Moje miejsce w górach. Część III.

Dzisiaj będzie o tym dlaczego sądzę, że mamy do czynienia z dołkiem na rynku „nieruchomości w polskich kurortach” – krótko mówiąc sytuację, w której ceny będą tylko rosły. W takiej chwili każdy chce kupować, więc oczywisty był i mój pośpiech.

Stan, w którym ludzie boją się wyjeżdżać w rejony objęte zamachami  (tj. Europę Zachodnią i Południową, Bliski Wschód) ma charakter stały tzn. nie zmieni się przez kilka najbliższych lat. Dodatkowe 4-5 lat będzie trwało odbudowywanie zaufania. Na dalsze wyjazdy z rodziną mało kogo stać. Czyli mamy przed sobą ok. 10 lat przymusowej mody na wakacje w Polsce. Oznacza to już widoczne przepełnienie w modnych miejscowościach.

Wraz z przypływem turystów rosną ceny noclegów. To oczywiste prawo rynku. Ktoś, kto szukał gościa był skłonny obniżyć cenę. Teraz już tak łatwo się nie podda. Jednocześnie nadwyżka pieniądza na rynku lokalnym szuka ujścia – najprostszym jest … zakup kolejnej nieruchomości, zabudowanie jej i wynajem przybywającym turystom. A to oznacza wzrost cen.

Niskie stopy procentowe oznaczają tańszy kredyt. Nawet hipoteczny. A tani kredyt to więcej chętnych na zakup nieruchomości. Więcej chętnych to wyższe ceny.

Od pewnego czasu (mniej więcej dekady) ceny spadają. Transakcyjne osiągnęły poziom 20 % niższy od szczytu, a minęło 10 lat. Realnie (inflacja) zeszliśmy ok. 1/3 poniżej najwyższego punktu cenowego. Sprzedający boją się dalszych strat. Czas na odbicie.

Podsumowując, przypływ turystów, wzrost zysków z wynajmu, tani kredyt i długoletnie spadki, powinny dać wreszcie (w perspektywie 1-2 lat) impuls do skoku cenowego.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *