Czy warto kupić Thermomixa?

Jeśli nie żyjecie na pustyni, pewnie i Was dopadła marketingowa wrzawa związana z urządzeniem nazywającym się Thermomix. To produkt niemieckiej firmy Vorwerk, określany przez entuzjastów rewolucją techniczną i odkryciem w kuchni, które z kompletnej kulinarnej lebiegi zrobi kucharskiego mistrza. Ponieważ ani trochę nie potrafię gotować, wydawałem się idealnym klientem.  

Pierwsze spotkanie.

Pierwsze spotkanie z Thermomixem zaliczyłem u moich przyjaciół. On lubi dobrze zjeść, ona przyznaje się do kulinarnego analfabetyzmu. Na kuchennym blacie pyszniło się magiczne niemieckie urządzenie. Gospodyni zaczęła opowiadać, że Thermomixa nigdy by nie kupiła ze względu na cenę (ponad 5000 zł), ale zaraz po tym jak zdecydowała się na Lidlomixa (imitację dostępną w Lidlu, za 1/4 kwoty – nadal ponad 1000 zł) … dostała maszynę w prezencie od bogatej ciotki.

I owszem, jest zadowolona, ale dalej uważa – nie za takie pieniądze. Zagniata w nim ciasta, gotuje zupy i…tyle.

Podejście drugie.

Niedawno Thermomixa kupił mój brat, prowadzący tzw. kawalerskie gospodarstwo. Już wcześniej umiał zrobić wiele potraw, bo na odwiedzających go dziewczynach zastawiony stół robił piorunujące wrażenie. A z cudem niemieckiej techniki miało być łatwiej. I faktycznie nie posiadał się z zachwytu. Mówię mu zatem pokaż, może i ja się skuszę. Produktem pokazowym były kopytka. Brat włączył urządzenie, wyświetliły się jakieś ikonki, wpisał „kopytka” i znalazł przepis. Potem kliknął parę razy, Thermomix kazał mu wsypywać kolejne produkty, przez chwilę mieszał i … pokazywał kolejny krok. Na koniec kazał włożyć kopystkę (to taka łopatka), gdy w środku coś się kręciło i miksowało.

Zostały tylko trzy kroki: wyciągnąć ciasto,  oprószyć mąką stolnicę, utworzyć wałki, pociąć i ugotować… w innym garnku, a ten umyć. Jak to? Przecież miało samo gotować? No i nie gotuje.  Wtedy nabrałem wątpliwości, ale jeszcze dałem szansę.

Podejście trzecie.

Myślę, znajdę film na youtubie, popatrzę. Akurat jakaś vlogerka gotowała zupę dyniową piejąc z zachwytu. Pierwszy obraz, na stole 10 miseczek z pociętym czymś, a na środku dumny Thermomix. Vlogerka zaczyna od szatkowania pietruszki. Wrzuca odmierzoną (10 g) ilość do 2-litrowej misy urządzenia, a to szatkuje. Trzeba tylko zeskrobać pietruszkę ze ścian (opisywaną już kopystką) i  wrzucić z powrotem do miseczki. Następnie w Thermomixie lądują po kolei składniki (vlogerka pocięła je na drobne i zważyła – jak się okazuje niepotrzebnie, bo maszyna akurat wagę ma precyzyjną), zupa się gotuje i po 37 minutach mamy gotową. Wtedy wybieramy z miseczki pietruszkę i możemy ozdobić parującą zawartość talerzy, zaraz po umyciu 10 miseczek i Thermomixa.

 Wnioski.

Najczęściej wymienianą wadą urządzenia jest cena. To pozostaje bezdyskusyjne. Za 1000 zł można mieć robota kuchennego (jak moja żona) do tego za 500 zł Multicookera  (z tego akurat korzystam ja), dokupić wagę za 50 zł  i w sumie za 1550 zł mamy wszystkie funkcję maszyny prawie 4 razy droższej… a nawet dużo więcej. I tu zaczynają się dyskusje zwolenników Bożego Narodzenia lub Wielkanocy. Jedno urządzenie sprawdzi się w małych kuchniach, nie zajmuje miejsca. Trzy, z kolei, mają więcej funkcji, no i jeśli coś się popsuje taniej wymienić pojedynczo.  A więc małe kuchnie – Thermomix, duże kuchnie trzy sprzety.

Kolejną wadą jest paradoksalnie mała uniwersalność. Thermomix nie usmaży kotleta, nie upiecze pizzy, ciasta, ani chleba – multicooker to potrafi i ma 2 razy większa misę (tzn. mogę w nim ugotować 4 l zupy zamiast dwóch). Ja osobiście jestem zauroczony multicookerem. Przepisy czytam sobie z książki lub internetu (tablet Thermomixa to taki gadżet), mogę wyjść na czas gotowania (na wsi – nastawiam ziemniaki, które nie wykipią). Potrafię w multicookerze upiec pizzę (mini – limitowaną powierzchnią dna garnka), a nawet ciasto z jabłkami, smażę kotlety i kiełbasę, gotuję na parze, robię jogurt, duszę mięso. A kosztował mnie 450 zł (1/12 ceny Thermomixa).

Także zachwalana przez prezenterów (urządzenia nie kupisz w sklepie) niewielka ilość zmywania to bzdura. Weźmy te kopytka. Mamy do umycia misę urządzenia (wstępnie myje się sama na wysokich obrotach), następnie, stolnicę, kopystkę, nóż (czymś trzeba te kopytka pociąć) i garnek do gotowania. Kiedy działamy inaczej (malakser) mamy do umycia dokładnie to samo (misę malaksera, stolnicę, nóż i garnek)  minus kopystka. Jeśli jesteśmy gospodynią „starej daty” jeszcze mniej, bo tylko stolnicę, nóż i garnek.

Za podsumowanie niech służy jeden z komentarzy pod filmem o zupie dyniowej –  to malakser z wbudowaną wagą, nie wart absolutnie 5495 zł.  Za takie pieniądze kupisz bowiem realizujące nawet więcej funkcji (np. pieczenie chleba) kilka urządzeń, wydając połowę ceny.  Thermomix  ma sens jedynie w przypadku gotującej dla max. 2 osób kulinarnej lebiegi, miłośnika gadżetów i właściciela małej kuchni.

2 przemyślenia nt. „Czy warto kupić Thermomixa?”

  1. Co za zbieg okoliczności 🙂
    Dzisiaj mam pizze z termomixa na obiad 🙂
    Tzn ciasto wyrabia termomix, piecze zaś piekarnik .

    Jestem zadowolony z tego urzadzenia. Mam pierwszą generację. Zabralem w zeszłym roku rodzicom, którzy zakupili go jakieś 14 lat temu. Po kilku miesiacach ich ekscytacji nad mozliwościami sprzętu został zdegradowany do …. wagi kuchennej.

    1. Samo urządzenie nie jest złe, tylko dużo w nim mycia, a większość funkcji ma robot za 1000 zł (dla tych co przepis czytają w necie).

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *