Opowieść o człowieku, który bał się ryzyka.

Dzisiaj czas na smutną historię. Po prawdzie, podobnych życiorysów widziałem wiele. Opowiem Wam o człowieku, który panicznie bał się ryzyka, a jeśli w końcu je podejmował, robił to źle, ryzykując w obszarach nad którymi nie posiadał żadnej kontroli. Startujemy.

Wybór kobiety. Nasz bohater jako dwudziestolatek poznał na domówce pewną dziewczynę. Nie była specjalnie ładna (no dobrze – wręcz uderzająco brzydka), ale zainteresowała się nim. Wprawdzie już przed ślubem zdradzała objawy lekkiej paranoi, właściwe dla chorobliwie zazdrosnej kobiety, ale miała też zalety: perspektywiczny zawód. No i kochała na zabój. Nic nie ryzykując, wzięli ślub.

Koszmar zaczął się już parę lat później. Jakikolwiek kontakt zawodowy z inną kobietą, nawet nie młodą i piękną, wywoływał sceny. Wszystko w domu musiałoby być tak jak żona chciała, wybierała wszystko od koloru krawata (obrzydliwe!) do przeznaczenia pieniędzy. Zamieszkali z jej rodzicami , w starym domu na wsi, i zamiast pójść na swoje ładowali pieniądze w cudzy budynek, jedynie za obietnicę przepisania.

I teraz uwaga doświadczonego człowieka. Planując małżeństwo nie można patrzeć wyłącznie rozumem. Trzeba dobrać sobie partnerkę/partnera o co najmniej miłej powierzchowności, a przede wszystkim charakterze. Związek z sekutnicą/tyranem nie może okazać się szczęśliwy, ponieważ, gdy jedna strona traktuje drugą jak własność, budzą się demony. Dlatego akurat życie osobiste stanowi ten obszar, w którym wręcz należy podjąć ryzyko. Nie mówię o związaniu się z pustakiem, ale myślenie „ładna, to same kłopoty, wolę zostać z brzydką” prowadzi do nieszczęścia. Jak w tej historii.

Praca. Tutaj akurat podjęto niekontrolowane ryzyko. Obejmując w strukturze korpo stanowisko dość eksponowane i zależne od łaski zarządu, można, jak mawiał Pawlak „z większym hukiem zlecieć”. Co więcej, zanim ta decyzja została wdrożona w życie, padła propozycja – sfinansowanie szkolenia eksperckiego, po którym pensja wyniesie nieco tylko mniej niż dyrektorska, a będzie praktycznie pewna. Wybrano (żona z pkt 1 wybrała) prestiż i nowe drzwi do domu teściów.

Na efekty czekano 15 lat. Zmienił się główny akcjonariusz, wymieniono zarząd i naszemu nie-ryzykantowi podziękowano. Wrócił na posadę za średnią krajową, na podjęcie nauki było już za późno – 10 lat do emerytury, kursy podrożały, a i głowa nie ta. Jako ekspert zarabiałby spokojnie 250% przeciętnego wynagrodzenia.

Auto. Także w tym obszarze, nasz bohater wykazuje się daleko idącą awersją do ryzyka. Po co jakieś piękności, skoro można wybrać klasykę? Nigdy nie spróbował kabrioleta, 4×4, wozu sportowego. Ba, nawet kombi czy SUV wydawały się zbyt ekstrawaganckie. Wybierał do bólu przewidywalnie: Opel Astra, Volkswagen Golf, Toyota Corolla.

Podatki. Ważny element układanki. Kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana. Praca etatowa – najwyżej opodatkowana, wydaje się najgłupszym wyborem. Zero ulg – bo jeszcze każą zwracać. A efekt – dochód opodatkowany na poziomie 50%.

Inwestycje. Wreszcie, w końcu to blog o pieniądzach. Dylematy inwestycyjne bohater opowieści rozstrzygał podobnie jak większość. Typowo, standardowo. Nigdy nie wziął kredytu na zakup choćby mieszkania, wolał przy teściach, co spowodowało potem konieczność spłaty w rodzinie (żona nie była jedynaczką). Nie ryzykował w akcjach ani funduszach. Lokaty, obligacje, nawet gdy przynosiły ten zawrotny 1% minus podatek Belki. W ten sposób zgromadził niewiele.

Finał: Skutek? Notoryczne życie bez radości (i z wredną żoną), ze skromnymi oszczędnościami i stresie, popsuło zdrowie i wyhodowało drugiego Golluma. Podsycana przez małżonkę zawiść, dawała znać w postaci braku przyjaciół, lecz tylko kolegów z korpo. Kiedy spadł ze świecznika, na którym wielu bezinteresownie dokuczył, mało kto podawał mu rękę. Powszechnie go nienawidzono. Na emeryturę przejdzie z finansami znacznie poniżej możliwości. Stary dom po teściach, kilkuletnie auto i dzisiejsze 100 tys. zł na lokacie, ot przeciętny zjadacz chleba.

Dlaczego tak smutno? Ponieważ znałem tego faceta jako pełnego życia dwudziestolatka. Z przerażeniem patrzyłem jak się zmienia. Jak osobiste nieszczęście (małżeństwo) zmienia go, zarówno psychicznie (zgorzknienie, cynizm, zazdrość, brak marzeń) jak i fizycznie (fizjonomia urzędnika z nowelek Prusa, tanie szare garnitury). Co zawiniło? Strach przed ryzykiem, przekonanie, że lepiej niewiele zyskać niż podnieść prawdopodobieństwo istotnej straty. Czasami odwiedzam go w małym, ciemnym pokoiku, schowanym w biurowcu na 1200 osób. Pijemy kawę i wspominamy stare czasy. Wychodzę chory, bo on już nawet nie potrafi wspominać bez cienia goryczy.

4 komentarze do “Opowieść o człowieku, który bał się ryzyka.”

  1. Co do spełnionego życia zasadniczo sprawdza się zasada : „no risk no fun”.
    Ale często jest też tak, że „kto za dużo ryzykuje, nie pije szampana”.
    :-).

    1. Zdecydowanie jestem zwolennikiem tej pierwszej. Uważam permanentny brak ryzyka za spory błąd i drogę do życia, dobrze to ująłeś, niespełnionego.
      Przy czym ryzyko należy kontrolować, ocenić, co sprawdza się zarówno w wyborach zawodowych, jak i osobistych (np. wspołmałżonek).

  2. Świetny wpis! Poruszyłeś bardzo ważny temat. Strach przed ryzykiem często nas paraliżuje i uniemożliwia podjęcie działań, które mogłyby przynieść nam wiele korzyści. Wydaje mi się, że ludzie często wyolbrzymiają potencjalne negatywne konsekwencje, a nie doceniają możliwych zysków. Konsekwencje rzadko są takie straszne jak sobie wyobrażamy. Czasami warto zaryzykować, wyjść ze swojej strefy komfortu i spróbować czegoś nowego. Nawet jeśli poniesiemy porażkę, to możemy wyciągnąć z niej lekcje, które pomogą nam w przyszłości.

    1. To chyba Mark Twain powiedział, że jest już wystarczająco stary, by mieć świadomość tego, iż większość rzeczy których się obawiał nigdy się nie wydarzyła.
      Nawet w psychologii istnieje coś takiego jak zaburzenia lękowe – podobno coraz powszechniejsze w pokoleniach hodowanych pod kloszem.
      A jest tak, jak piszesz – porażki wpisane są w nasze życie. Trzeba umieć wyciągnąć z nich wnioski i iść dalej. No i odróżniać tragedie od zwykłych potknięć, o których za 10 lat nawet nie będziemy pamiętać.

Skomentuj Oszczędny Milioner Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *