uwagi, jak mieszczuchy. Prosty przykład – w moim otoczeniu (wieś dość bogata, w sąsiedztwie 2 firmy przetwórstwa spożywczego, w powiecie duży zakład chemiczny, ziemie dobre) samochody liczą sobie minimum 10 lat, a najczęściej 20-30 (moi sąsiedzi – Opel Astra II, Citroen c4 I, Audi A4 I, Ford Focus I, Opel Insignia I). Nawet właściciel lokalnego tartaku i największego gospodarstwa porusza się Audi sprzed dekady. Nikt tu nie bierze kredytu, chyba że na ziemię, środki produkcji. Zresztą przy pracy w DE, pewnie i tak nie dostałby go.
          Stąd kluczem do wsi nie jest wielki dochód, ale znacznie mniejsze wydatki. Szacowane przeze mnie wszystkie koszty utrzymania wiejskiego domu, równać się będą rachunkowi za gaz z obecnego.

Skomentuj Oszczędny Milioner Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *