Czy drugi dom we Francji ma sens?

Dzisiaj napiszę o moim kolejnym pomyśle – zakupie domu we Francji. Tak, wiem, jestem stuknięty, a kolejne szalone rozwiązania problemów wypływają ze mnie jak woda z dziurawego wiadra. Ale wracam do tytułowego pytania.

Po co? Dlaczego? – jak napisał pewien krytyk o małżeństwie Chateaubrianda. Nie ukrywam, głównym impulsem stała się wojna w Ukrainie, a zwłaszcza opis wydarzeń z Buczy. O ile wzajemne wyniszczanie się wojska może mieć pewien sens, o tyle bezsensowne masakry ludności cywilnej już nie. Nie chciałbym narazić mojej rodziny na podobne doświadczenie, kiedy sam poszedłbym walczyć. Stąd pomysł – muszą mieć gdzie uciekać. I tu pojawia się pytanie – gdzie jest gdzieś. Musi być bezpiecznie, inaczej idea traci sens. Bezpiecznie, czyli daleko od potencjalnych konfliktów.  W ten sposób odpadła Grecja i całe Bałkany (żegnaj, Chorwacjo), Włochy, Hiszpania, Portugalia oraz wszyscy nasi sąsiedzi. Nie chciałbym narazić bliskich na bycie obywatelem drugiej kategorii  – odpada Austria, Niemcy, Szwajcaria lub nadmierny szok kulturowy (Skandynawia). Zostaje zatem wyłącznie Francja i Wielka Brytania. Z tych dwóch wybieram Francję z jej tolerancją dla odmienności oraz jako klasyczne miejsce emigracji Polaków. Teraz pojawia się problem – gdzie we Francji, jest przecież prawie 2 razy większa od Polski. Tereny przy granicy z Niemcami i Belgią – no way, pamiętam I i II WŚ. Paryż, Lyon i duże miasta – za drogie, nie stać mnie (10-15 tys. Euro za m2). Trzeba szukać prowincji. A wtedy chciałbym mieć blisko góry, wodę i ogólnie tereny turystyczne (nie mieszkając w nich, bo znowu – za drogo). To gwarantuje możliwość pracy w nieuciążliwych usługach, wobec znajomości języków obcych.  Tu też pojawia się kwestia druga – nie tylko ucieczka, ale i wakacje.

Wakacje, na które można polecieć samolotem lub, od biedy (trochę ponad 20 godzin), dojechać samochodem. Przecież wojna nie wybuchnie jutro. Moje życie zawodowe oznacza wyjazd maksymalnie na 3 tygodnie. Są też dorastający synowie. Lato da się zapełnić. Potem niech stoi i czeka. A więc gdzie? Wybrałem dwie lokalizacje – niskie Pireneje (okolice Carcassone) lub niskie Alpy (blisko jeziora Castillon). W pierwszym – 40 km do stacji narciarskich i słynnego średniowiecznego miasta oraz 80 km do morza. W drugim przypadku – 10 km do pięknego jeziora, 20 km na narty i 120 km km do Nicei lub Saint Tropez.

Wróćmy do cen i kosztów. Dom, a w zasadzie domek  w standardzie początku lat 90-tych –  2 małe pokoje z kuchnią i łazienką (40-50 m2) za 40 tys. Euro. Roczny podatek (mają tam kataster) 2000-3000 zł, jakieś rachunki za wodę i prąd. W efekcie – dosyć tanio.

Na tytułowe pytanie każdy musi sobie odpowiedzieć sam. Nie chodzi tylko o kasę. Tu trzeba konesera, minimalnej znajomości francuskiego, woli wyjazdu w to samo miejsce przez lata. Jak powiedział mój brat – wolałby co roku latać do Egiptu na all inclusive.

2 przemyślenia nt. „Czy drugi dom we Francji ma sens?”

  1. a Irlandia albo Węgry?

    W internecie pojawiają się też propozycje bezpiecznej przystani w Turcji lub w Gruzji. Gruzja piękna i też jest i morze i góry. Samolotem szybko, autem z Warszawy 40h. Jednak chyba zbytnia bliskość Rosji i możliwość interwencji zbrojnej powoduje, że odpada – jak dla mnie, chociaż były to mój pierwszy wybór. Turcja to różnice kulturowe jednocześnie zachodnia część kraju mocno europejska. Co sądzisz?

    1. Pisząc o „drugim domu” brałem pod uwagę możliwość awaryjnej ucieczki w sytuacji wojny. Stąd argumenty niekoniecznie turystyczne.
      Irlandia byłaby super, zresztą dlatego tak wielu Polaków wyjechało tam do pracy. Mentalność podobna, spory poziom zamożności, połączenia lotnicze, praca jest, język angielski powszechny.
      Węgry – nie. Byłem tam kilka razy na wakacjach – standard życia znacznie niższy niż w Polsce. Do tego bariera językowa nie do przezwyciężenia (tzn. ja jeszcze może nauczyłbym się języka, ale na pewno nie każdy) – lokalsi nie znają angielskiego, nawet w takich miejscach jak Eger, Miskolc, trochę inaczej w Budapeszcie, ale tam z kolei drogo. Nie chciałbym też mieszkać w kraju niedemokratycznym.
      Gruzja jest chyba bardziej zagrożona inwazją rosyjską niż Polska. Turcja – jak dla mnie zupełnie inna kultura, chociaż miejsca piękne. I jeszcze ten Erdogan, nie stanowczo nie wyobrażam sobie zamieszkać tam na stałe w razie potrzeby, podobnie jak w Egipcie, Tunezji i jakimkolwiek nawet tzw. cywilizowanym kraju arabskim.
      Co jeszcze? Islandia, Dania, Holandia poza Europę byłoby za daleko i drogo dojeżdżać (np. Martynika, Australia, Kanada).

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *