Abonament Legimi. Czy to się opłaca?

Jak pewnie wiecie z bloga, czytam sporo książek. W tym roku przeczytałem już 43. Wygląda na to, że roczny plan (52) wykonam jak zwykle z naddatkiem. Ponieważ lubię mieć książki na własność szukałem dobrego rozwiązania. 

Pierwszym etapem było korzystanie z biblioteki. Oszczędnie. Ale zupełnie niepraktycznie, bo lubię wracać do swoich ulubionych.

Powróciłem do kupowania. Tutaj barierą są pieniądze (50 książek rocznie to dobrze ponad 1500 zł). Część okazywała się niewypałem, zajmowały miejsce na półce, a nie bardzo miałem sumienie wciskać je komuś innemu.

Próbowałem klasycznych ebooków. Wychodziło niewiele taniej, a wybór znacznie mniejszy niż w księgarniach. Poza tym każda zmiana telefonu kasowała ebooki. Wolnelektury.pl to z kolei wyłącznie dzieła domeny publicznej.

Potem były audiobooki. Znowu, mały wybór, niepraktyczne. Albo wczuwałem się w lekturę i zapominałem skręcić, albo nie pamiętałem nic ze słów lektora. Słabo.

Kiedy zobaczyłem abonament Legimi, znowu byłem sceptyczny.  To przecież ebooki. Ale, że miałem możliwość korzystania za darmo przez 7 dni – myślę, co mi szkodzi. I olśnienie. Przez 7 dni (norma 1 książka), przeczytałem 3. Mogłem czytać wszędzie: w kolejce do lekarza, w autobusie, w ogrodzie, na ławce w parku. System sam zapamiętywał, gdzie skończyłem. Wykupiłem abonament za 20 zł na 1000 stron (500 miesięcznie i  500 na start). Powinien wystarczyć na miesiąc (4 książki), wyczerpałem go po 2 tygodniach.Zatem kupiłem pełny nielimitowany dostęp do ebooków na 12 miesięcy za 33 zł miesięcznie. Przy moim tempie czytania, które znacznie wzrosło (2 książki tygodniowo), za cenę jednej książki mam 8. Dodatkowo zawsze mogę do nich wrócić a nawet czytać równolegle z żoną.  Legimi okazało się strzałem w 10. Polecam wszystkim, którzy dużo czytają.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *