Warning: Undefined array key 1 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505

Warning: Undefined array key 2 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505
kwiecień 2026 – Strona 2 – Oszczędny Milioner

Dostęp zamiast własności. Czy faktycznie jest tak źle?

Jedną z tez współczesnej klasy wyższej stało się promowanie posiadania (wynajmu, leasingu) zamiast własności. Wielkie firmy udzielają tylko czasowego dostępu do dóbr i usług i każą płacić coraz więcej.

Ba, nawet autorzy piszący o finansach (np. Tony Robbins) promują „wynajmij zamiast kupić”. Tak działają platformy takie jak Booking, Netflix, firmy leasingowe, wreszcie fundusze nieruchomościowe.

Z kolei lewicujące gazety, krytykują obecnie ten standard, ponieważ doprowadził do zubożenia wielkomiejskiej klasy średniej. Jak to? Przecież oni mają mieszkania po 1 mln zł. No cóż, na kredyt i nie wszyscy. Twarde dane wyglądają nieubłaganie. Liczy się wartość netto. I znacznie bogatszy jest przeciętny rolnik z Mazur niż właściciel skredytowanego mieszkania w stolicy (z 70% wartości do spłaty). Liczby nie kłamią.

Teraz wszyscy miłośnicy dyniowej latte szeroko otwierają oczy. Przy czym wiele rzeczy jeszcze da się odwrócić. Jak pisał Dave Ramsey „Start late, finish rich”. Znam kilka przypadków ludzi, którzy obudzili się po 40-tce i z najemców stali się właścicielami. Więc tragicznie nie jest, chociaż trend widzę nieubłagany. Napędzają go dwie siły: metropoliocentryzm oraz fałszująca rzeczywistość reklama.

Pierwsze ze zjawisk polega na przenoszeniu się do wielkich miast. Tylko w nich życie ma być ciekawe, satysfakcjonujące, piękne, prawdziwe i wartościowe. Dopóki nie przeniesiesz się do Big Five, jesteś z boku ważnych spraw. Największy pęd do translokacji mają zupełnie przeciwstawne grupy: mega ambitni wykształceni, oraz ambitni niewykształceni. W założeniu bowiem znacznie łatwiej zarobić (pracą fizyczną czy umysłową) w Warszawie niż w Siedlcach czy Strzegomiu. Prawda, tylko w połowie. Ambitni zapominają bowiem o kosztach. A te potrafią być ogromne. Skoro przedstawiciel specjalistów i managerów z wielkich miast, bloger finansowy mówi o „rozsądnym kredycie 0,5 mln zł”, mający ciśnienie na sukces wpadają w pułapkę. A nazywa się ona „kosztem życia w wielkim mieście”. Popatrzmy na modelową rodzinę z Warszawy. Ich dochody (mediana) są wyższe o 7k brutto od analogicznych w Łukowie. Co to oznacza? Że mają do dyspozycji 5k/m-c więcej. I co z tego? W Łukowie trzypokojowe małe (ok. 50m2) mieszkanie w bloku kosztuje 300k. W Warszawie podobne w Ursusie, Wawrze czy na Pradze – 800k. I już z 5k ubywa 3 k na ratę. Zostaje 2k nadwyżki. Super? Niekoniecznie. A gdzie koszty prywatnej opieki nad dzieckiem (opiekunka weźmie więcej), nauki, dojazdu do pracy? W Łukowie wystarczyło 10 minut dojazdu (a czasem i spaceru), z Ursusa do Mordoru jedziemy 45 minut (komunikacją publiczną). Z Wawra już prawie godzinę. Gdzie koszty stylu życia? W efekcie „średniak” ma się znacznie gorzej.

Ale to nie wszystko. Dlaczego ludzie łapią się na tę fałszywą narrację? Ponieważ stoi za nią ogromna machina reklamowa. Od bezpośredniej do ukrytej (np. seriale). Przemysł reklamowy deweloperów (głównie wielkie miasta) fałszuje rzeczywistość. Subtelnie („Osiedle Eko Park” – cztery bloki obok ogólnodostępnego skweru na nowym blokowisku), albo na rympał (z tej samej oferty) „Centum miasta na uboczu” przy lokalizacji 8 km od centralnego punktu miasta, niedaleko jego granicy, bez infrastruktury takiej jak publiczne szkoły, komunikacja miejska (najbliższy przystanek 15 minut spaceru) itp. Jest też reklama negatywna. Małe miasta przedstawia się jako siedliska ciemnoty, zacofania, bezrobocia. Ludzi tam żyjących jako nieudaczników. W mediach zamawia artykuły o ciężkich dojazdach z Mińska Mazowieckiego czy innego Grójca, zapominając, że wcale nie trzeba dojeżdżać do Warszawy. I wielu złapie się na ten lep.

A poza wielkimi miastami wcale nie jest tak źle. Króluje bezkredytowa własność, a nie kredyt lub wynajem. Babcie nadal zajmą się wnukami. W zasięgu krótkiego spaceru mamy prawdziwy park. Oczywiście, brakuje galerii, knajpek i sal zabaw, ale za dwie medianowe pensje da się utrzymać rodzinę. Tu „kultura dostępu” jeszcze nie przeorała głowy.

I biorąc pod uwagę, że w średnich i małych miastach żyje ponad połowa ludności Polski istnieje nadzieja, że trend może się odwrócić. Młodzi w końcu złapią za Excela i zobaczą – nie da się żyć w miejscu, w którym wynajem zabiera połowę pensji. Udostępniony (służbowy) samochód pozbawia mnie szans na wyjazd następnego dnia po zwolnieniu. Wreszcie, budowanie majątku prowadzi do niezależności. A nikt go nie zbuduje płacąc 4k za wynajem dwóch pokoi oraz 2k raty leasingowej. Zwłaszcza jeśli zarabia nieco ponadprzeciętnie.

Święta z garmażerki. Gorzka refleksja.

Dwa tygodnie przed Świętami Wielkanocnymi wyświetlił mi się artykuł lokalnej firmy oferujący „świąteczne menu”. Sprawę badałem już pod względem ekonomicznym, ale chyba faktycznie problem leży nieco głębiej.

Kwestie cen można traktować jak ponury żart, bo kurczak w galarecie za 110 zł/kg, czy baleron za 100 zł/kg oznacza przebitkę zupełnie bezsensowną i oderwaną od realiów ( mówimy o garmażerce). A restauracje? Poczynają sobie jeszcze lepiej. Sałatka jarzynowa – 70 zł/kg, żurek – 45 zł/l (dwa talerze), szynka (wędlina) – 140 zł/kg, jajko z chrzanem za 10 zł/szt – ceny chore przy dostawie na wynos (za którą dodatkowo płacimy albo przyjeżdżamy sami). Tyle wiemy – jajko kosztuje w hurcie ok. 1 zł, szynka przy przełożeniu z samochodu dostawcy zyskuje 100%, a jarzyny po pokrojeniu, wymieszaniu z majonezem i śmietaną 500%.

Ale pozostaje aspekt praktyczno-organizacyjny. Skoro oferta istnieje, co więcej dość szeroka (wszystkie garmażerki, cukiernie, wiele knajp), ktoś z niej regularnie korzysta. I czas na odrobinę filozofii, w dwóch płaszczyznach.

Pierwsza – porcje. Może to i dobrze, że święta nie oznaczają już uczty rodem z „Wielkiego żarcia”, ale wyliczane restauracyjne menu na osobę jak mawia mój szwagier „pachnie malizną”. Znajdą się w nim: dwa jajka (podzielone dla niepoznaki na cztery połówki), 3 plasterki szynki z pastą jajeczną, 2 plasterki pasztetu, 80g sałatki jarzynowej (porcja wielkości 3 połówek jajka), 100g ciasta (czyli bardzo mały kawałek). W sam raz na śniadanie. Kiedy dodamy danie gorące – 250 g żurku (porcja na pół talerza), biała kiełbasa z ziemniakami mamy podobno obiad i śniadanie. Nie znam dorosłego mężczyzny, a tym bardziej nastolatka, który w Wielkanoc do 16 zje jeden kawałek ciasta odpowiadający wagą dwóm średnim kromkom chleba. Czego to dowodzi? Że przy stole siądą dwie osoby z niewielkim apetytem, na poważnej diecie. Prawdopodobnie ludzie starsi i samotni. Nastąpiła drastyczna zmiana społeczna, którą widać właśnie w takich przypadkach.

Drugi temat – czas, chęci, umiejętności. Przygotowania były zawsze częścią wszelkich świąt. Wyprawy do sklepu, zatrudnienie męża do choćby prostych prac podkuchennego (obieranie i krojenie warzyw do sałatki, ogórków do sosu tatarskiego, kręcenia maku, ubijania białek mikserem), spędzanie całego dnia w kuchni, porządki. Miały też wymiar wspólnotowy, działała cała rodzina. Ale wiadomo – każda z tych czynności wymaga czasu, bo krzątanina zaczynała się już w Wielką Środę. I teraz w wielu domach tego czasu brakuje. Nie mieszka w nim babcia-emerytka, dzieci, czekające na rytuał, a często są to wręcz zapracowane gospodarstwa jednoosobowe. I łatwiej nawet zarobić te 160 zł/os. (cena wspomnianego menu) niż poświęcić trzy popołudnia, całą sobotę i niedzielny poranek. Wreszcie umiejętności – kucharz ze mnie żaden, nie mam też pasji mojej żony (która nawet sos tatarski robi sama), ale powiedzmy sobie szczerze, większość półproduktów kupimy (sos tatarski, majonez, wędlinę, kiełbasę, żurek), a ugotowanie jajka, zrobienie pasty jajecznej i zawinięcie jej w plasterek szynki, ugotowanie ziemniaków do białej kiełbasy, pokrojenie warzyw, zwłaszcza w ilości przedstawionej powyżej (80g sałatki jarzynowej/os.) – nawet ja potrafiłbym wykonać takie menu, z wyjątkiem ciasta – do kupienia w każdej piekarni. Tak płynnie przechodzimy do chęci. Skoro ilości wspomniane powyżej, kucharski leszcz jak ja, byłby w stanie przygotować w 2 godziny (menu śniadaniowe dla 4 osób oznacza godzinę roboty z nakryciem do stołu, a odgrzanie żurku i kiełbasy, obranie ziemniaków i ich ugotowanie – drugą), może wcale nie chodzi o czas, lecz o brak ochoty? No nie wiem, zaangażowania, pokazania, że jednak odrobinę zależy. Tylko dlaczego w takim razie w ogóle coś organizować? Wsiadamy do auta, jedziemy nad morze albo w góry, na śniadanie schodzimy do restauracji (lub idziemy do knajpy), na obiad podobnie, i niczego nie udajemy. Wiele rodzin woli jednak zamówić i położyć na stole „swoje” (plus wykonać zdjęcie stołu na insta) niż przyznać, że nie ma ochoty uczestniczyć w pustych gestach. Gorzka refleksja.

Żeby ją osłodzić, na koniec pochwała mojej żony i teściowej. Obie jak zwykle naszykowały tradycyjne święta, bez porcjowania, wydzielania, z ładnie zastawionym stołem, stale czynnym od śniadania w niedzielę do podwieczorku w poniedziałek. Litościwie odpuściły „kucharzom z bożej łaski” czyli teściowi i mnie, włączając w pracę jedynego przedstawiciela broniącego tu honoru mężczyzn – posiadającego sporo kulinarnej inwencji szwagra. Kompromisem wobec tradycji było spędzenie poniedziałku nad jeziorem, zamiast w domu.

Młodzi nie chą mieć dzieci? Statystyka kontra propaganda.

Zacznijmy od podstaw. Kogo uważam za młodego? Człowieka pomiędzy 25 a 35 lat. Wystarczająco dorosłego, żeby podejmować decyzję i już w teorii samodzielnego, ze skończoną edukacją. Jednocześnie ludzie w kolejnej kategorii wiekowej 35-45 lat także są zdolni biologicznie do posiadania dzieci.

Jeżeli spojrzymy w ten sposób możemy dokonać porównania – czy więcej dzieci rodzi się w przedziale 25-35 czy 35-45? Nie ma takich danych. Wiemy, że pierwsze dziecko rodzą kobiety średnio 28-29 letnie. Często jest to ostatnie. Widziałem dane z 2022 r. Kobiety po 35 r.ż urodziły niespełna 20% dzieci. Po 40-tce tylko 2% porodów. Jednocześnie rodzi coraz mniej kobiet niesamodzielnych (nastolatek i przed 25 r.ż). Przyczyn jest kilka, natomiast trudno uznać, że dzieci rodzą dzieci, albo ciężar dbania o demografię przeniósł się na wiek średni. Statystyka przeciwko propagandzie.

Jednocześnie coraz więcej młodych par dzieci mieć nie może. Odsetek sięga 20%. Jeśli skorelujemy go ze zmniejszającą się liczbą kolejnych roczników (tzn. 40-45-latkowie to wyż demograficzny, a 25-latkowie – niż) oraz różnicami liczby kobiet i mężczyzn w wieku rozrodczym w różnych miejscach (drastyczna przewaga kobiet w wielkich miastach i mężczyzn na wsiach) dojdziemy do wniosku, że zapaść demograficzną zafundowali nam nie młodzi, a starzy. Nie tylko w przenośni, ale i dosłownie. To oni stworzyli świat drogich mieszkań, niepewnej pracy, wyzysku, zapierdolu. Prof. Matczak podał receptę – praca po 12 godzin, żeby się dorobić. Nie zgadzam się z nią i nie winię młodych za lenistwo. Koszt posiadania i wychowania dziecka stał się ogromny. Zarówno finansowy, jak i czasowy. Jak poświęcić popołudnia dziecku, kiedy siedzi się w pracy? Jak spełnić wszystkie oczekiwania społeczne? Jak poradzić sobie z sytuacją, gdy dziadkowie nie włączają się do pomocy.

Mieszkanie czy wykształcenie? Co jest lepsze dla dzieci.

Bartek poruszył w komentarzu ważny temat – granice poświęceń dla dzieci. Zmusił mnie tym samym do odkurzenia i wykończenia prawie gotowego szkicu.

Zacznijmy od określenia czym jest „wykształcenie”. Ja użyję tego słowa w jednym sensie – uzyskanie dyplomu akademickiego. Należy je odróżnić od „kwalifikacji” czyli nawet formalnego, ale nieakademickiego papierka (np. tzw. świadectwa kwalifikacji). Nie każdy się z tym zgodzi, ale chcę zwrócić uwagę – uprawnienia elektryczne po technikum nie uznaję tu za wykształcenie.

Kiedyś, w zamierzchłych czasach, gdy dyplom zdobywało 3% populacji był on coś wart. Dzisiaj, gdy studiuje podobno 80% młodej populacji, nikomu nie zaimponujemy magisterką. Socjologowie nie zostaną managerami w korpo, albo taka kariera stanowić musi wyjątek. I tym sposobem docieramy do sedna rozważań.

Otóż „dyplom” może nie mieć żadnego sensu, jeżeli nie przekłada się na pozycję rynkowo-zawodową. Znacznie lepiej mieć ” papier na koparkę” i zacząć pracę w wieku 20 lat niż po magisterce z filozofii pracować w call center. Z tych 80% wykształconych, rzeczywistą korzyść ze studiowania odniesie może 1/3. Reszta zginie w morzu sfrustrowanych, wykonawców prostych prac, które za chwilę (no dobra, dłuższą chwilę) wykona AI. Już dzisiaj w biurze spora grupa młodych dostaje pensję minimalną. Mniej niż magazynier, albo kasjerka z Biedronki.

Ponieważ to blog finansowy zaczniemy od kosztów.

Ile kosztują studia w obcym mieście. Minimum, na państwowej uczelni i dziennie – 3k/m-c. Przez 5-letni cykl – 180k. Grubo.

Ile kosztują płatne studia w obcym mieście. Dodajmy do 180k jeszcze 30k i mamy 210k.

Ile kosztują studia medyczne w obcym mieście. Zamiast 5 lat, studiuje się 6 lat, trzeba sporo dokupić, zainwestować w intensywne korki. Liczymy.

Opłata – czesne – 70k x 6 lat =420k

Utrzymanie – 4k x 6 lat x 12 miesięcy = 288k

Korepetycje od 7-klasy SP do matury. 1.5k x 6 lat x 10 miesięcy = 90k.

Suma 798k.

Ile kosztują studia zagraniczne. Wbijamy na wysoki poziom.

Czesne – 420k (a może nawet x 2),

Utrzymanie – 600k,

Korepetycje – 90k,

Suma 1,11 mln.

Zobaczcie jakie kwoty wyliczyłem. Minimum 180k, maksymalnie powyżej miliona. Te 180k nie gwarantuje absolutnie niczego. A jeśli potraktujemy studia jako inwestycję, oczywistym jest, że oczekujemy zwrotu. Jeśli go nie będzie, marnujemy pieniądze. Znam całkiem sporą grupę ludzi, którym studia nie dały nic. Zarabiają sobie 4-5 k netto, nie pracując w wyuczonym zawodzie. Czysta strata. Posłuchali „musisz mieć dyplom” i wtopili. Powoli docieramy do sedna. Otóż są studia, które gwarantują zwrot. Medycyna, budownictwo, informatyka i w nie warto inwestować. I pojawia się kolejny problem. Nie chcę nikogo urazić, ale każde dziecko nadaje się na lekarza, kierownika budowy czy programistę. Tutaj decydują cechy intelektualne (IQ znacznie powyżej średniej, zdolności w danej dziedzinie), emocjonalne (znam przypadki załamań nerwowych studentów wyjeżdżających do innego miasta, albo wspomaganie się amfą, kogoś kto nie wyrabiał) i wolicjonalne (obowiązkowość, dążenie do celu itd.). Nie każdy je ma w wystarczającym stopniu. Wyższa matematyka nie oznacza wykucia się, a żeby skończyć medycynę trzeba mieć doskonałą pamięć. Z konia roboczego nikt nie zrobi zwycięzcy Wielkiej Pardubickiej. Zbyt wiele widziałem nad-ambitnych rodziców, którzy zwyczajnie zajeździli dziecko. 3 treningi w tygodniu, do tego 3 języki po 2-3 godziny, korki z 3 przedmiotów, a czasu na odpoczynek brak. Orka od poniedziałku do soboty po 10 godzin (plus odrabianie prac domowych i nauka własna). W efekcie od książek od 8 do 24 lasował się mózg, nie istniał czas na życie prywatne, rówieśnicze. I taki średnio zdolny przechodził przez podstawówkę na piątkach, dowoził jeszcze w liceum, a wysiadł na studiach. Problem. Niezmiernie trudno ocenić własne dziecko. Warto zapytać specjalisty, bo rodzice mylą się w dwóch kierunkach. Mam kumpla, który syna ze średnią 5.2 określa jako mało ambitnego, ponieważ powinien mieć 5.4 i być najlepszym w klasie. W drugą stronę – wielu ludzi uważa własne dzieci za geniuszy, chociaż w istocie są przeciętne. Wracamy do tematu, żeby ładowanie kasy w studia dzieci miało sens, muszą znacznie wystawać w tej dziedzinie ponad średnią. Krótko mówiąc – przypadek 20% rodziców. Pozostali kasę na „wykształcenie” zmarnują, bo nigdy się nie zwróci.

A mieszkanie? No cóż, każdy potrzebuje mieszkania, dziecko ma dach nad głową i poważny start. Co więcej, kupienie mieszkania w dużym mieście, a zwłaszcza w Big Five, daje gigantyczną przewagę na starcie. W obecnym świecie, gdy 10% populacji (nie wiem czy nie zawyżam), albo 20% dzieci klasy średniej dostanie własny kąt (bez kredytu) niesamowicie ułatwiamy potomstwu życie. Czy umie z tego skorzystać, zupełnie inny temat. Wróćmy do kasy. Moje doświadczenie to trochę ponad 400k we Wrocławiu. Kolega syna, który takiego mieszkania nie dostał, albo wyda 3k na najem (i będzie tak robił do śmierci), albo przez 30 lat zapłaci 2.400 zł raty. Nawet te 2400 zł (plus 80k na opłaty i „pakiet startowy, które pewnie rodzice zbiorą), równa się sytuacji pensji większej o 1/3 średniej krajowej brutto. Lewica powie „ogromna i nieuczciwa przewaga bananowego synka”. Dlatego, pomimo iż studia w innym mieście kosztują „ledwie 180k” a mieszkanie „aż 450k” rozważmy zakup (o ile nie mamy wyjątkowego zdolniachy).

Na koniec wracam do koncepcji Bartka czyli „wypruwanie sobie żył dla dziecka”. Osobiście sądzę, a rozmawiałem na ten temat z bezdzietnymi i dzieciatymi, iż posiadanie potomstwa daje ogromnego kopa do gromadzenia majątku. Brak dziedzica w wielu gasi ambicje finansowe. Trumna nie ma kieszeni, więc po co zbierać, jeżeli nie dostanie tego „krew z krwi i kość z kości”? Dobre pytanie. Nie warto.

Jeśli jednak dzieci mamy, pojawiają się dwie szkoły: wypruwać sobie żyły, bo i mnie rodzice coś dali, albo „do wszystkiego doszedłem sam, więc i ja nie dam”. Obie mogą stać się źródłem poważnych problemów. Głupie i źle wychowane dzieci nie docenią gestu, że ojciec/matka z klasy średniej, odejmuje sobie od ust, ogranicza konsumpcję, żeby dzieciom zapewnić przewagę. Mądre dzieci – podziękują. Tu już problem wychowania, także finansowego. Przypomina mi się piosenka pewnego punkowego zespołu z młodości „….Przeze mnie ojciec opadał z sił, matka już dawno w grobie, nie mieli przecież dla kogo żyć…”.

I wreszcie dla wielu powiem herezję – wcale nie trzeba sobie wypruwać żył. Lepiej ruszyć głową niż ciężko pracować. I znów odwołam się do własnego doświadczenia. Dwaj synowie mają mieszkania, na trzeciego też czeka. Wszystko było przeciw mnie: duża rodzina, niska pensja żony. Wielu lepiej zarabiających, zdolniejszych nie kupiło, a my tak. Co zrobiliśmy inaczej? Trzy rzeczy.

Kupiliśmy bardzo wcześnie. Dwa pierwsze, gdy dzieci były w przedszkolu, trzecie w 2017 r. Tym samym mieliśmy okazję korzystać z procentu składanego, wzrostu wartości itp.

Nie trzymaliśmy się kurczowo nierealnych scenariuszy a kombinowaliśmy. 2 mieszkania były w naszym mieście, trzecie w górach. Kiedy warunki uległy zmianie, synowie wyjechali, bez sentymentu sprzedaliśmy. Wielu zmuszało dzieci do objęcia „krwawicy” dla której „wypruwano sobie żyły”. Generowano konflikty zamiast przynosić radość.

Wykorzystaliśmy lewar. Tani zakup, kredyt, własna praca i efekt gotowy. Mieszkanie w górach kupiliśmy za 220k, z czego wyłożyliśmy gotówką 40k (20k opłaty około nabywcze). Sprzedaliśmy za 450k, a minęło 6 lat.

I mieć ciastko i zjeść ciastko.

Zbieramy na wkład własny. Kupujemy mieszkanie we Wrocławiu za 450k (cena, opłaty, remont). Z tego rata kredytu 2400 zł. Wynajem za 3000 zł – podatek – naprawy. Wychodzimy na zero. Dokładamy 600 zł (zamiast 10 godzin korepetycji/m-c, albo 4 godzin matematyki) jako nadpłatę i dziecko po maturze ma swoje mieszkanie. Realnie – za 600 zł. Przez 19 lat? 7200 zł x 19 lat=136 800 zł. Z wkładem własnym 90k- trochę ponad 200k.

Na studiach tworzymy kolejnego samograja. Wynajmujemy innym studentom istniejące 2 pokoje (dziecko zostaje w trzecim). Czynsz 2k wystarcza na pokrycie koszów. Studia w innym mieście kosztują nas 0 zł. Teraz, jak 70% absolwentów, może sobie studiować coś spoza „finansowej triady” (medycyna, informatyka, budownictwo). Dziecko i ma ciastko (mieszkanie) i zjadło ciastko (wykształcenie). Na studiach tego nie uczyli.

Pięć samochodów dla pięcioosobowej rodziny (2+3).

Tym razem na życzenie Łukasza zajmuję się problemem wyboru samochodu dla rodziny 2+3. Ponieważ sam przez kilka lat ćwiczyłem ten model jazdy mam pewne doświadczenia. Nie zawsze pozytywne, rzecz jasna.

Zaczynam od podstaw. Jakie cechy musi mieć auto dla Dużej Rodziny? Wskazałbym cztery:

  1. Duży bagażnik – żeby pomieścić wszystkie te klamoty, zakupy, zabawki, pieluchy, wreszcie wakacyjne bagaże. Minimum: 400 litrów. Maksimum – nie istnieje. Znam ludzi, którzy po prostu kupili busa (tak jak radził Artur) i… nadal brakowało im miejsca. Bagażnik powinien być wysoki, co na pierwszym miejscu stawia minivany i vany. Jeździłem Volvo V70 II. Niby sporo miejsca (ponad 500 l), ale płasko, no i pewne przedmioty: rowerki, walizki stawiane na sztorc, torby układane jedna na drugą itd. nijak nie chciały się zmieścić. Stąd wniosek – bagażnik powinien mieć zdejmowaną półkę lub roletę – odpadają sedany.
  2. Szeroka tylna kanapa – znowu wygrywają minivany, vany i kombi. Trzy foteliki obok siebie, dwa foteliki plus osoba dorosła w środku. Duża rodzina jeździ w takiej konfiguracji. Zapomnijcie o klasie B, C. Co najmniej D (czyli klasa Passata). Ideał (znowu vany) – trzy oddzielne fotele zamiast kanapy.
  3. Dużo miejsca na nogi z tyłu – ponownie – górnej granicy nie widzę. Skoda Superb Kombi – proszę bardzo, V-klasa, E-klasa – idealnie. Sam jestem wysoki, moi synowie też więc dobrze czuliśmy się od Passata w górę (o dziwo, Skoda Kamiq wystarczała). Jedna uwaga – nawet małe dziecko siedzące w foteliku potrzebuje sporo miejsca, inaczej będzie kopać nas po plecach. Dlaczego? Ponieważ prostuje nogi.
  4. Niskie i przewidywalne koszty utrzymania – dzieci to skarbonka, po co sobie dokładać nagłych rachunków. Stąd zabraknie aut dla osób z grubym portfelem – pojawią się ich tańsze zamienniki.

Skoro znamy warunki brzegowe czas na prezentację. Celowo podzieliłem rynek na segmenty cenowe: tanio – do 20k zł, środek 21-50k, górna półka 51-80k. Wymieniam na niej tylko samochody używane, kilkuletnie.

Tanie auta dla dużej rodziny. Tanio znaczny silnik z LPG lub diesla. W tej kategorii zawieramy sporo kompromisów. Zwłaszcza biorąc pod uwagę wyeksploatowanie i/lub osiągi.

VW Passat B5. 1.9 TDI lub 1.6/2.0 LPG. Nieśmiertelny, dla niektórych jedyny słuszny wybór. Wielki, prosty, niezniszczalny, superkombinacja. Przewiezie ekipę budowlańców z maszynami, przewiezie i rodzinę 2+3. Z jednym zastrzeżeniem – zero dziwnych silników (np. 1.8T +gaz), szukamy dobrego stanu technicznego. Nie zamieniamy na Audi A4, które choć kusi prestiżem czterech pierścieni nie dorasta młodszemu bratu do pięt wymiarami wnętrza i bagażnika. Do tego wielowahaczowe zawieszenie może nas zniszczyć, zwłaszcza na gorszych drogach.

Citroen C5. Wielkie wymiary, niezłe silniki 2.0 z gazem i wieczne HDi (też najlepiej 2.0). Niższa cena, wygodniejszy. Ew. zamienić na vana – Xsara Picasso (nie mylić ze zwykłą Xsarą), zachowując silniki. Kiedyś symbol ekstrawagancji – dzisiaj całkiem niezłe auto użytkowe.

Alternatywy? Zafira II, Touran I. Oba minivany ze sporymi bagażnikami.

Auta środka. Tutaj już możemy poszaleć. Albo wiekiem, albo oryginalnością.

Dacia Lodgy. Pierwszy i ostatni minivan Dacii. Nie przyjął się na rynku, a szkoda. Już niezłe diesle (1.5 Dci). Mnóstwo miejsca w środku. Wada? Trudno wyjąć fotele. I to byłoby na tyle. Tanie naprawy, mało pali, czego chcieć więcej? Może prestiżu. Jeśli tak, to zmiana frontu. Dustera nie polecam – okaże się za ciasny.

VW Touran II. Nowocześniej, lepiej, więcej miejsca. Wzorzec vana jeśli odrzucimy dziwne 1.4TSI. Znacznie lepiej wyjdzie 2.0 TDi na common railu. Zafira III da nam podobne odczucia i mniej prestiżu. Wybierzmy 1.4T, ale uważajmy na skrzynie nmanualne – lubiły się psuć. Ew. zamienić na Caddy – jeśli ktoś chce przestrzeni, a akceptuje spartańskie wnętrze i marne osiągi (zdławione silniki).

VW Passat B8, Skoda Octavia III, IV, Skoda Superb II, III – kto chce elegancji porzuci vany i wybierze klasyczne kombi. Ogromne bagażniki (ok. 600 l), dobre prowadzenie, wygoda. Mijamy niefartowne serie jak Passat b6 (dramat), b7 (fatalne diesle), skoro za 40k możemy mieć elegancką b6 z dieslem 1.6. Jeździłem takim – poza autostradą super. Koncern WAG miał niezłe motory 1.5 TSI, 2.0 TDI. I tego się trzymajcie.

Ciekawą alternatywą mogą okazać się Mercedesy B-classe, ale te z drugiej serii. Co jeszcze? Dla odważnych (i posiadających rezerwy) E-klasse W 212 w kombi z dieslem. Marzenie, aczkolwiek uważajcie, łatwo o minę. Z uwagi na drogie wpadki odradzam Volvo XC60, wszelkie BMW, Audi. Zresztą – premium (może poza A6) nie stawia na wielkość. Zapomnijmy o Renault Lagunie (dziwny kształt bagażnika), Scenicu (za delikatne zawieszenie) i wielu innych. Trzymajmy się sprawdzonych wzorców.

Górna półka. Daje poszaleć, ale tu tkwi pułapka. Bo skoro wybór ogromny, łatwo o minę. Taką okażą się np. wszelkie auta amerykańskie. Blogowy miłośnik USA – Jan, polecał np. Jeepa. Świetnie, pięknie, tylko albo dostajemy wielki wóz z ciasnym wnętrzem (uwaga – Amerykanie mierzą bagażnik do dachu – ich 800 l to czasem ledwie 400 l), albo mega nietypową skarbonkę. Odrzucamy (z bólem serca, przyznam) stare Porsche Cayenne, najtańsze Panamery rocznik 2010 z USA, BMW 5er itd., a nawet 750 (urywające się wałki rozrządu). Zapominamy o syrenim śpiewie X3, wszelkich SUV-ów premium. Tam płacimy za modę, a nie cechy użytkowe. Ponarzekałem – czas na wybór.

Skoda Karoq lub Kodiaq. Technika jak w Passacie czy Octavii, więc silniki niezawodne. Kształt SUV-a, ale spore wnętrze i bagażnik. Łatwość odsprzedaży, aczkolwiek za 80k kupimy auto starsze i ze sporym przebiegiem (Kodiaq). Stąd – powtarzam to wiele razy – lepiej wziąć niemodne kombi. Uzyskamy lepszy współczynnik cena/wiek/zużycie.

Audi Q5. Wisienka na torcie. Szczerze mówiąc, gdybym miał wybrać starszą Q5 z nietypowym silnikiem albo wielkim przebiegiem, biorę w ciemno Superba Kombi. Ale nie każdy myśli w ten sposób. Niejeden wybierze markę przed jakością i… potem żałuje.

Czy dodalibyście coś jeszcze?

Bezpieczeństwo ponad wszystko. Czy taka inwestycja istnieje?

Czy wiecie, że jest na rynku produkt, który daje gwarancję zysku? Nie zachowania kapitału (braku straty), ale zysku. Niezależnie, czy jesteście młodzi czy starzy, doświadczeni czy początkujący. Znacie matmę, czy dostaliście z niej dwójkę na maturze. Do tego dostępny na wyciągnięcie ręki. Inwestowanie w niego zajmie Wam 5 minut miesięcznie. Dzisiaj płacą 6.5% (minus podatki, albo i bez nich, jeżeli masz IKZE lub IKE) przy inflacji na poziomie niespełna 3%. Zero prowizji. Zgadliście już?

Czy życie może być prostsze? Kupujemy w jednym opakowaniu: bezpieczeństwo, prostotę i kapkę chciwości.

A argument społeczny? Dostępny dla każdego. Nietrudno go zrozumieć. I wielu go zna.

Teraz odrobina matematyki. Czy wiesz, że zyskując realnie 2% nad inflację (powiedzmy sobie szczerze, nie zawsze będzie tak dobrze, jak dziś) nie tylko zachowujemy kasę, ale i zarabiamy. Nigdy nie stracimy, czyli nie doświadczymy obsunięć kapitału. Idealnie.

Po 10 latach, dzięki procentowi składanemu, z inwestycji 1000 zł miesięcznie, przy ochronie (tarczy podatkowej) osiągniemy realnie (czyli z uwzględnieniem zachowania wartości pieniądza) – prawie 133 tys. zł. Nominalnie (zakładając nieco gorsze warunki czyli średnio 5%/rok) – prawie 156 tys. zł.

A po 40 latach? Tyle wynosi okres oszczędzania na emeryturę. 1.53 mln zł przy 5% i 735 tys. zł realnie (dzisiejsza wartość pieniądza). No właśnie, ile tej prywatnej emerytury dostaniemy?

Znowu, łatwo policzyć. 1.53 mln x 5% = 76,5tys. zł/rok i 6370 zł/m-c.

Realnie – 735.000 x 4% (nie przejmujemy się utratą wartości lecz stosujemy tzw. rachunek FIRE) – 29.400 zł/rok i prawie 2500 zł co miesiąc.

W tym miejscu, żebyście mieli czas chwilę odetchnąć, pokażę Wam wyliczenia ZUS. Trzydziestoletni przedsiębiorca, odprowadzający składkę 19,76% od 60% średniej pensji musi teraz zapłacić 2000 zł/m-c. Obiecują mu emeryturę minimalną, czyli 1800 zł. Wy, płacąc o połowę mniej, dostaniecie 40% więcej i to jeszcze z zachowaniem dziedziczenia.

Król prostoty i bezpieczeństwa został wybrany. Jak się nazywa?