Jak zreorganizować życie – rzeczywisty przypadek millenalsa.

Całkiem niedawno zwrócono się do mnie, jako „Wujka Sknerusa” o radę dotyczącą zaplanowania dalszego życia finansowego warszawskiej 40-letniej singielki.

Nasza bohaterka wiedzie pełen sukcesów życie zawodowe humanistki. Pracuje w dużym wydawnictwie, jej własne książki i artykuły sprzedają się całkiem nieźle. Ale…. niestety, rynek w branży księgarsko-literackiej mamy wilczy. Rzeczywiste dochody b2b za miesiąc pracy (głównie zdalnej, na miejscu 1 dzień w tygodniu) wynoszą netto (po odliczeniu składek i podatków) 5000 zł. Do tego pozycja pozwala od czasu do czasu (raz w miesiącu) dorobić na artykule przeciętnie 700 zł netto. Wynik dochodowy +5700 zł.

W warunkach wiejskiego slow-life-u fantastyczny pomysł na życie. Niestety mówimy o kompletnie odmiennych realiach. Nasza bohaterka żyje w wynajętym mieszkaniu w Warszawie, na granicy Śródmieścia i Mokotowa. Cena wynajmu małego mieszkania 3500 zł + opłaty. Cóż powiedzieć, na wszystkie inne potrzeby zostaje ok. 1800 zł. Dla kogoś, kto lubi karmelowe latte w Starbuniu (26 zł za dużą porcję, sprawdzałem), powinien raz w tygodniu dojechać pociągiem do Krakowa – żałośnie mało. Millenalsce trochę, dopóki mogą, pomagają rodzice. Nie ukrywają, że obecny stan rzeczy nieco ich niepokoi. Czwarty krzyżyk, czas na stabilizację, a tej nie widać. Szans na kredyt w Warszawie (cena wynajmowanego mieszkania ok. 1,5 mln), patrząc przez najbardziej różowe okulary nie widzę. Rata (zero opcji kredytu 0% z uwagi na wartość początkową), przy wpłacie pierwszej 20% (300 tys. zł) wynosi 9600 zł (800 zł x 12), nawet rodzice-współkredytobiorcy nie ratują sytuacji. Przebranżowienie – nie wchodzi w grę. Co robić? Oto opcje, które widzę:

  1. Skoro praca ma charakter zdalny, zamiast drogiej Warszawy wybrać np. Kielce, położone dokładnie w połowie drogi pomiędzy dwoma głównymi centrami życia. Tam ten wkład własny 300 tys. zł (rodzice z bólem go wyłożą) starczy na całe mieszkanie. Drastycznie spadną koszty dachu nad głową, a przede wszystkim, będzie własny.
  2. Wybrać mieszkanie w Umbrii i raz w tygodniu pokonywać samolotem drogę Rzym-Warszawa lub Rzym-Kraków, a Umbria-Rzym- pociągiem. Ponownie, 300 tys. zł wystarczy na zakup i remont. W pakiecie dostaje się kontakt z inną kulturą, który dla twórcy zawsze jest inspirujący.
  3. Przenieść się do innych krajów z tanim życiem i tam wynajmować za odsetki od 300 tys. zł.
  4. Wybudować domek, na działce niedaleko linii kolejowej (rodzice mają taki grunt) za 200 tys. zł. Własny, tanie utrzymanie, nowoczesne budownictwo nie zje zysków.
  5. Przyjąć ofertę pracy za granicą, np. w ambasadzie jako „attaché kulturalny”, a w zamian dostać mieszkanie służbowe.

33 komentarze do “Jak zreorganizować życie – rzeczywisty przypadek millenalsa.”

    1. Lokalizacja domu na wsi, o ile jest dobrze dostępna komunikacyjnie, ma swoje zalety. Stary, duży dom, jak mój, wydaje się poza możliwością utrzymania z jednej, niewielkiej pensji, zwłaszcza gdy trzeba pokryć koszty dojazdu. Natomiast nowy, dopasowany wielkością do potrzeb i dochodów samotnej kobiety, daje szansę znalezienia własnego miejsca na ziemi. Czy to nastąpi? Nie wiem. Jak dla mnie, głównym problemem tzw. nowoczesnego społeczeństwa jest unifikacja oczekiwanego stylu i miejsca życia z ideałem – wielkomiejskością. A to wymusza zaistnienie dwóch prędkości. Część powoli zwija się demograficznie, wymierając, a tylko Warszawa i kilka dużych miast, intensywnie rozwija. Transport jest szansą na zmianę tego trendu. Skoro z mojej wsi (a w zasadzie sąsiadującego z nią dworca PKP) dojadę do centrum Warszawy w 1 g 34 minuty, to znika jakikolwiek problem w korzystaniu z kultury. W 2 godziny (z dotarciem na dworzec i przejściem po Warszawie) da się dojechać do Filharmonii Narodowej. Jaki to problem? Można nawet zahaczyć o nocną imprezę (ostatni wyjazd z przesiadkami – o 3.30).
      Wielu jednak zachłysnęła się wielkomiejskością i będzie próbowała na siłę zostać w Warszawie.

      1. Ta „wielkomiejskosc” chyba juz niewielu imponuje, ja wyprowadzilem sie na stale z KRK w 2003.
        I na pewno bym nie wrocil.Za kazdym razem kiedy musze tam pojechac czuje coraz wieksze obrzydzenie do zmian jakie zachodza. Wszystkie parkingi platne, mimo to zwykle trudno o miejsce, miasto nastawione konsumpcyjnie, stare miejsca juz trudno poznac.

        1. Do 6.42. Obawiam się, że sporej liczbie młodych – tak. Bo coś się dzieje, bo są imprezy, bo można się spotkać ze znajomymi w knajpce i rodzice nie dowiedzą się jutro co odstawiliśmy. My jesteśmy na innym etapie życia.

          1. Na pewno, no i wielu ze wsi podoba sie miasto-podobnie jak wielu z miasta podoba sie wies 😉

          2. Tak, jak w tej opowieści o trawie przy płocie.

  1. Odsetki od 300k raczej nie pozwolą na wynajem 😊

    Jeśli ma możliwość otrzymania działki od rodziców i może jakiegoś finansowego wsparcia to powinna wybudować coś małego i z czasem się przebranżowić bo zarobki 5k w wieku 40 lat to tak średnio bym powiedział

    1. Marek- moze to dziwnie zabrmi na tym blogu, ale co powiesz, ze moja matka lekarz przechodzac na emeryture w 1994 roku otrzymala okolo 1000 zl emerytury? Nie, nie miala oszczednosci, bo nie brala lapowek.
      Nie wszyscy kieruja sie w zyciu checia zysku i mierza tym swoj tzw. sukces.Dla niektorych sa wazniejsze inne sprawy.

      1. Nie wiem jakie były zarobki w 1994 bo miałem 7 lat 😊 ale wydaje mi się że chyba około pół z tej emerytury, która dostała twoja mama mogła wynosić minimalna. Nie znam realiów panujących w tamtych latach, z perspektywy dziecka wyglądało to inaczej.

        Nie twierdzę że sukces mierzy się zyskiem, ale pisząc o rozmyślaniach 40-latki zarabiajacej 5k w Warszawie nie ma żadnych perspektyw na cos swojego. Nie wyobrażam sobie nawet jak można płacić za wynajem 70% swoich zarobków. Sytuacja nie do pozazdroszczenia.

        Minimalizm jest spoko, ale czy każdego stać na taki styl? Ja sam mógłbym się przestawić ale już zona i małe dzieci ni bardzo to widzę. Może gdyby sytuacja do tego zmusiła to nastąpiłoby to szybko i naturalnie ale przy naszej obecnej sytuacji jest to nie wykonalne. Ale np moi rodzice będąc już na emeryturze skłaniają się ku minimalizmie ograniczając ilość jedzenia, ubrań oraz innych zbytków bo biuro zamieniło się na podwórko a czas spędzany w mieście ogranicza się do cotygodniowych zakupów w markecie/targu.

        1. Do 19.41. Tak, w 1994 r. średnia pensja wynosił 532 zł, więc 2 x tyle emerytury, całkiem spoko. Moja mama wykonywała ten sam zawód, zawsze narzekała na niskie pensje, ale to problem skali porównawczej. Kiedy poszedłem do pracy i dostałem pierwszą pensję, wyszło na to, że z dodatkami dostawała 20% powyżej średniej krajowej. Tak samo działa ta 40-latka. Obiektywnie 5k to właśnie okolice średniej krajowej, lecz gdy punktem odniesienia zostaje Warszawa, perspektywa ulega zmianie.
          Jak można płacić 70%? Prosto – dostając kroplówkę od rodziców. Przy czym nadal mówimy o wyborze. W samej Warszawie, w peryferyjnych dzielnicach, da się kawalerkę znaleźć tanio. W Krakowie też. A gdy rozszerzymy pole o pobliskie miasta, zyskujemy zupełnie nowe szanse. Ale wybór brzmi – Śródmieście. Czyli nie obiektywne trudności, lecz aspiracje i przyzwyczajenia.
          Żona i minimalizm – temat rzeka. Niewiele kobiet w to pójdzie dobrowolnie. Potrafią zaciskać pasa, gdy to konieczne, ale ze względów światopoglądowych (stać mnie na lepsze życie, ale uważam je za zbytek, więc żyje minimalnie), raczej nie. Z wiekiem trochę się zmieniają, ale nie wszystkie. Na emeryturze inna rzecz, człowiek (w sensie – większość ludzi, bo znam szalejących emerytów) się wycisza, wygasza pewne potrzeby, sam organizm to robi, a wraz z nim mózg. Człowiek ceni sobie trwałość (stąd rzadkie zmiany wystroju domu, ubrań, miejsc).

          1. „Jak można płacić 70%? Prosto – dostając kroplówkę od rodziców. ”

            Tylko kiedy odciąć pępowinę? Co gdy rodziców zabraknie? Wyprowadzi się na przedmieścia czy spróbuje zwiększyć przychody? Może mogłaby zrobić to teraz? Może rodzice mogliby ta kroplówkę przeznaczyć na siebie? Znam emerytów którzy cały czas pomagają dzieciom ale znam i takich którzy jeżdżą po świecie, kupują kampery i zwiedzają Polskę itd. kolega z pracy 72 – letni kupił teraz dom i zmienił miasto zamieszkania. Jak mówi jeszcze dużo życia przed nim 👍

          2. Faktycznie, tak się składa, że rodzice zazwyczaj umierają przed dziećmi. Wtedy zostaje spadek, który gorzej zarabiającej dziewczynie starczy na jakiś czas, albo pozwoli wreszcie coś kupić.
            A na poważnie. Taki sposób życia pozwala nie liczyć się z okolicznościami, dopóki rodzice dają kasę. Potem schodzi się na ziemię i już nie musi być stolica, konkretny kwartał ulic, wystrój.

    2. Odsetki od 300 tys. zł, przy dzisiejszej stopie zwrotu (obligacje korporacyjne), mogą wynieść blisko 24 tys. zł rocznie. Za prawie 2 tys. zł miesięcznie, w kraju o tańszym życiu (a o takim pisałem), spokojnie coś wynajmiemy.
      Zarobki 5k netto, i robienie tego ci się lubi, to nie jest zły układ. Znam całe mnóstwo osób zarabiających mniej na nudnych, męczących etatach. A przebranżowienie? Nam się łatwo mówi, ponieważ posiadamy zdolność do zmiany.

      1. Czytalem Cejrowskiego ze 2 lata temu, mowil, ze w Kostaryce za 2,5k zl mozna spokojnie i normalnie zyc, w tym wynajem domu, zycie i nawet pomoc domowa za $100 miesiecznie.

        1. Kostaryka raczej egzotyczna, nie dla samotnych kobiet, ale już Włochy (widziałem czynsze 400E w fajnym miejscu) lepsze. Nie sprawdzałem jeszcze francuskich departamentów zamorskich (Gwadelupa, Martynika, Reunion – Karaiby, albo wyspa na Oceanie Indyjskim). Jeśli planujemy pracować zdalnie i od czasu do czasu (raz na 2 tygodnie) pojawiać się w Polsce, Włochy wydają się idealne. Tanie loty prosto do Warszawy czy Krakowa, cieplej niż u nas.

          1. Wlochy z pewnoscia lepsze bo blizej i bezpieczniej, ale drozej. Ale zawsze jest cos za cos-skoro drozej to pewnie mniejsze ryzyko. Kostaryka graniczy z Nikaraguą, krajem podobnie jak Kuba komunistycznym i biednym, co moze miec skutki i dla Kostaryki-chocby bandytyzm, zlodziejstwo.

          2. Każdy kraj Ameryki Łacińskiej, niezależnie czy komunistyczny (Nikaragua, Wenezuela) czy prawicowy (Argentyna, Kostaryka) jest znacznie bardziej niebezpieczny niż dowolne państwo w Europie Zachodniej. Gangi narkotykowe, które nie mają nic wspólnego z tym, czy komunizm, czy kapitalizm. Wiadomo, wszędzie są dzielnice latających noży (czasami całe miasta lub nawet prowincje), ale chodzi o ogólny, uśredniony poziom wygląda tak: . W ubiegłym roku na 10 najniebezpieczniejszych krajów świata – 6 leży w Ameryce Łacińskiej, a reszta to Afganistan, Syria, RPA i Papua Nowa Gwinea. Kostaryka też lokuje się w czubie, ze stale rosnącym wskaźnikiem 17,2 zabójstwa na 100 tys. mieszkańców (jeszcze niedawno mieli 12,5). W Polsce 0,7. Najgorszy kraj Europy – Finlandia, ma 1,63 czyli 10 razy mniej. A weźmy pod uwagę liczbę potencjalnie niezgłaszanych przestępstw, z pewnością wyższą w kraju biednym. Także z tymi opowieściami, jak to fajnie w Kostaryce – cały Cejrowski – gawędziarz.

  2. Przy czym RPA stalo sie niebezpieczne (dla bialych) od kiedy rzadza tam czarni komunisci, a biali farmerzy zostali potraktowani bardzo podobnie jak Polacy na Wolyniu, i bylo to kilka lat temu.I wszyscy maja to w dupie.Czemu? nie wiem.

    1. …w samej Kostarycemoze nie byc tak zle (jesli prawicowa to jest nadzieja, ze jakies prawa tam dzialaja a system finansowy jest w miare stabilny), ale WC Kwadrans tam nie mieszka na stale tylko byl na chwile, czyli nie ma dokladnego rozeznania.

      1. Oglądałem Cejrowskiego od samego początku, gdy się pojawił, czyli jeszcze WC kwadranse z połowy lat 90-tych. Dlaczego przestałem? Nieznośna maniera prowadzącego. Taki Tony Halik (nie mówiąc już o prowadzących z BBC czy NG) traktował sprawy poważnie, przygotowywał się a Cejrowski przeciwnie – banalnie płytki, plecie, co mu ślina na język przyniesie. Przez rok, dwa miało to pewien wymiar nowości, na dłuższą metę – niestrawne. Tak samo z Kostaryką. Rzuci jakiś tekst, że tanio, ładna pogoda, no super. Doda jeszcze coś o komunistach i zadowolony. A rzeczywistość Ameryki Łacińskiej zasługuje na to, by traktować ją poważnie. Linia podziału (podobnie jak w Afryce) nie przebiega: komunista=zły,prawicowiec=dobry. Z dwóch powodów. Prawdziwych komunistów, takich europejskich, nigdy tam nie było u władzy. Raczej mocno socjalizujący, populiści (a populizm nie ma znaczenia czy lewicowy, czy prawicowy), tacy jak np. Chavez. Do tego trochę partyzantki maoistowskiej (Chile), ale ona nigdy chyba nie posiadała władzy. Miejscowa prawica też wyglądała zawsze inaczej niż w Europie – porównajmy takiego Kohla z Pinochetem. Pierwszego wybrano w wolnych wyborach (i wybierano wielokrotnie), rządził demokratycznie. Drugi – władzę objął w wyniku wojskowego zamachu stanu i mordował bez sądu, przez wiele lat (metody zdobycia i utrzymania władzy,które nazwał byś…. komunistyczne: przemoc i terror). Teraz też jest różnica pomiędzy argentyńskim Milei oraz Angelą Merkel.
        Wracając do Kostaryki – to państwo upadające, z wojnami gangów, przemytem, narkotykami, biedą, przemocą państwową, a nie żadne Eldorado. Z tych wszystkich cech, nawet komunistyczna Kuba ma „tylko” przemoc państwową i biedę.

        1. WC cenie za czynny sprzeciw w czasie komuny.I za obecny sprzeciw wobec roznych chorych na umyske ludzi i pomyslow.Maniere ma faktycznie troche niedzisiejsza.

    2. Jak to mawiał mój kolega na początku lat 90-tych: W Afryce są dwa bogatsze kraje: RPA i Libia. Dziś nie ma żadnego. Dzisiaj nikt nie powie w ten sposób, choćby dlatego, że oba miały jednocześnie: zamordyzm i bogactwa naturalne. Żaden z tych czynników sam w sobie nie pomaga (popatrzmy na Kongo), ale dają przewagę.
      Białych farmerów w RPA jednak nie porównywałbym z Wołyniem z zasadniczego powodu – różnica sytuacji Ukraińca sprzed II WŚ i Zulusa z 1990 r. No i skala naruszeń warstwy rządzącej (Polacy i biali farmerzy) przed okresem reakcji. Biali w RPA przed etapem de Klekrka zwyczajnie eksterminowali czarnych, ci nie mieli żadnych praw politycznych, żyli praktycznie w rezerwatach. Zrabowali im większość ziemi, i teraz, gdy koło historii przetoczyło się, wielkie zdziwienie, że ówczesnych rabujących, mordujących – rabują i mordują. I dlatego wszyscy mają ich w dupie. Ponieważ wiadomo dlaczego biali są mordowani i okradani. Coś jak szok w USA po Wojnie Secesyjnej (i długo, długo później), że czarny zamiast na plantacji, trafił do biznesu, a potem sprawuje władzę.
      Zupełnie inną kwestią pozostaje, że czarne narody Afryki praktycznie nigdzie nie wytworzyły narodów i państw, zdolnych zapewnić dobrobyt mieszkańcom. Wydawało im się, że jak biali sobie pójdą, wszystkie problemy same się rozwiążą. A tak się nie stało. Różnica kulturowa, a nie żaden komunizm.

      1. Biali kolomnizatorzy nie nauczyli czarnych ekonomii, gospodarki, zarzadzania. Nauczyli ich tylko jakmaja sie zabijac,i wykorzystali bogactwa naturalne-do teraz.
        Oczywiste-gdyby czarni mieli wiedze bialych, to bialych by wywalili.
        Dobrze,ze Polska nie miala tam kolonii. Mamy czyste sumienie, choc kasy z tego nie ma.A teraz Scholz chce, zebysmy wzieli czarnych, ktorych oni gnebili i to oni a nie my maja moralny obowiazek sie nimi zajac.

        1. Na terenie tzw. Czarnej Afryki nie powstała żadna istotna cywilizacja, bez wpływów albo egipskich (Wielkie Zimbabwe), albo muzułmańskich (Songhaj). Obie nie leżały w dzisiejszej RPA. Rozkład RPA (podobnie jak wielu postkolonialnych państw) to efekt „afrykańskiej kultury zarządzania” czyli władzy „królów” plemiennych. Na ten system nagle nałożono demokrację, która kompletnie się nie sprawdza, podobnie jak dyktatura.
          Zajęcie się tam czarnymi, polega na dostarczeniu im kasy i jedzenia. Pierwszego nie mieli nigdy. Drugiego pozbawia ich rabunkowa polityka koncernów, niewydolna polityka rolna i zmiany klimatyczne. Akurat RPA ma klimat śródziemnomorski, więc jeszcze ok, ale już im bliżej równika, tym gorzej (wycinanie lasów, brak wody, wyjałowienie gleby). Dość ostro do Afryki wchodzą Chińczycy, de facto ją kolonizując (tj. podporządkowując sobie władze i gospodarkę). I to oni wysyłają pewnie te tysiące do Europy, ponieważ Afryka jest przeludniona, jak na możliwości własnego przemysłu i rolnictwa. Widzieliśmy takie zjawisko doskonale, po wybuchu wojny rosyjsko-ukraińskiej (krzyk o eksporcie zboża i utrudnianiu go). Przyjazd do Europy czarnej elity (co widzę w swoim mieście – studentki i studenci) wygląda inaczej – głównie dziewczyny, europejskie ubiory, dobry angielski niż emigracja zarobkowa (mężczyźni, powłóczyste szaty, braki w języku). W takiej Francji dochodzi jeszcze problem kolejnych pokoleń, które do pracy ani asymilacji się nie garną. Tam na problem etniczny i kulturowy nakłada się jeszcze kwestia społeczna (wykluczenie, bieda, narkotyki, przestępczość). To oczywiście zjawisko getta znany i w USA (Chinatown, Bronks, Little Italy, Jackowo), gdzie dotyczył różnych ras i narodów. Jedyna droga rozwoju cywilizacji prowadzi przez przyswojenie sobie zdobyczy innych państw, ich twórcze przetworzenie a wreszcie ciężką pracę całego narodu (niemiecki cud gospodarczy, Korea, Singapur, Japonia, USA). Na żadną z tych rzeczy murzyńska większość nie jest gotowa u siebie, a co dopiero w gościach. I nikt ich tego nie nauczy. Może, jak w USA, kultura protestancka, w wydaniu purytańskim, miałaby szansę dać silny impuls, ale oni jej nie przyjmą, z powodu sprzeczności z naturą tych plemion.

    1. Przeleciałem całość. To się kompletnie kupy nie trzyma, dla kogoś, kto miał na studiach choćby podstawy logiki. Najpierw raport z lat 70-tych, powtarzający filozofię XVIII-wieczną (maltuzjanizm), a potem współczesne zniewolenie i rząd światowy. To jak, to są nowe idee, którymi system chce nas opętać, czy (na miarę ekonomii) stare jak świat? Bo już zgubiłem wątek. Ta pani opowiada tak o wszystkim, przez 50. minut przeleciała wszystkie teorie spiskowe (poza iluminantami, UFO, ludziojaszczurami oraz brakiem lądowania na Księżycu). Opowiedziała nawet o podstępnych bankach, które wydzierają z nas odsetki na karcie kredytowej. Tylko zapomniała (a jest ekonomistką), jak wyglądała kiedyś lichwa. A tu nawet nie trzeba mieć studiów, wystarczy przeczytać Pamiętniki chłopów, czy Szekspira, żeby zdemaskować te bzdury. Przypomnę, w Lalce, zakochany Wokulski proponuje Izabelli Łęckiej procent „sześć, osiem od sta”. Klasyką w obrocie, było 8-10 bez większego zabezpieczenia. W „Pamiętnikach…” chłopom na zakup ziemi pożyczano na 20%. Są różne Providenty, Bociany, Kruki, a ekonomistka (sic!) nakręca się takim oprocentowaniem 15-20% i to jeszcze po 50-dniowym okresie darmowym na karcie kredytowej?
      O co więc chodzi? O pieniądze. Pani sprzedaje szkolenia, inwestycje alternatywne, krótko mówiąc – gruszki na wierzbie. Potrafi je zebrać ten (a widziałem takie drzewo – rośnie w Szczawnicy, koło Dworku Gościnnego), kto ma pewną wiedzę. Dla laika, są samobójstwem. Reaktywacją lokat strukturyzowanych (nie będących lokatami), poliso-lokat, kupowania farmy w Afryce, bungalowów w Chorwacji za 250 tys. zł (dopiero drobnym drukiem przeczytasz, że co roku za dzierżawę gruntu płacisz 6000 E, więc de facto kupujesz barak od producenta), pożyczek społecznościowych, wina, whisky, Amber Goldów, systemów argentyńskich itp. Czyli klasycznego szukania frajera, któremu nie powiemy jak jest duże ryzyko, a on tego nie wie.

  3. Dlaczego nie zrobiono poddasza uzytkowego-od razy byloby wiecej miejsca.A koszt niewiele wyzszy, no, strop trzeba zrobic,ale na tak malej powierzchni moze byc drewniany.

    1. Może taki wystarczył dla jednej osoby? Może dlatego, że projekt jest po hiszpańsku? Tam nie ma mody na poddasza, bo strasznie się nagrzewają. Widziałem i w Polsce takie domki, u nas to projekt na ROD – gdy nie nocujesz tam.

      1. No moze.
        Dla mnie bylby w sam raz, tylko lekko podnioslbym dach i strop dodal – deski na belkach bo po co zelbet.
        I moge mieszkac cay rok, jesli bedzie ocieplenie chociaz z 10cm styropian.

        1. A może chodzi o to, że po co budować wielki dom np. dla jednej osoby. Taki mały wystarczy. U nas jest trend – największy jak się da, a potem płacz przy utrzymaniu.

Skomentuj Oszczędny Milioner Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *