Praca „poważna” i „niepoważna”

Jak pewnie zauważyliście, komentarze Bartka „zmuszają” mnie do przemyśleń, a w efekcie rozwijania odpowiedzi we wpisy. Tak było i tym razem, gdy w nawiązaniu do opowieści o pewnej mieszkance Warszawy, zarabiającej marnie w niszowym zawodzie, ale utrzymującej się z odziedziczonych/darowanych mieszkań.

Przedstawił koncepcję pracy „na poważnie”/”poważnej” , biorąc wprawdzie przysłówek/przymiotnik w cudzysłów, znowu skłonił mnie do refleksji o roli/sensie/celu pracy w powszechnym rozumieniu.

Otóż pracę „na poważnie” rozumieć można na kilka sposobów:

  1. przynosząca rozsądny dochód (powyżej średniej – a średnie mogą istnieć różne),
  2. wykonywana ze 100% zaangażowaniem,
  3. prestiżowa,
  4. rozsądna tzn. poważana społecznie.

Biorąc pod uwagę każdą z tych koncepcji – praca scenografa alternatywnego teatru, może mieścić się w pkt 2. Płacą słabo, prestiż niewielki, podobnie jak poważanie społeczne. Nie to co lekarz, przedsiębiorca itp.

Znam trochę podejście Bartka i wiem, że cudzysłów nie pojawił się przypadkowo, miał właśnie wywoływać zastanowienie. Bo gdybyśmy patrzyli na wszystkie te kryteria, większość potrzebnych zawodów, nie znalazłoby się jako „poważne”. Na pewno nie o to chodziło. Z drugiej strony, godząc się na punkt pierwszy (wyłącznie dochód), złodziej, prostytutka, sutener albo polityk musiałyby być uznane za wykonywane „na poważnie”. A tak nie jest.

Tak więc raczej problem leżał chyba w 100% wejścia w etat. Mając kasę z dochodu pasywnego, siłą rzeczy oceniamy, co można i co warto. Wielu sytuacji nie tolerujemy i mówimy adieu. Z kredytem na karku, raczej przesuniemy granicę albo pozwolimy je przesuwać innym. Stąd piosenka o oszczędzaniu i inwestowaniu opowie także o innych dziedzinach życia niż tylko portfel, styl życia czy finansowe wybory.

A może, Bartek miał na myśli opozycję „praca dla kogoś”/”praca dla siebie” i tylko ta druga, przy pewnych zasobach, gwarantujących miękkie lądowanie, warta jest 100% zaangażowania? Niewykluczone. Sam zacząłem to tak odbierać. W pracy etatowej chodzi o sprzedawanie czasu za pieniądze. Jeśli oferowana cena przestaje być atrakcyjna, szukamy innego miejsca. Ale aby tak zrobić potrzebujemy liny (oszczędności i dochodu pasywnego). Na swoim – idziemy w trupa, czyli do końca, bo inny pracodawca/etat na nas nie czeka. Jeśli poniesiemy porażkę – tracimy znacznie więcej. I jeszcze jeden aspekt. Własna działalność (praca dla siebie) nie polega (na co zwrócił uwagę w „Bogatym ojcu, biednym ojcu” Robert Kiyosaki), na sprzedawaniu czasu za pieniądze. W swojej firmie, czasem długo nie zarabiamy nic, a potem dochód wystrzela w kosmos. Zresztą w wielu wypadkach go nie przewidzimy (np. nie zapłaci nam duży kontrahent) i z kasy nici. Taki scenariusz na etacie wystąpi rzadko (i jest ścigany przez PIP).

Na koniec ważna różnica, na którą zwrócił mi ostatnio uwagę mój przyjaciel – góral: ludzie wykształceni idą do pracy, niewykształceni – do roboty. W wielkich miastach uprzedmiotowienie pracowników dawno zatarło taki podział.

8 komentarzy do “Praca „poważna” i „niepoważna””

  1. Każdy, kto podejmuje pracę u kogoś powinien uświadomić sobie, że „sprzedaje” komuś tak naprawdę ponad 25% swojego życia( 8h dziennie w dni robocze plus przygotowanie się do pracy, dojazdy).
    Jeżeli zatem praca ma nam przynosić stres, brak rozwoju, ograniczać kontakt z dziećmi i dawać wynagrodzenie pozwalające tylko na przeżycie- to nazwałbym to pracą „niewartą”.
    Skoro oddajemy tyle czasu w swoim życiu, to nie ma sentymentów. Uśmiech prezesa, karta na siłownię czy duma z poczucia „przynależności” do znanej firmy nie są warte… straty naszego czasu właśnie.
    Swoja działalność to 100% zysku ( ale i strat) dla nas. Pełna odpowiedzialność. Zabawa dla ludzi, którzy nie boją się żyć na swój rachunek.

    Podoba mi się to, że Autor bloga stara się świadomie maksymalizować swoje dochody ograniczając jednocześnie czas poświęcony na pracę dla kogoś ( w przyszłości niedalekiej z pewnością do zera).

    1. Tylko przeważnie otrzymywanie wysokiego wynagrodzenia wiąże się ze stresem, praca (lub zaangażowaniem) dłuższym niż te 8h, ograniczonym kontaktem z bliskimi. Nic za darmo.

      1. Są na szczęście tzw. błędy w Matrixie. Dzisiaj „wystarczająco wysokie wynagrodzenie” można otrzymać za prostą pracę, którą
        a) wielu nie chce wykonywać (przywoływany przeze mnie właściciel firmy wywożącej ścieki),
        b) niewielu umie wykonywać (stolarz czy inny rzemieślnik).
        I niekoniecznie wiąże się to ze stresem i dużymi dawkami pracy. Natomiast tak jak napisałem, ten moment to błąd systemu, zobaczymy czy zostanie skorygowany.
        Poza tym „stres” oznacza indywidualne predyspozycje. Znam ludzi wykonujących zawody biurowe, których paraliżował strach przed pomyłką (np. księgowy, notariusz) do tego stopnia, że szli do prostych prac pod nadzorem. Dopiero wtedy oddychali. Innych stresuje kontakt z ludźmi, paraliżują odmowy itp.

        1. Znam przypadki że swojego otoczenia kiedy to ludzie rezygnowali z pracy z dnia na dzień (może było to konsekwencja dłuższych przemyśleń) bo uznali że nie warto tkwić w „bagnie”. Sam mam czasem pewne wątpliwości co do mojej bytności w obecnej firmie. Z jednej strony często męczy mnie psychicznie, z drugiej bardzo ja jednak lubię. Wydaje mi się jednak, że coraz bliżej do jakiejś radykalnej zmiany (może schyłek branży??). Nie wiem co będzie dalej, jednak mam tu sporo plusów, których nie będę miał nigdzie indziej. Dodatkowo pozwala mi na duże zarobki i bardzo spore comiesięczne oszczędności. I teraz druga rzecz, trzeba zacząć inwestować to co się odłożyło ale pomysłu wciąż brak..

          1. Czyli sprzedajesz dobrze czas, skoro masz duże zarobki i jeszcze odkładasz.
            A zmęczenie psychiczne- zdarza się też z innych powodów.

          2. Sprzedawanie dobrze czasu miewa sporo zalet i wbrew pozorom nie jest takim głupim rozwiązaniem. O ile ma jakiś cel i horyzont czasowy. W przeciwnym razie zmienia się w chomiczy kołowrotek.
            Natomiast dość często zdarza się (nie dotyczy to Marka, bo ma oszczędności), że po 10-20 latach sprzedawania dobrze czasu, pacjent znajduje się dokładnie w tym samym miejscu. Może zaliczył parę fajnych wyjazdów, może kupił sobie gadżety, ale nadal jako 30-40-50 latek jest 3 wypłaty od bankructwa.

          3. Zdecydowanie nie warto tkwić w bagnie. Taki stan już po miesiącu/dwóch drastycznie obniża produktywność. Natomiast jednak odróżniałbym bagno od wątpliwości. Bagno oznacza sytuację, gdy naruszane jest prawo, występują czynniki szkodliwe dla zdrowia, albo zwyczajnie przez złe zarządzanie firma stacza się po równi pochyłej.
            Nad zmęczeniem psychicznym też zastanowiłbym się. Jakby głupio to nie zabrzmiało, czasem wystarczy dłuższy urlop albo L4, żeby spojrzeć z innej perspektywy. Jeśli nic się nie zmieni po 2-3 tygodniach masz prawdopodobnie syndrom wypalenia. I tu już 2-3 tygodnie wolnego nie wystarczą. Faktycznie trzeba radykalnych ruchów. Mnie osobiście ostatni czas (o co chodzi wkrótce napiszę) uświadomił, proste reguły rządzące firmą, a kiedy już je zrozumiałem, rozpocząłem proces reakcji.
            Dlatego krótka rada – jeżeli nie masz do czynienia z naruszaniem prawa (mobbing, zmuszanie do działań nielegalnych),a tylko brakiem poczucia sensu, wziąłbym 5-6 tygodni wolnego, i po 2-3 zaczął zastanawiać się nad swoim miejscem pracy. Co mogę zmienić, na co nie mam wpływu.I działać na tym polu, które zmianom podlega (typowe w korpo: nie mam wpływu na procedury, ale mogę przestać wychylać się, bo wtedy dostaję ekstra pracę bez pieniędzy). Na koniec zawsze da się zmienić miejsce pracy, albo otworzyć coś swojego, co gorąco polecam.
            Wreszcie oszczędności i inwestycje. Zacznij od małych kwot. Giełda. W ten sposób zyskujesz pewność siebie. Jeśli dobrze rozumiesz biznes, własna firma.

    2. Masz rację. To uświadomienie sobie staje się punktem startowym. Kto wie, że sprzedaje czas, w dodatku cenny, nigdy nie będzie słuchał tych opowieści, czym jest praca i jakie wartości niesie. Z wiekiem nabiera się dodatkowo przekonania, że tego czasu dano nam coraz mniej, więc nie ma sensu marnować go „dla idei”. Dochodzi do tego także jeszcze jeden aspekt – umowa o pracę to umowa z 3m terminem wypowiedzenia, nawet jeśli nazywa się „na czas nieoznaczony”. Konstatacja „od braku dochodu dzieli mnie kwartał” ma ożywcze działanie dla każdego, kto przejdzie przez ten etap. Bo kolejne stanowią odpowiedzi na pytania:
      1) Ile mam własnych pieniędzy, gdybym dłużej pozostał bez pracy?
      2) Jaka jest moja wartość na rynku?
      3) Co zrobić, żeby zwiększyć własne oszczędności i wartość?
      wreszcie, dla wyjątkowych kombinatorów:
      Jak zhakować system, żeby nigdy nie być zależnym od pracy dla kogoś.

Skomentuj Marek Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *