Czy ZUS to najlepsza inwestycja? Nawet najlepsi mogą się pomylić.

Na portalu Gazeta.pl ukazał się wywiad z Maciejem Samcikiem https://weekend.gazeta.pl/weekend/7,190550,30707855,jak-oszczedzac-na-emeryture-samcik-jest-inwestycja-na.html . Czytając go miałem mieszane uczucia. Z jednej strony ten dziennikarz zrobił więcej dla idei oszczędzania w Polsce niż wszyscy blogerzy finansowi razem wzięci, z drugiej – padają tezy, z którymi nie sposób się zgodzić. W tym podstawowa podana w tytule wpisu (cytuję fragment w całości): „ZUS świetnie waloryzuje pieniądze. Przy założeniu, że nie będzie katastrofy i wypłaci nam pieniądze w ich realnej wartości, to nie ma lepszej inwestycji. Waloryzacja w ZUS-ie jest znacznie wyższa niż inflacja. Gdybyśmy miesięcznie pieniądze, zamiast wpłacić do ZUS-u, nawet nie tylko odłożyli na konto, ale inwestowali, to i tak byłoby bardzo trudno zarobić na nich tyle co w nim. To jest jeden argument, żeby być w ZUS-ie.”

I tu dochodzimy do sedna, czyli rozkładamy myśl na czynniki pierwsze.

Pierwsza pomyłka. „ZUŚ świetnie waloryzuje pieniądze.” Otóż nie. ZUS nie waloryzuje żadnych pieniędzy, bo ich nie ma, gdyż wpłacane składki wydaje na bieżąco, domagając się dopłat z budżetu (już teraz składek nie starcza na emerytury). Tym różni się od firm ubezpieczeniowych, banków itp. ZUS nie gromadzi pieniędzy. Jedyny majątek, to jego aktywa trwałe (budynki, działki, wyposażenie), ale nie jest on przeznaczony na wypłatę emerytur. Waloryzacja=obietnica. Wprawdzie od 1999 r. wychodzi nam prawie x 7,33 (czyli 750 zł zwaloryzowali na 4700), ale w porównaniu z wieloma nieruchomościami – bez rewelacji.

Pomyłka druga. „Przy założeniu, że nie będzie katastrofy i wypłaci nam pieniądze w ich realnej wartości, to nie ma lepszej inwestycji.” Ta pomyłka zawiera dwa błędy: logiczny – przyjęcie jako założenie sytuacji oczywiście niemożliwej (a jak wiemy z fałszywego założenia nie może wynikać prawdziwy wniosek) i metodologiczny – uznanie składek emerytalnych za inwestycję. Po kolei. Wartość logiczna tezy pozostaje w równym sensie prawdziwa co takie zdanie „Przy założeniu, że słoń jest rybą, okazuje się jedyną rybą posiadającą długą trąbę”. Wszyscy wiemy, że słoń rybą nie jest. Wszyscy wiemy, że katastrofa nadejdzie, a nawet już jej doświadczamy. Otóż, wspomniana przez p. Samcika w wywiadzie „katastrofa demograficzna” wydarza się dziś. Modele pokazują – ten system nie ma szansy się utrzymać, chyba że zdarzy się cud i stopa zastąpienia z obecnych ok. 1.1 skoczy do 2.1. Przy takich warunkach jakie guru oszczędzania podaje (za 20-25 lat na jednego emeryta półtora pracującego), wartość nabywcza emerytur będzie groszowa. Waloryzacja nie utrzyma realnej wartości wpłat, a co mówić o ich wyjątkowo korzystnej waloryzacji. Sam ZUS to przyznaje. Po cichu (w prognozach emerytalnych, a nie artykułach), ale zawsze. Otóż zapowiedział mi emeryturę ok. 82% średniej pensji przez kilkanaście lat (bo tyle średnio żyje mężczyzna) po 42 latach odkładania 32 % dzisiejszej średniej pensji. Tłumacząc na logikę: włożę 162 średnie pensje, wyjmę 118. Świetny wynik, prawda? Wyjmę realnie, mniej niż włożyłem. Krótko mówiąc, otrzymam prognozowane 10k zł (ja) tylko będą one wartości dzisiejszych 5 tys. zł. Ale to nie wszystko.

A jest jeszcze błąd merytoryczny – nazywanie ZUS-u inwestycją. Otóż, nie. To nawet nie jest lokata kapitału. Decyduje o tym kilka cech:

  • przymusowość czyli niedobrowolność,
  • niewycofywalność,
  • zależność wyniku od decyzji państwa, a nie zdarzeń losowych,
  • słaby wynik (o czym powyżej – wkładając 162 wyjmuje 118 średnich pensji).

Jak wiecie, inwestycja nie może być przymusowa. A składki ZUS – są. Odprowadza je pracodawca (albo my sami). Niezależnie od naszej oceny skuteczności w pomnażaniu kasy, nie możemy jej wycofać. Tu nie chodzi o brak płynności, brak ofert nabycia aktywów, spadających cen, bankructwa – po prostu nie da się i koniec. Znacie drugą taką inwestycję? Poza piramidą finansową i innym oszustwem.

Wysokość wypłaty z inwestycji określa rynek. Może się mylić. Możemy stracić. A w ZUS emeryturę oblicza nam państwo na podstawie własnych, zmienianych zasad. Policzy inny algorytm i zamiast 82% wynagrodzenia średniego, dostanę 41%. I nic nie będę mógł z tym zrobić.

Wreszcie, inwestycją określana jest taka aktywność, która zakłada wzrost realnej wartości w czasie. ZUS tego nie zakłada, niezależnie do zapłaconych raportów i myślenia życzeniowego. Podaje mi wprost – ze składki 32% średniej pensji przez 42 lata, dostanę 82% średniej pensji przez statystyczne 12 lat. Wynik podałem wyżej 162 z włożonych 118.

Teraz zastanówmy się – dlaczego red. Samcik opowiada nam takie niestworzone historie. Szczerze? Nie wiem. Może chce pomóc rządowi, który popiera. Albo prezentuje przywołane wyżej myślenie życzeniowe. Sam zbliża się do emerytury i chce wierzyć w system (z zachowaniem wszelkich proporcji – jak Niemiec w Hitlera jesienią 1944). Przy czym, jeżeli pan Maciej robił to (najprawdopodobniej tak było), do czego namawiał, powinien mieć sporą pulę oszczędności (jest starszy ode mnie, więc dłużej oszczędzał, no i zarabiał lepiej). Nie powinien zatem żyć złudzeniami. Osobiście ich nie mam. Wypłatę z ZUS-u traktuję jako „starczą rentę” czyli środki, które nie pozwolą mi zginąć z głodu. Nic więcej. Takie dzisiejsze 2,5 tys. zł netto. Oby.

I ostatnia omyłka „Gdybyśmy miesięcznie pieniądze, zamiast wpłacić do ZUS-u, nawet nie tylko odłożyli na konto, ale inwestowali, to i tak byłoby bardzo trudno zarobić na nich tyle co w nim.” Nie i jeszcze raz nie. Otóż, sięgnąłem do archiwów systemu. W 2000 r. odprowadziłem składek emerytalnych ZUS w sumie od ok. 120% średniej krajowej. Czyli ca. 20% z 23 tys. zł. 4600 zł. W następnym roku kupiłem działkę budowlaną wartą 19k. Środków ze składek starczyłoby na 1/4 udziału. Potem wielokrotnie obracałem tymi pieniędzmi. Dzisiaj są warte 130 tys. zł (gdybym zachował działkę – ok. 100 tys. zł). I sprawdźmy skumulowaną waloryzację ZUS w tym okresie. Wychodzi mi wartość 29.200 zł. 1/5 wartości moich wyników. Ba gdybym trzymał działkę miałbym 100 tys. zł a nie 29.200 zł. I zapłaciłem zero podatku i składki zdrowotnej. Dalej chcemy opowiadać o dobru systemu?

Co więcej, odkryłem jeszcze jedną prawidłowość. Ta waloryzacja miała się nijak do wyników rynkowych i gros przypadało w okresie po 2020 r. Np. w 2024 r. waloryzacja wyniosła ponad 14%, a inflacja ok. 5%. Wcześniej było inaczej. W 2002 r. waloryzacja 1,9% przy dokładnie takiej samej inflacji. Wniosek – im gorzej system się zadłuża, tym bardziej pompowana jest bańka. Klasyczna piramida finansowa. Nie wolno tak mówić? Niech ZUS mnie pozywa.

4 komentarze do “Czy ZUS to najlepsza inwestycja? Nawet najlepsi mogą się pomylić.”

  1. System emerytalny w wersji podstawowej jest dziurawy i dodatkowo obciążony wypłatami dla grup uprzywilejowanych ale jest to rodzaj umowy społecznej. Mimo wad niezbędny do funkcjonowania współczesnych, demokratycznych państw. Oczywiście powinien być modyfikowany, ale jednak musi istnieć w imię solidarności społecznej.
    I nie ma co tu liczyć opłacalności, bo dla klasy średniej zawsze będzie obciążeniem a nie zyskiem.

    1. Jestem w stanie zaakceptować rodzaj umowy społecznej – minimalna emerytura dla każdego, kto przepracował np. 20-25 lat. Wszyscy płacą składkę od dochodu (nierówną) i jest ok. Ale z drugiej strony, opowieści, jaki ten system okazuje się pewny, niezawodny, sprawiedliwy a w przypadku podlinkowanego artykułu, także korzystny, niezmiernie mnie irytują, ponieważ polegają na wciskaniu kitu aka opowiadaniu bajek. Wiadomo powszechnie, że wraz z katastrofą demograficzną, pewny przestaje być za jakieś 20 lat, nie da się mówić o sprawiedliwości, gdy jeden płaci składkę 170 zł/m-c, a drugi 1800 zł i obaj jako 65-latkowie dostają tyle samo (a za 20 lat napiszemy o składce 170 zł kontra 3000 zł wg dzisiejszej realnej wartości i pewnie 67-70 latach), zaś trzeci nie płaci nic (vide: małżonka prezydenta) i w wieku 38 lat otrzyma 4000 zł emerytury. O korzyściach był cały ten wpis.
      W maksymalnym skrócie – klasa średnia musi minimalizować składki (np. korzystając z minimalnego ZUSu, wakacji, okresów nieskładkowych, działalności nierejestrowanej, podwójnego KRUS-u), ale jednocześnie te oszczędności intensywnie oszczędzać i inwestować, żeby kiedy nadejdzie czas, nie biedować i nie liczyć na łaskę państwa. Bez tych prób zmniejszenia obciążeń, wielu przedstawicieli dolnej części klasy średniej (czyli zarabiających po 5k/m-c) zwykle na dodatkowe oszczędzanie zwyczajnie stać nie będzie.

      1. Dokładnie tak- klasa średnia zarabia zbyt mało a jej obciążenia fiskalno-emerytalne są relatywnie % największe.
        Dlatego optymalizacja i oszczędzanie.
        Zresztą to klasa średnia ma utrzymać z jednej strony duży socjal dla tzw. klasy niższej a z drugiej przywileje podatkowe ( fundacje, spółki zagraniczne) klasy wyższej i darmowe emerytury dla grup uprzywilejowanych.
        Zycie…

        1. I dlatego klasa średnia ma jedno wyjście – zaprzestać śnienia bajecznego snu o minionych czasach, które nie wrócą. A przy okazji zastosować metody właściwe klasie niższej (socjal, unikanie dodatkowych obowiązków bez pieniędzy, korzystanie z dobrodziejstw państwa opiekuńczego oraz zaprzestanie głupiego wydawania pieniędzy na zakupy statusowe) oraz wyższej (agresywna optymalizacja podatkowo-składkowa: ulgi, wybór korzystnej formy zatrudnienia, planowe lenistwo). Wtedy i tylko wtedy, politykom zabraknie pieniędzy i będą musieli weryfikować przywileje i opodatkować bogatych lub zmniejszyć socjal klasie niższej. Wymaga to dramatycznej zmiany paradygmatu.

Skomentuj Bartek Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *