Ach ta dzisiejsza młodzież! Rozważania o szansach finansowych.

Tak się jakoś składa, że dorosłe pokolenia zwykły narzekać na młodych. Powody do utyskiwań pozostają te same – nie chcą się uczyć, kwestionują autorytety, pragną dostać wszystko od razu, a my to mieliśmy ciężko, a przecież potrafiliśmy czekać. Pomimo 45 lat na karku nauczony jestem sprawdzać, stąd i ten wpis. Czy łatwiej dzisiaj być młodym, czy 20-30 lat temu?

Zacznijmy od definicji. Kim są młodzi? Odwołam się do opinii sprzed wielu lat – młodość kończy się wraz z osiągnięciem 35 roku życia, a zaczyna… po maturze. Mówiąc „młodzi” mam zatem na myśli ludzi w wieku 19-34 lata. W jakiej są sytuacji? Tak się składa, że obserwuję kilkanaście osób w wieku od dolnej, do górnej granicy ustalonego przedziału. Jacy są? I tu pada truizm …. różni. Jedni ambitni, inni starają się iść po linii najmniejszego oporu. Niektórym sporo pomagają rodzice, pozostali zdani są tylko na siebie. Niewątpliwie największym wyzwaniem pozostają jak 20-30 lat temu dwa tematy: mieszkanie i dobra praca.

Widzę trzy światy: wsie i małe miasteczka, średnie miasta i miasta duże (na czele z Warszawą). W każdej grupie sytuacja wygląda inaczej.  Wsie i małe miasta pracują często za minimalną, na czarno lub z dojazdami. Wyjątki są, ale tylko potwierdzają regułę. Za takie pieniądze (2100 netto)  nie poszalejemy. Z drugiej strony, nie szukamy mieszkań w warszawskich cenach, ale raczej niewielkiego domu na swojej działce (lub remontu domu po dziadkach). I wbrew pozorom ta wiejska i małomiasteczkowa młodzież całkiem dobrze sobie radzi. Jest nauczona żyć za niewiele, nie przesiąkła konsumpcją, często wyjeżdża dorabiać na zachód Europy. Wielu z nich wystartuje w dorosłość bez długów (nawet hipoteki). Poza tym, wieś i małe miasta są pieszczochem obecnej władzy – tu dopłaty, tam renta babci, tu kosiniakowe, tam bezpłatny żłobek, i wreszcie sztandarowe 500+. Kto trzyma wydatki w ryzach ma lepiej niż 20-30 lat temu. Bo wtedy nie było pracy (20% bezrobocie w kraju, oznaczało 90 % na popegeerowskiej wsi). Pensje młodych stanowiły ułamek średnich poborów, a do Unii do pracy nie wyjeżdżano.

Średnie miasta radzą sobie znacznie gorzej.  Tu pensje także nie powalają na kolana (może 500 zł więcej niż na wsi), często, gdy pragniemy więcej, dojeżdża się do pracy (ze Skierniewic, Białej Podlaskiej, Siedlec, Ciechanowa do Warszawy, ze Swarzędza do Poznania, z Kraśnika do Lublina, z Krosna do Rzeszowa, ze Stargardu do Szczecina itp.). Trudno liczyć na działkę po babci – zostaje zakup mieszkania, a rynek trudny. Drożej będzie w miastach z dobrymi pracodawcami, taniej tam, gdzie przemysł zwinął się (Ciechanów, Wałbrzych). Jednak standard to 250 tys. za 50-60 metrowe mieszkanie. Żeby je kupić młodzi biorą kredyt. I tym sposobem z dochodu  6000 zł na troje (rodzina  2+1) ubywa 1200 zł.  To jednak nie wszystko. Najgorsze są dojazdy  i wyjazdy: przyjaciół, a za 10 lat dzieci do wielkich miast. Wystarczy poczytać Filipa Springera. Z drugiej strony, o ile istnieje niezły pracodawca (np. Orlen w Płocku, Azoty w Puławach i Tarnowie) komfort życia pozostaje wysoki.  Przeciętnie – niewiele się przez te 20-30 lat zmieniło. Bezrobocie spadło, ale wzrosły koszty życia (podobnie jak pensje).

Duże miasta. W nich młodzi widzą swoje szanse. Tu przyjeżdżają i próbują się urządzić. Często na starcie następuje zderzenie ze ścianą – ceny najmu i mieszkań potrafią zabijać, zwłaszcza w miastach największych (Warszawa, Poznań, Kraków, Łódź), akademickich (Lublin)  lub turystycznych (Toruń, Gdańsk, Gdynia). Bez 7-12 tys. zł za m2 nowego mieszkania nie wystartujesz. A to oznacza cenę dwóch małych pokoi (40m2) na poziomie 300 – 500 tys. zł, a zarazem ratę lub czynsz najmu w kwocie 1500-2500 zł. Magnesem są lepsze pensje, zwłaszcza w usługach (banki, wykończeniówka, wolne zawody itp.). Dwie osoby mogą liczyć na 6000-7000 zł bez większego problemu, a w Warszawie na  podwojenie tej kwoty.  Ceną staje się praca „od rana do wieczora”, problem z opieką nad dziećmi (dziadkowie daleko, a opiekunka też zarabia więcej niż w Stalowej Woli). Kto jednak chce się wybić – da radę. W dużych miastach w zasadzie nie ma bezrobocia, pracę można znaleźć dość łatwo, wtedy jednak trudno utrzymać się na powierzchni z powodu kosztów życia i czynszów. Nie mam wątpliwości, że 30-latek sprzed 20 lat miał znacznie większe szanse na wyższe stanowiska i pobory niż dzisiaj. W efekcie narzekają i młodzi w dużych miastach. Zwłaszcza, gdy próbują porównać się z reklamami lub moimi rówieśnikami.

Wnioski. Mam wrażenie, że młodzi ludzie dzisiaj mają i łatwiej, i trudniej zarazem, niż 20-30 lat wcześniej. Faktem pozostaje brak bezrobocia oraz stosunkowo wysoka pensja minimalna (w proporcji do średniej). W roku 2001 i jak i 1991 r.  nikt  o niej nie słyszał. Z drugiej strony koszty życia i mieszkania drastycznie wzrosły. Tam, gdzie dzisiaj m2 kosztuje 7000 zł, 20 lat temu było to 1700 zł.  I pensja 2100 zł zamiast 700 zł niewiele tu zmieni. Pozostaje jeszcze punkt odniesienia. Moi rówieśnicy porównywali się ze swoimi rodzicami (którzy często boleśnie przeszli transformację) i wychodzili z tego porównania zwycięsko – świat stał przed nimi otworem. Obecni 30-latkowie porównują się do pięćdziesięciolatków i  … zgrzytają zębami. „Starzy” mają mieszkania bez kredytu, niezłe posady, małą stabilizację, „młodym” pozostaje wyjazd do pracy, liczenie na łut szczęścia i rata wysokości 1500 zł.

 

4 przemyślenia nt. „Ach ta dzisiejsza młodzież! Rozważania o szansach finansowych.”

  1. Jestem właśnie takim młodym człowiekiem ze średniego miasta (chyba mieszczę się w definicji). Obecnie mam 29 lat; pamiętam, jednak dobrze, jak wyglądała sytuacja jeszcze kilka lat temu, w szczególności, gdy byłem na studiach, które skończyłem w 2015 roku. W dużych miastach pracę jakąkolwiek, np. dla studenta, łatwo znaleźć. Ale czy będzie to praca sensowna, związana z zawodem, który chce się wykonywać – to zupełnie inna sprawa, często tak nie jest. Na przykład studenci politechniki pracujący w centrach handlowych – coś zarobią, ale nie jest to związane z kierunkiem studiów, więc trudno powiedzieć, aby był tu jakiś długofalowy zysk. Pamiętam, jak kończyłem studia, trwało właśnie apogeum śmieciówek, pracy na czarno, za miskę ryżu… na początku było trudno. Od swojego „pracodawcy”, po 1,5 roku bezpłatnych praktyk usłyszałem, że nie zatrudnią mnie legalnie, bo nie mają takiego zwyczaju (sic!). Zamiast tego dostawałem 700 zł miesięcznie na czarno. No cóż… niedługo potem się rozstaliśmy. Podejrzewam, że taki wyzysk trwa i dzisiaj. Teraz mam już dobrą pracę, kupiłem mieszkanie na kredyt, który będę spłacać przez 20 lat – ale to wszystko było okupione bardzo dużym wysiłkiem, 11 latami ciągłej nauki i egzaminów. Prawdę mówiąc, teraz mam ochotę tylko na to, aby w końcu osiąść na laurach… Niestety prawda jest taka, że w tym kraju nie ma zapotrzebowania na specjalistów, inżynierów itp. Pracodawcą chcą głównie taniej siły roboczej, w małych miastach, na wsiach, gdzie mogą zatrudniać w fatalnych warunkach za miskę ryżu, na zasadzie „dziesięciu czeka na twoje miejsce”. Nic tu się nie zmieniło od 100 lat…

    1. Nie skupiałem się na sytuacji poszczególnych zawodów, ale takie są fakty podane w komentarzu- dzisiaj paradoksalnie specjalistom z zawodów inteligenckich (inżynier, nauczyciel, radca prawny, księgowy) jest znacznie trudniej zaczynać niż 15 lat temu i niż … młodym robotnikom budowlanym. Inaczej to wygląda wyłącznie w przypadku lekarzy.
      Nauka trwa latami (nie tylko studia, ale i dodatkowe uprawnienia), a rynek i tak traktuje ich jak żółtodziobów, w uwagi na brak wykształcenia. Szczęśliwie potem jest już z górki. A taki robotnik-wykończeniowiec zaczynający zaraz po szkole, w wieku 30 lat ma już 10 lat stażu, sporo odłożonych środków i często własne mieszkanie bez kredytu (bo mieszka w mniejszej miejscowości, a kupował, gdy było taniej). Role dramatycznie odwrócą się po 40-tce. Wtedy specjalista będzie już doświadczony, a dla robotnika wiek stanie się obciążeniem.

      1. Myślę, że ci przysłowiowi robotnicy budowlani też nie mają tak łatwo, bo – przynajmniej na prowincji – wielu z nich zarabia oficjalnie minimalną pensję, i to nieraz na ¼ etatu, a resztę dostaje pod stołem – cwaniactwo kwitnie.
        Natomiast plus bycia specjalistą jest taki, że faktycznie ma się zawsze przed sobą jakieś perspektywy i nadzieję, że w przyszłości będzie lepiej.

        1. Mogę porównać z moim miastem. W wieku 30 lat budowlaniec zarabia (fakt, że w znacznej części na czarno) – 5-6 tys. na rękę. Jego równolatek specjalista 2-5. Potem to się zmienia.
          Praca na czarno jest też wśród specjalistów. Znam to we wszystkich zawodach biurowych (może poza księgowymi, korpo i budżetówką). A takie ukrywanie dochodów wyklucza. Z możliwości wzięcia kredytu na mieszkanie. Wpisania sobie doświadczenia itp.

          A prowincja? Dramat. Jedyny zakład we wsi, w której mam dom (znany na całą Polskę) płaci w okolicach minimalnej. Kierujący piątką ludzi w spółce skarbu państwa w najbliższym mieście powiatowym, lat ok. 50, wymagane szkolenia i sprawność fizyczna, dostaje 5 tys. na rękę. Dodatkowo dojeżdża do pracy, bo mieszka poza tym miastem.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *