Dobra rada starego pracownika. Stwórz połączenie pomiędzy produktywnością a dochodem.

Całkiem niedawno przeprowadziłem rozmowę z jedną z moich koleżanek z pracy. Dziewczyna ma doskonałe efekty – dokładnością, trzymaniem się deadline’ów, bije mnie (i innych) na głowę. Jednocześnie, zarabia znacznie mniej niżby mogła. Samą złości się z tego powodu, ale wpadła w zaklęty krąg. Myślałem i myślałem i jako stary pracownik wpadłem na pomysł jak sobie z tym radzić. Opracowałem program „5 kroków do zarabiania tyle, na ile zasługujesz” . Uwaga!!! Przeznaczony jest wyłącznie dla ludzi pracowitych, niech nawet nie próbują go tacy lenie, jak ja. Dlaczego? Ponieważ celem nie jest głaskanie wewnętrznego lenia, lecz stworzenie połączenia pomiędzy produktywnością a dochodem – pozytywnego sprzężenia zwrotnego (im więcej pracujesz, tym więcej zarabiasz, więc masz motywację do pracy). Zaczynamy.

Krok 1. Zmniejszaj ilość wykonywanej pracy, aż przełożony zauważy, że pracujesz mniej.

Każdy leń łatwo przeszedłby ten krok. Za łatwo. Tymczasem obowiązkowy perfekcjonista ma problem. Jak to pracować mniej? Jak to czekać na negatywną reakcję przełożonego? No cóż zdradzę Wam pewien sekret – dopóki nie zaczniecie wykonywać 1/2 dotychczasowej pracy – nikt się nie zorientuje.

Krok 2. Jeśli przełożony wymaga raportów, umiejętnie ściemniaj.

Są firmy, w których wymaga się od pracowników raportów z realizacji zadań. Umiejętne ściemnianie w nich stanowi rodzaj sztuki. Osobiście zszedłem do 1/2 czasu i jeszcze nikt się nie połapał, ponieważ liczba czynności spadła o 20%. Jak to możliwe? Nadal nie jestem w ogonie (nie warto być ani w ogonie czyli w najgorszych 20% pracowników, ani w czubie). I jeszcze coś – system liczbowy nie założył, że pracownik z doświadczeniem 5-letnim powtarzalnych w sumie czynności, wykonuje poszczególne kroki 2 razy wolniej niż ten, który ma doświadczenia 10 lat. Stosuje się różne uproszczenia, wiadomo, że sprawdzić wystarczy 1/10 zmiennych, bo w pozostałych 9/10 i tak nie ma błędów. Gdy ktoś wymaga czasu spokojnie mogę wtedy rozciągnąć czynność dwukrotnie, czyli jeżeli pracuję 3 godziny, wpisuję 6 i mało kto się orientuje.

Krok 3. Porównuj się z innymi – negocjuj akceptowalne minimum.

W dużych zespołach znajduje się całe spektrum postaw. Od leni i obiboków do pracusiów. Skoro firma płaci nawet za minimum, wielu mówi, że nie warto robić więcej. Znaleźliśmy punkt przecięcia podaży i popytu pracy. Trzeba tylko metodą prób i błędów starać się osiągnąć.

Krok 4. Uświadom przełożonemu, że „więcej pracy” wymaga nagrody lub podwyżki.

Szansa na podwyżkę z woli przełożonego jest jak Yeti – nikt nie widział, nawet jeżeli istnieje. W rzeczywistości o swoje trzeba nieraz brutalnie walczyć. Każda prośba o podwyżkę musi być uargumentowana wyliczeniami.

Krok 5. Trzymaj się założeń. Dopóki nie będziesz nagradzany, nie zwiększaj ilości pracy. W ostateczności rzuć papierami.

Jeżeli pierwsze cztery kroki nie wystarczą, czas na piąty, dość radykalny. Nie zwiększaj ilości pracy. Rób tyle co wszyscy. Staraj się regulować ilość roboty planowymi nieobecnościami. Zacznij oddawać krew (2 dni wolne), wylecz wszystkie choroby (rekordzistka z mojej firmy – 2 miesiące na bolącą piętę, nie uraz, nie konkretna choroba, po prostu bolało i już). Jeżeli i to nie poskutkuje – rzuć papierami – ten pracodawca/przełożony nie da się zreformować.

8 komentarzy do “Dobra rada starego pracownika. Stwórz połączenie pomiędzy produktywnością a dochodem.”

  1. „Za naszych czasów”- bezrobocie wynosiło w Polsce ok.20%.
    Więc wtedy takie rady byłyby prostą drogą do zastąpienie pracownika.
    Pisałem to w innym temacie- możemy być dumni z tempa rozwoju naszego kraju-w sensie wypracowanego przez 30 lat dobrobytu z którego korzysta spora część społeczeństwa.
    To o czym piszesz- oczywiście w czasach bezrobocia ” higienicznego” – zdecydowanie się sprawdzi.
    Tylko mam wrażenie, że podobnie jak kraje, które po II wojnie osiągały imponujący sukces i dobrobyt ( oparty na kulturze ” zap…..u”), jesteśmy na etapie, gdzie następne pokolenia będą żyły gorzej od nas. ( Oczywiście ci, którzy będą spadkobiercami majątków rodziców tego w swoim pokoleniu jeszcze nie odczują).
    Ale oczywiście tutaj zgadzam się w 100%- pracownika ma -tak jak jego pracodawcę- interesować nie idea tylko maksymalizacja zysków.

    1. Masz rację – kiedyś dokładnie tak wyglądał rynek pracy. A że obecnie przedstawia się inaczej, i rady musiały się zmienić. Kultura zap…u wypaliła się i młode pokolenia całkowicie ją odrzuciły. I dobrze.
      Badania naukowe pokazują jasno – czterdziestoletni martwi zawałowcy przynoszą większą stratę systemowi, choćby dlatego, że łącznie przepracują mniej, niż gdyby pożyli do emerytury.
      Na razie wszystko wskazuje, że następne pokolenia będą żyły gorzej. A powód? Rządy 70-latków, tkwiących mentalnie głęboko w przeszłości, 100 lat temu, albo i dawniej. Już teraz widać tego skutki. Może nastąpi jakaś zmiana, aczkolwiek nawet zapowiedzi nie widzę. Zarówno z prawa, jak i z lewa mamy miałkie, uwikłane w drobne geszefty, lub nieogarniające całości postaci, jak wspominany przeze mnie Mentzen (koncepcja służby zdrowia na wzór amerykański) czy z drugiej strony Zandberg (podatki od wszystkiego, co da się opodatkować). W takich warunkach żadna gospodarka nie przeżyje, nie będzie konkurencyjna.
      Głównym powodem nadchodzącego kryzysu są: wysokie koszty pracy oraz droga energia. I o tym trzeba rozmawiać, a nie wrzucać na rynek tony masła, żeby na chwilę obniżyć cenę, zarzynając przy tym rolnictwo i przemysł spożywczy, bo będą musieli produkować i sprzedać poniżej kosztów.

  2. „Jesteś poglądami mną”. Być może, dlatego polubiłem ten blog.
    Szkoda, że ja nie głosuję ostatnio- bo właśnie przez ten dualizm partii nie mam na kogo.
    Za kilkanaście lat rządy starych( demokracja) będą dokładnie przypominać zapaść Japonii.
    Btw: jak nadejdzie wiosna, to odwiedzę autora bloga. I nie ma, że nie lubi whiskey;)

    1. Zapraszam. Miałem nawet taki pomysł, żeby zorganizować zjazd aktywnych komentujących gdzieś w Kazimierzu Dolnym. Może to jest pomysł? I staropolska okowita jednak? Chociaż podobno najbardziej szkodzi lód.
      Ja głosuję na zasadzie mniejszego zła, aczkolwiek, jak patrzę w gospodarkę – kompletnie nic się nie zmienia. Porównanie do Japonii uważam za trafne, podobnie jak np. sytuacja Korei Płd. W tych wszystkich krajach istnieje kult „starości-mądrości”, który upada, choćby w starciu np. z metodą na wnuczka. Natomiast, tak jak napisałem, przeraża mnie załatwianie problemów nieistotnych, zastępczych, ogromnym nakładem kasy i energii społecznej. A zostawianie niezałatwionymi ważnych.
      W dobie drogiej energii para idzie w gwizdek, narracji „czy auta elektryczne zbawią planetę, czy są masowo palącą się plagą”, gdy wiadomo, że obie skrajne tezy pozostają fałszywe, ale dzięki temu nikt nie pyta o atom.

  3. a teraz pozwolę sobie na prywatną wycieczkę do p. Jana, który się wylogował.
    W okresie, w którym p. Jan negował jako czas ” nic się nie opłaca”( jak sądzę, mając ogromne doświadczenie w branży budowlanej) , moi znajomi mający firmy budowlane zrobili grube pieniądze. ( Czyli okres 2018-2023). Grube pieniądze dla mnie definiuję jako dom nad morzem śródziemnym za 1,5 mln Euro.Zupełnymi groszami jest Porsche Cayenne. Dla córki/kochanki. Ale p. Jan woli USA.:-)

    1. Tu będę bronił Jana. Czasami to kwestia skali, czasami miejsca, czasu, wieku, ludzi, których się ma, kontrahentów. Rozmawiałem z człowiekiem, który zbudował firmę giełdową w deweloperce i powiedział mi: „Od pewnego momentu nie ma żadnych zasad, korporacje zabiły uczciwość”. Potem popłynęła dłuższa argumentacja. Dlatego wierzę, że człowiek ze świata, w którym wszystko załatwiało się na słowo, podaniem ręki, ma problemy z odnalezieniem się w zupełnie innych realiach, patrzenia na te same ręce, komuś kto go próbuje przekręcić.
      Zarobić podobno dało się wszędzie, w czasie wojny, w dobie hiperinflacji, a nawet, jak pisze Perechodnik w otwockim getcie. Problem polegał na dostosowaniu metod i możliwości zarobku dla grupy albo masowo. To co podkreślałeś i ja się z tym zgadzam – Polska na przestrzeni 25 lat wykonała gigantyczny skok (największy 2003-2018), bo na dobrą sprawę całe lata 90-te, nadal były przaśne.
      Nie należę do ślepych admiratorów USA, ponieważ uważam, że ich rola w polskiej gospodarce jest wręcz szkodliwa. Nie kocham dzikiego kapitalizmu, ma on poważne wady, USA to taka Łódź Poznańskiego, tylko w skali makro. Wielu nie utrzymało się na powierzchni, chociaż dość łatwo zarobić, ale i łatwo stracić (np. przez chorobę). Niektórzy moi klienci wyjechali na stałe i sobie chwalą, inni próbują złapać oddech, z głową pod wodą.
      Natomiast sojuszników, co pokazuje historia, trzeba mieć.

  4. Hej, to mój pierwszy komentarz tutaj. Chciałem Ci podziękować za konsekwencję w prowadzeniu bloga i regularność nowych wpisów. Często są one inspirujące i skłaniają do refleksji. Chociaż na pewne sprawy mam inny punkt widzenia, to konfrontacja własnych przekonań z cudzymi jest interesująca.

    Właśnie w przypadku tego wpisu mam nieco inne doświadczenia. Przedstawione punkty przypominają mi 'odcinanie kuponów’ od wcześniej wykonanej pracy, gdy mamy już ugruntowaną pozycję w firmie i zajmujemy wysokie stanowisko. Nie uważam jednak, że osoby dopiero zaczynające swoją karierę powinny podążać tą ścieżką. Z własnego doświadczenia (jako pracownik IT w korporacji) wiem, że często najpierw trzeba podjąć nowe obowiązki, a potem przychodzi nagroda w postaci podwyżki i awansu. Myślę, że warto zakasać rękawy i pracować intensywnie na początkowym etapie kariery, póki mamy czas i chęci, bo to zaprocentuje w przyszłości. Co do zmniejszenia ilości wykonywanej pracy, polecam podejście przedstawione w książce „Esencjalista”. Polega ono na odpowiedniej selekcji czynności i skupieniu się na tych, które są najbardziej optymalne dla rozwoju kariery.

    1. Dziękuję za uwagi i zapraszam do komentowania. Na samym początku – masz rację. Im więcej robimy, tym więcej uczymy się i nasza wartość rośnie. Natomiast dość szybko (po kilku latach) następuje zjawisko częste w korporacjach (chociaż tak samo dotyczy budżetówki czy Januszexu) – pracownikowi, który regularnie dowozi, daje się nowe zadania, a pensję zostawia, może nie bez zmian, ale na poziomie pozostałych. Doskonale opisał zjawisko autor podlinkowanego przez Bartka wpisu z inwestomat.eu. Ono w ten sposób właśnie działa.
      Dlatego „oduczanie” przełożonych/pracodawcy postępowania w stylu „więcej obowiązków, tyle samo kasy” powinno przybrać postać działań, które opisałem. Alternatywnie – zmienić pracodawcę, ale to niczego nie zmieni. W 90% przypadków pracownik, który się wykaże dostaje więcej roboty, a ten zawalający sprawy – mniej, bo strach mu coś dać.
      Wielu ludzi założy wtedy własną firmę, bo tylko tak odzyska kontrolę nad strumieniem pracy.
      „Esencjalistę” przeczytam, sam mogę polecić „Powolną produktywność” na ten temat.

Skomentuj Oszczędny Milioner Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *