Ciężko być rolnikiem. Ceny w sklepie a ceny u źródła.

Mieszkańcy wielkich miast często mówią o rolnikach jako pasożytach, którzy żerują na braku podatku dochodowego i niskim ZUS-ie. Jednocześnie nie dostrzegają  częstego wykorzystywania wsi przez miejskich cwaniaków. Ja, po lekturze opinii na forach postanowiłem sprawdzić jak jest na prawdę.

Tyle ostatnio słychać o rolniczych protestach spowodowanych niskimi cenami skupu owoców. Kolejne rządy wiele obiecują, ale kiedy nadchodzi sezon zbiorów, nic się nie zmienia – nadal ton nadają chłodnie i firmy przetwórcze. Ze szkodą dla rolnika, oczywiście.  A oto moja historia.

Wiem z własnej działki, że ten rok jest rokiem wyjątkowego urodzaju. Wszystko urosło większe i w ogromnej ilości (no może z wyjątkiem ziemniaków i innych okopowych).

Jednym z podstawowych owoców zjadanych w moim domu są jabłka. Tradycyjne, polskie jabłka.  Moje dzieci lubią je na surowo, pieczone, w postaci dżemów kompotów i w szarlotce. W zeszłym tygodniu usłyszałem od żony:

-Tyle gadania, jak to jabłek nikt nie kupuje, a cena w markecie – 2 zł za kg.

Ponieważ mieszkamy w dużym mieście, 50 kilometrów od „jabłkowego zagłębia” i jestem po lekturze całej serii o „sielskim życiu na wsi” postanowiłem sprawdzić, czy prawda jest po stronie koncernów (cena 2 zł w sklepie, rolnicy winni, że nie taniej) czy rolników (gigantyczne marże firm).  Wszedłem na znany portal ogłoszeniowy i co widzę:

– kilogram popularnej Elizy 10 km od miasta – 1 zł/kg,

– to samo jabłko od producenta z jabłkowej Mekki (40 km dalej) – 50 groszy/kg.

Nawet cena podmiejska była o połowę niższa niż w sklepie. Ponieważ w sobotę planowałem jechać na działkę, żeby ocieplić studzienkę (woda już spuszczona), zdecydowałem się nadłożyć w sumie 25 km (50 km  w obie strony). Przyznam się szczerze, że efekt przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Szybko umówiłem się z sympatycznym rolnikiem i jadę. Przyzwyczajony do miejskich zwyczajów handlowych spodziewałem się ceny  50 groszy „na wabia” za mikrojabłuszka i 2 razy większej za normalne. Nic z tych rzeczy. Faktycznie, za 40 zł kupiłem 80 kg (4 skrzynki) jabłek i to jakich….ogromnych, znacznie większych niż sklepowy standard. Przyjechałem do domu i zacząłem liczyć.

Rolnik sprzedał mi w detalu za 50 gr superjabłka deserowe. Po prostu wykonałem telefon, nie próbowałem się targować. Gdybym przyjechał na zakupy ciężarówkami, rozmawialibyśmy pewnie o cenie 30 groszy za kg.  Ceny owoców przemysłowych wynosiły 10 gr za kilogram i były … teoretyczne. Mało kto skupował.  Czyli taka Biedronka kupuje  nie drożej niż za 30 gr za kilogram, sprzedaje za 2 zł. Zgoda w tej cenie są podatki (niech będzie 35% czyli 70 groszy), ponosi koszty reklamy, sklepu, pracowników (niech będzie 30 gr) Ale nadal zysk netto to 70 groszy zł (2 zł -podatki – cena zakupu- inne koszty), czyli ponad 200%!

Policzmy sytuację tego rolnika. Z hektara zebrał (bardzo optymistycznie) 50-70 ton jabłek.  Czyli osiągnął przychód 25-35 tys. z hektara. Ładnie to wygląda. Zapominamy jednak o kosztach.  Musiał zapłacić za zbiór. Dobry zbieracz potrafi oberwać 1 tonę dziennie, a zarabia 200 zł dniówką. Łatwo wyliczyć, że sam koszt zbioru to 20 groszy za kg.  Naszemu rolnikowi zostaje, jeśli ma kontrakt z Biedronką 10 groszy za kilogram na zysk i inne koszty. Jeśli sprzeda miastowemu (np. mnie) i weźmie od niego 4 razy mniej niż w dyskoncie czyli 50 gr, będzie dysponował kwotą trzykrotnie większą (30 gr). A sprawdźmy inne koszty:

  • hektar ziemi kosztuje w tych okolicach ok. 50.000 zł. Załóżmy, że musi zwrócić się 50 lat. To już 1000 zł/ha kosztów amortyzacyjnych (wiem, gruntu nie amortyzuje się, ale dla rolnika to warsztat pracy) i 2 grosze za kilogram,
  • rolnik musi mieć maszyny – niech będzie o wartości 300.000 zł na  10 ha sad,  amortyzowane w okresie 30 lat. To kolejne 1000 zł/ha czyli znowu 2 grosze/  kilogram,
  • trzeba wznieść budynki, żeby schować zbiory. Tu już nie obędzie się bez 500.000 zł (chyba to raczej niewiele), amortyzowanych przez 40 lat. I kolejny koszt 2,5 grosza,
  • a co z nawożeniem, wodą, opryskami? Niech będzie 1000 zł/ha (raczej zaniżam). Przy takim plonie to kolejne 2 grosze.

W efekcie rolnikowi zostaje 3,5 grosza na kilogramie, a dyskont zarabia 70 groszy (20 razy więcej). Te 3,5 grosza pomnożone przez 10 ha sadu i 50 ton z hektara daje: 1750 zł z hektara i 17500 zł z 10. hektarowego gospodarstwa. To mniej niż pensja minimalna (niespełna 1500 zł/miesięcznie), a tak duży sad to sporo pracy przez cały rok.

To nie jest uczciwy interes. To wyzysk. Przemyślmy, czy nie lepiej zebrać większą grupę, pojechać do rolnika i dać mu zarobić (w końcu miasto nie może żyć bez wsi), zamiast nabijać kabzę międzynarodowy koncernom, które tę kasę wywiozą z Polski.  Wtedy rolnik da zarobić zbieraczom, a i nam miastowym, pracującym w różnych miejscach.

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *