Warning: Undefined array key 1 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505

Warning: Undefined array key 2 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505
Czy faktycznie musisz mieć 1 mln w inwestycjach+dom, żeby przeprowadzić się na wieś? – Oszczędny Milioner

Czy faktycznie musisz mieć 1 mln w inwestycjach+dom, żeby przeprowadzić się na wieś?

Całkiem niedawno trafiłem na super stronę – https://warsztatadama.pl/, która w znacznej części jest blogiem mieszczucha, który przeprowadził się na wieś. Do tego tekst pisze człowiek, wykonujący konkretny zawód – IT. Z tego względu, w publikowanych treściach nie ma lania wody, ale samo gęste – liczby, fakty, analizy. Czyta się więc może szybko, ale każde zdanie trzeba przetrawić. Mnie pasuje, choć pomysł znacznie różni się od większości blogów z hasztagiem „farmlife”. Nawet zdjęcia – wytwór AI – prezentują się inaczej niż z „Weranda Country”. Dość wstępów, idźmy drogą Adama, przechodzimy do konkretów.

Adam stawia tezę i ją wyjaśnia „Żeby przeprowadzić się na wieś, musisz mieć milion złotych w zarabiających aktywach” plus oczywiście wartość siedliska (jak pisze: rancza). Czy to nie przesada?

Obliczenia wyglądają prosto :

  • 0,5 mln w akcjach spółek dywidendowych ze średnim przychodem 4,5% = 1875 zł.
  • 0,5 mln w nieruchomości i czynsz 2000 zł.
  • Razem: 3875 zł z 1 mln.

Adam ignoruje podatki, ja lubię ten temat, więc odniosę się wprost. Obie kwoty nie zawierają podatku – w przypadku dywidend 19%, w przypadku najmu 8,5%. Pomimo tego uważam kwotę 1 mln zł za zawyżoną.

Do tego nie wiem dlaczego akurat 3875 zł, może jeszcze nie dotarłem do źródła? Czy chodzi o faceta solo, czy z rodziną jak autor?

Ale spróbuję się odnieść do kwot.

Prowadziłem na tym blogu swoje wyliczenia, za chwilę do nich wrócimy, natomiast ten milion (z siedliskiem 1,3-3 mln) trochę mnie szokuje. Gdyby tak było, bez sprzedaży dużego mieszkania w Warszawie, lub domu w większym mieście, nie masz co myśleć o wsi. Widzę sprawy nieco inaczej.

Po pierwsze – zignorowano „darmowy pieniądz”. Ot, weźmy takie 800+, gdy masz dziecko. Albo wszystkie bony energetyczne, dopłaty, zasiłki itp. Czasami dostaniesz kilkaset złotych miesięcznie, czasami parę tysięcy. O metodzie życia „na socjal” pisałem wielokrotnie. Ale niech będzie ten 1000 zł.

Po drugie – założono, że żadna z dwóch osób nie będzie wykonywać żadnych zajęć zarobkowych. Nie mówię tu o korpo, etacie 40h w tygodniu. Ale żeby w ogóle? Nie, chyba nikt tak nie robi. Zawsze jest jakiś freelance, zlecenia, okruchy dawnej pracy, lub pomysł na nową (np. warsztaty, rzemiosło, agroturystyka, ciasta, szycie). Nie mówię o siedzeniu za biurkiem po 8h dziennie, ale godzinę chyba wytrzymamy. I już ten 1000 zł/głowę wpadnie. Przy dwóch osobach dorosłych i dziecku – z socjalem mamy minimum 3000 zł. Rozumiem, rzecz jasna, intencje Adama – nie od początku „zarabiasię”, te dochody nie muszą być regularne, ale nie dajmy się zwariować – każdy coś umie, wieś nie oznacza zaraz wyjazdu w Bieszczady, to może być 20 km od dużego miasta. Osobiście, liczyłem to, gdybym pracował 1h dziennie (albo jeden dzień w tygodniu), przy braku podatku (działalność nierejestrowana na żonę, bo ja nie mogę) – zarobię ok. 2600-4000 zł. Mam też opcję atomową – 2 dni realnie w biurze (16h) za 7800 zł. Ale przyjąłem 1000 zł/osobę.

Po trzecie – elastyczność inwestycji. W dobie niskiej inflacji, spółki dywidendowe robiły furorę. Masz te 4,5% (minus podatek) zamiast 2% w obligacjach czy na lokacie, a jeszcze wartość rośnie. Teraz poszedłbym raczej w obligacje – bo łatwo wyciśniesz 7 % netto, a akcje są przewartościowane. Trzymanie w nich połowy gotówki, uważam za ogromne ryzyko. Podobnie z nieruchomościami. Gdyby wartość nie rosła (a gwarancji nie ma) – jeszcze ok, ale użeranie się dla niecałych 5% brutto, w dobie obligacji SP za 7%, które nie wymagają czasu, ani kosztów? Bez sensu. Dlatego dzisiaj – idę w obligację, handel lub przedmioty przynoszące większy dochód (np. airbnb, a nie zwykłe mieszkanie). I wtedy, gdy brakuje tych 875 zł (3875 zł podane przez Adama minus 1000 zł socjalu i 2000 zł z pracy). No więc ile trzeba mieć jeszcze? 875 zł przy oprocentowaniu 6% netto, daje nam 175.000 zł plus wartość siedliska. Sporo mniej niż tytułowy milion.

Czy da się żyć za 3875 zł/m-c? Wracam do podanej kwoty. I tutaj patrzę swoimi oczami. 3875 zł i trzy osoby. Da się? W pewnych warunkach tak. Zaczynamy od podstaw: życie, dach nad głową, ubranie i dodajemy transport (na wsi musimy mieć auto).

Życie. Jedzenie, chemia, kosmetyki, leki. 500 zł/osobę = 1500 zł. Prosto. Da się taniej, sam przeżywałem i za 150 zł, ale bez przesady. Jakiś margines musi być.

Dach nad głową. Podawałem wartości: opał 50 zł (jeśli swój), prąd 60 zł (FV – tylko abonament), podatek 30 zł, śmieci 100 zł, woda i ścieki 150 zł a( de facto od 0 zł do 300 zł), internet 100 zł. I mamy minimum 490 zł.

Ubranie. Minimum 150 zł (50 zł/os.). Chyba trochę za mało, ale przy ciuchlandach – da się.

Auto. 300 zł. Tu już nie będę wiele wyjaśniał. 200 zł na utrzymanie i 100 zł na paliwo.

Takimi całkiem podstawami – mamy 2440 zł (1500+490+150+300)

Na dalsze wydatki, takie jak szkołę/przedszkole dziecka, jakieś prezenty, ubezpieczenia, drobne kieszonkowe, naprawy domu, wymianę auta, cały ogród – zostaje 1431 zł. Może się udać, a może zabraknąć (ok. 220 zł kosztuje KRUS za dwie osoby). Nie ma oczywiście miejsca na oszczędności. Dlatego też, we własnym przypadku uważam pracę na 3 dni w tygodniu (2 jeśli uwzględnię zdalną/urlopy/ zwolnienie) uważam za adekwatną do potrzeb.

16 komentarzy do “Czy faktycznie musisz mieć 1 mln w inwestycjach+dom, żeby przeprowadzić się na wieś?”

  1. Dobry tekst szczególnie że jestem aktualnie w bardzo podobnej sytuacji życiowej. Chcę wrocic do polski na wioskę gdzie aktualnie budujemy dom. Koszt domu z działką wyniesie mniej wiecej po 250-300 tys. na osobę (budujemy po połowie). Koszty życia na mojej wiosce liczyłem sobie już w przeszłości i tu największym kosztem w moim przypadku byłaby pompą ciepła. Dom ma 88m2 więc ogrzanie takiego domu i ciepłej wody pompą wyniesie mnie około 3000 złotych rocznie. Wiem bo buduje z projektu który został już wybudowany X razy i ludzie chwalili za oszczędność co do ogrzewania i dzielą się na grupie facebokowej swoimi wydatkami. Odnośnie innych wydatków to zależy jaka gmina ale u mnie np smieci wyjdą dużo taniej. Woda, podatek możliwe że też bo to mała wioska na Podkarpaciu.

    Odnośnie wydatków osobistych to już od jakiegoś czasu prowadzę sobie spis wydatków i wiem ile miesięcznie idzie mi na tzw życie i przyjemności ale tutaj sprawa jest dla każdego indywidualna.

    Ogólnie rzecz biorąc wyliczyłem że mając do dyspozycji 4000-4500 zł miesięcznie to jestem w stanie zapewnić sobie wioskowy high life. Mówię tu włącznie z wyjazdami zagranicznymi bo liczyłem wszystko co do tej pory wydaję.

    Te koszty zycia dotyczą jednej osoby. Partnerka ma nieco inny plan i chce podjąć pracę ale też po czesci żyć z inwestycji więc powinno się udać. Ogólnie pieniądze osobne. Że tak powiem nie moja sprawa..

    I teraz mając milion w aktywach (nie wliczam tu tego domu) to jestem w stanie zrobić 8% rocznie co da mi 80 tys. Z tego część na pewno powierzę na wydatki a część na reinwestycje. Nie wyobrażam sobie też nie robić nic i nie zarabiać nic więcej. Na pewno podejmę pracę ale nie wiem jeszcze w jakim wymiarze i za ile. Ogólnie słabo tu z pracą ale dobrze znam języki więc ogarnę może coś zdalnie.

    Reasumując mając milion w inwestycjach i swoje lokum można na pewno zaprzestać pracy prowadząc oszczędny tryb życia.

    1. Ciekawy sposób podejścia do finansów. Na naszych oczach, X-ów i boomerów, dzieje się historia. Jeszcze w naszej młodości, rozliczanie kosztów domu „na pół”, byłoby nie do pomyślenia. Ale widać Wasze pokolenia, nauczone bolesnymi rozwodami, podziałami majątków, myśli i działa inaczej, a w tych warunkach (połowa małżeństw rozwiedzie się,coraz więcej żyje bez ślubu) całkiem niegłupio.
      0,5 mln za dom – realne. Po co budować wielką budę, skoro można 88m2? Tu też wchodzi w grę mądrość międzypokoleniowa. Dzisiejsi 65+ w czasach głodu mieszkaniowego planowali 3-kondygnacyjne klocki „by zmieścić wszystkie dzieci z rodzinami”, teraz same kobiety (bo faceci statystycznie żyją krócej), próbują to utrzymać, a dzieci daleko. Nawet w wielkich miastach, takie 300m2 kostki nie cieszą się powodzeniem.
      Woda, śmieci, kanalizacja, podatek – sporo zależy od gminy.Różnice wyjdą spore.
      4000 zł na osobę – tak, starczy na wiejski high life. Gdyby mowa była o rodzinie, nawet trzech osobach, bez produkcji jedzenia, rezygnacji z wielu przedmiotów, może być ciężko.
      Co do nierobienia nic więcej, też masz całkowitą rację. Mieć 30 lat i siedzieć na zadku, obserwując gwiazdy, to musi być strasznie nudne. Natomiast pomiędzy „nic”, a harówką 60h/tydzień widzę pełne continuum postaw. Można zająć się rolnictwem/ogrodnictwem/hodowlą. Da się wkręcić w hobby przynoszące trochę grosza (np. remont starych aut, handel antykami, stolarstwo, zduństwo, serowarstwo). Założyć niewielką firmę, pisać książki, pracować dorywczo, a nawet iść na etat 2-3 dni w tygodniu. I na wiele sposobów zarobić te 4000-5000 zł. Ba, na przestrzeni stuleci tak właśnie działano.

  2. Odwieczne pytanie: żyjemy czy wegetujemy?
    Bo jeżeli to drugie, to : liczymy jak oszczędzić 1000 zł rocznie na ogrzewaniu, 2000 zł na paliwie, kupujemy dziecku/dzieciom używane rzeczy i wmawiamy im, że to jest super.
    Nie mamy wakacji, związanych z tym wrażeń, nie uczymy dzieci pewności siebie jakie jednak dają pewne zasoby ( nie mylimy z konsumpcją bezrefleksyjną). Jeżeli dziecko ma ochotę na jazdę na nartach to odmawiamy w imię naszej ideologii podszytej trzymaniem się małego budżetu. Mogę dalej wymieniać przykłady, tylko po co.

    Rada( nie personalnie do właściciela bloga, bo on na to z pewnością wszystko ma zasoby , tylko lubi sobie tak hobbystycznie policzyć ” jak tu najtaniej”): Jeżeli chcesz normalnie żyć to pracuj/ rób biznes i utrzymaj rodzinę a nie traktuj minimalizmu jako wymówki do braku zaangażowania. Jeżeli się nie uda, trudno, ale przynajmniej coś robiłeś w kierunku dobrego życia dla rodziny.
    Jesteś singlem i zamierzasz nim być: ” róbta co chceta”-nawet za 1000 zł miesięcznie. Jak ktoś lubi..

    P. S. Owszem, milion- Euro wystarczy do dobrego życia ( nie tylko na prowincji).
    pozdrawiam

    1. Patrzę na to inaczej, nie stawiałbym sprawy tak ostro. I jak zwykle tłumaczę, dlaczego. Otóż wcale nie uznaję życia na wsi, z 10-letnim autem, z własnym piecem na drewno, ubraniem z dyskontu/ciuchlandu za wegetację. Rezygnując z miasta, nowego wozu, długich przejazdów, ogrzewania gazowego, czy markowych ciuchów, w rzeczywistości nie tracimy absolutnie nic. Te rzeczy są nam potrzebne, gdy żyjemy w wielkomiejskiej bańce.
      Z kolei narty itp. Wychowałem trzech synów (no dobra, dwóch, jeden jeszcze nastolatek), żaden z nich nie powiedział nigdy sam z siebie „chcę jeździć na nartach”. Co więcej, żaden już nie jeździ, chociaż uczyli się wszyscy. Dlaczego? Jednemu zabroniono jako zawodowemu sportowcowi (ryzyko urazu), drugi ma towarzystwo o zupełnie innych priorytetach, trzeci – woli pójść drogą sportów zespołowych. Narty stanowią (jak tenis, golf) typowy sport socjoekonomiczny dla pewnej grupy wielkomiejskiej klasy wyższej średniej i aspirujących do niej. Przenosząc się na wieś, trafiamy do innej bańki, gdzie ten tryb życia, staje się kompletnie nieistotny. Mój kolega profesor – nie jeździ, właściciel pensjonatu (w górach- tak!) – też nie, co więcej ostatni raz poszedł na połoniny, w technikum, teraz co najwyżej jedzie quadem. W klasie najmłodszego syna „wakacje na stoku” to doświadczenie może 20%. Patrząc na sportowców, dużo więcej cech przydatnych w prowadzeniu biznesu, wykształcimy wybierając dyscypliny wymagające regularnego treningu, a najlepiej zespołowe. Część młodzieży (większość dziewczyn i 1/3 chłopaków) nie lubi żadnego sportu, a z tej pozostałej połowy, wielu wybierze standardowo – rower.
      Co do wakacji. Siedzenie na piecu uważam za szkodliwe. Istotnie, od czasu do czasu, należy przewietrzyć głowę, zmienić klimat, doświadczyć czegoś. Natomiast da się to zrobić (i kiedyś o tym napiszę) w zupełnie inny sposób, niż na plaży w Turcji, Egipcie czy na innych Malediwach. I do tego znacznie taniej. Miałem sąsiada 70-letniego byłego nauczyciela, który co roku brał wnuki i jechał z nimi do mazurskiej starej szkoły na miesiąc. Moi koledzy pokupowali domy nad Wisłą, poremontowali roztoczańskie siedliska po dziadkach i tam spędzają wakacje. Kolejny konik – polskie miasteczka. Czy przedwojenny adwokat, literat i birbant w jednym – Konrad Bielski – stracił coś z kultury, obycia, życia, jadąc do Kazimierza zamiast do Paryżą? A Prus, Żeromski itp. wybierający Nałęczów zamiast Ostendy, Monte Carlo itp.? Nie. Teraz na topie jest Szczebrzeszyn – nadal bardzo tani i takie lokacje znajdziemy w wielu miejscach Polski (Sokołowsko, Muszyna, słynne Nowe i Stare Kawkowo itd.). Pisałem już też – lubię muzykę fortepianu. Mam do wyboru – darmowy koncert w Łazienkach całe lato, ale i od czasu do czasu w Lublinie, Wrocławiu, Krakowie, internetową transmisję z najlepszych sal koncertowych świata (tu przyznaję – wrażenia gorsze niż na żywo), albo płatne wejścia do filharmonii za 150 zł. Nawet ostatni punkt – raz na kwartał, pół roku – do przeżycia przy małym budżecie. Książki są za darmo – w bibliotece.
      Ogólnie – twierdzenie, że to wakacje tworzą pewność siebie, uważam za całkowicie błędne, sprzeczne z wiedzą pedagogiczną i psychologiczną, a także doświadczeniem. Dziecku potrzebna jest miłość, akceptacja rodziców, ich uwaga, a nie drogie wycieczki, narty itp. Oczywiście, da się zapewnić i jedno, i drugie, natomiast decydujące znaczenie ma to, jakimi jesteśmy rodzicami. Sam mam dwie koleżanki, które otrzymały mnóstwo przedmiotów, wrażeń, ale w pakiecie z oczekiwaniami nie do spełnienia, dzisiaj są głęboko nieszczęśliwe, niepewne siebie. Dlaczego? Ponieważ zabrakło uwagi rodziców, skoncentrowanych na pracy, zawodzie, firmie, ogólnie tym, co określamy słowem „sukces”.
      Minimalizm jako wymówka do braku zaangażowania? Tu też ważne, o jakim zaangażowaniu mówimy. Bo można być zaangażowanym na jednym polu, a kompletnie niezaangażowanym na innym. Ba, odnosić sukcesy w firmie, a ponosić same klęski w życiu prywatnym. Znam profesorów nie potrafiących ubezpieczyć mieszkania. Ba ja sam np. zupełnie nie umiem gotować. I, jak dla mnie, może być idealny ojciec, kompletnie nieangażujący się w pracę, a dla drugiego – bez tej pracy, no to już w ogóle, nie tylko nie ojciec, ale nawet nie-mężczyzna. Codziennie obserwuje oba typy.
      Żeby jednak nie popadać w zbyt socjalistyczne tony. W życiu potrzebny jest złoty środek. Przez pewien czas trzeba pracować na wysokich obrotach, bo większości z nas nawet ta chałupa na wsi, 400 tys. oszczędności z nieba nie spadnie. Nie samym socjalem żyje człowiek. Natomiast przychodzi moment na zwolnienie tempa, zadbanie osobiście (a nie finansowo) o rodzinę, własne zdrowie itd. Dla autora „Pieniądze albo życie” ten czas nadszedł ok. 30- tki. Dla innych – dopiero w okolicach 50-tki. I podtrzymuję tezę za 5000 zł rodzina trzyosobowa na wsi spokojnie będzie sobie żyła. Bez fajerwerków, ale normalnie.

  3. Jednak pozostanę na stanowisku, że lepiej mieć większe zasoby niż mniejsze i móc korzystać z prawa wyboru: czy chcemy jechać na tydzień do Nowego Jorku, na kilka tygodni do Azji czy na weekend do Szczebrzeszyna.
    Posiadanie zasobów nie oznacza automatycznie próżność i rozpustę.
    Daje przede wszystkim spokój ducha, stabilizację i właśnie możliwość podejmowania wyborów. ( w szerokim zakresie, wyżej podałem przykład podróży tylko).
    A propos tenisa: to jest tani sport, oczywiście jak się ma partnerów do gry a nie gra całe życie z trenerem w zimą na hali.
    Gram ponad połowę mojego życia, więc znam temat w miarę dobrze.
    pozdrawiam

    1. Masz rację – lepiej mieć większe zasoby niż mniejsze i korzystać z prawa wyboru. Tak samo jak lepiej być młodym, pięknym, bogatym i zdrowym, niż starym, brzydkim, biednym i chorym. Natomiast nieposiadanie tych zasobów (podobnie jak młodości, urody czy zdrowia) nie oznacza automatycznie wegetacji.
      Co więcej, większą część społeczeństwa (przy medianie ogólnopolskiej zarobków na poziomie 6000 zł brutto) stać głównie na ten Szczebrzeszyn. Ponownie – nie mówimy o jakieś biedzie, wegetacji, niezaspokojonych potrzebach. Ponieważ Nowy Jork, Azja wychodzą daleko poza przeciętną i uznałbym je raczej za marzenia, jeśli nie zachcianki.
      Tani/drogi sport, pewnie pojęcie względne. Mój zawodowy mentor był zapalonym tenisistą i chociaż nigdy nie narzekał na ceny, wkręcił się na maxa, tanio już nie było: na 3 tygodnie zamykał firmę i leciał na French Open, stale brał lekcje, do dziś gra w zawodach seniorów.
      Sam kort w moim mieście 75 zł/h. Licząc 2 h, ale z partnerem – mamy 75 zł tygodniowo i około 300 zł/m-c. W zimie hala must have i ceny skaczą o 50%. Dwa razy drożej niż karnet na siłownię. Dużo drożej niż pływanie (40 zł/2h tygodniowo zamiast 75 zł). Nie mówiąc o rowerze czy bieganiu. Cały czas przy założeniu, że nie płacimy za lekcje (przy dziecku – raczej nierealne). Kumple chodzą na piłki: nożną/siatkówkę/koszykówkę/ręczną płacąc 100 zł/h wynajmu sali. Przy 2 h wychodzi im 20 zł/tydzień ok. 30% kosztów tenisa. Więc patrząc z tej strony, tak, tenis to jeden z droższych sportów.

  4. U mnie korty w lecie 30-40 zł na godzinę. Hala w promocji za bycie mieszkańcem danego miasta 70 zł godzina. Więc chyba nie jest tak dużo. Ale to pojęcie względne oczywiście.
    Rozumiem, że był zawodowym tenisistą skoro zamykał firmę i leciał na 3 tygodnie:-)? ( turniej trwa bez kwalifikacji 2 tygodnie).
    Jak ktoś leci obejrzeć to są wycieczki 3-5 dniowe, dla przeciętnego tenisowego freaka powinno wystarczyć. Można samemu próbować online kupić bilety na RG ( nie jest łatwo ) i wyjdzie 30% taniej niż z biura. Cieszę się, że mogę sobie na takie coś od czasu do czasu pozwolić. Nie muszę ale chcę. I mogę- mam więc wybór.
    Mała różnica, ale jednak to ponad 8 %: mediana za czerwiec 2024 to 6507 zł brutto. I 20% facetów zarabia powyżej 10 000 zł brutto. Więc, owszem mniejszość, ale nie pomijalna mniejszość. Do tego dodajmy pewnie z 200 000 lekarzy ( i stomatologów), prawników ( bez sędziów i prokuratorów), architektów i inne grupy zawodowe na ryczałcie o dochodach przeciętnie pewnie powyżej 20 000 zł brutto miesięcznie, przedsiębiorców ” prawdziwych”, grupę IT specjalistów, rolników powyżej 50 ha ( około 40 000 osób), prokuratorów, sędziów, asesorów, wyższych oficerów wojska, policji, straży pożarnej.

    Więc w moim przekonaniu gospodarstw domowych mających dochody łączne powyżej 15 000 zł to będzie spokojnie z 20% społeczeństwa. Nie każdy oczywiście z tych osób jest zamożna i tym bardziej nie każde gospodarstwo domowe ma szansę na kilkumilionowy majątek ( w złotówkach). Ale mam wrażenie, że adresujesz swojego bloga ( na co wskazuje nazwa) do 20/30 % zamożniejszej części naszego społeczeństwa?
    Bo wpisy o tym za ile da się minimalnie przeżyć, ile pali samochód i jak oszczędzić na ogrzewaniu przesuwają adresatów bloga do 20/30% ale najmniej zarabiających osób-w mojej skromnej opinii. Albo dla wąskiej grupy preppersów.
    I to jest te 20% z czym się zupełnie nie zgadzamy, bo dla mnie tego typu oszczędności to już ” sztuka dla sztuki”. Chyba że kogoś kto zarabia kilka średnich to – jak to mówi młodzież : ” jara i kręci”
    pozdrawiam.

    1. Główne założenie bloga, w chwili jego powstawania – pokazać jak z dochodu średnia krajowa+20% stać się człowiekiem w miarę zamożnym, czyli osiągnąć majątek netto (bez wartości miejsca zamieszkania) ok. 1 mln zł. W międzyczasie (minęło już 9 lat) zmieniła się wartość pieniądza, ceny i wreszcie ja sam.
      Zawsze jednak oszczędność wydawała się istotnym elementem, bo bez oszczędności, średniak nie ma kasy na inwestycje, a tylko one pozwalają na odpowiedni lewar majątkowy.
      Stąd 15 tys. zł na rodzinę, jeśli wydajemy 95% dochodu, w żadnym razie nie pozwoli na ten milion kapitału, chyba że przed emeryturą i sporym ryzykiem. Co zresztą doskonale widać po jawnych oświadczeniach majątkowych – jedynym oficjalnym źródle wiedzy o majątku i dochodach netto, dostępnym dla kogoś, kto nie pracuje w skarbówce. Czytając je, a mówimy o sporym przekroju społeczeństwa (od urzędników, przez sędziów, prokuratorów, aż do dyrektorów szkół, teatrów, bibliotek czy szpitali, no i radnych w wielu profesjach). Większość z tych osób zarabia z małżonkami/partnerami ponad wskazaną przez Ciebie granicę, mają zazwyczaj 40-50 lat, czyli wg wszelkich danych ten milion w aktywach mogliby mieć, ale… nie mają. Dlaczego? Z dwóch powodów. Po pierwsze – konsumują 90-95% dochodu, pożyczają kasę na auta, wycieczki itp. Po drugie – nigdy nie nauczyli się inwestować. Wiesz jaki standard majątkowy prezentuje przeciętne małżeństwo sędziów ok. 40-tki? Wypasiony dom (czyli go nie liczymy), plus jakieś mieszkanie na wynajem/ew. dom wakacyjny, auto, oraz kilkaset tysięcy pożyczki od MS na zakup nieruchomości. A mówimy o ludziach z poborami nie 15 tys. netto na rodzinę, lecz na głowę. I są niereformowalni. Wszyscy wokół nich tak żyją (dość hermetyczna grupa), Uznają, że pewien poziom konsumpcji im się po prostu należy za ciężką pracę, przyzwyczaili się i absolutnie w swojej masie (bo może jednostki myślą inaczej) nawet nie myślą o zmianie. Dalej magicznie „gonią króliczka” próbują awansować. W podwyżce szukają sposobu na lepsze życie. Z lekarzami – historia zupełnie inna. Tam już pensje wystrzeliły w kosmos i dużo pracujący rodzinny zarobi te 30k/m-c, co daje 60k/m-c na parę. A o specjaliście chirurgu, kardiologu inwazyjnym nawet nie wspominam, podawały media i 1 mln zł dochodów/rok/os. w szpitalach powiatowych.
      Natomiast paradoks polega na tym, że zarabiając te 15 tys. zł/parę, włączając oszczędność i inwestycje (obowiązkowo), da się tych sędziów wyprzedzić. A nawet nie chodzi o wyścig z nimi lecz z samym sobą. Dlatego powstają tematy o spalaniu aut, oszczędnościach na ogrzewaniu. Wiesz jakie wpisy mają historycznie najwięcej odsłon? O zakupie starego domu, kosztach ogrzewania i te eksperymentalne o przeżyciu za 300-700 zł. Moje polemiki z Matczakiem, Mentzenem, te wszystkie intelektualne wygibasy wypadają dużo gorzej.
      Odnosząc się do oszczędności „sztuka dla sztuki”. Gdybym w wieku 25 lat, zarabiając z żoną właśnie dość przeciętnie (i tylko dlatego, że dorabiałem), nie jeździł starym Maluchem, a potem Uno, nie znalazłbym się w tym miejscu, w którym właśnie jestem. Nauczyłem się optymalizować wydatki, wyciskać ile się da z inwestycji i poszło. Nie wiem czy czytałeś „Sekrety amerykańskich milionerów”? Polecam. Zawarte tam wyniki badań ilościowych i jakościowych zmieniają optykę. Obserwuję tę oszczędność u moich klientów. Jeden – właściciel firmy produkcyjnej, w podróży służbowej przez pół Polski zatrzymuje się na obiad na Orlenie, na kolację zabiera kanapki z domu, a nocuje w hotelu za 250 zł/doba.
      Na koniec pewien smaczek. Miałem niedawno okazję jeść obiad z klientem, który dysponuje majątkiem 100 mln+. Wiesz jakie wino wylądowało przy doskonałym daniu zrobionym przez jego córkę? Słoweńskie. Dlaczego? Ponieważ ten gość niczego nie musi udowadniać marką, pochodzeniem wina. A to, które zaserwował, było faktycznie dobre. I pasowało do kaczki w pomarańczach.

  5. Dziękuję za obszerną odpowiedź.
    Oczywiście, jest w życiu czas optymalizacji kosztów i oszczędzania, żeby móc inwestować,
    Tylko jesteś już na takim etapie, że oszczędności pokroju paliwa, ogrzewania etc. nie zmienią już wiele w życiu. Około 50tki jest powoli czas na konsumpcję plonów( oczywiście nie do ” zera”)..

    1. Patrzę na temat oszczędności nieco inaczej. I już wyjaśniam – dlaczego.
      Po pierwsze – staram się pozostawać w zgodzie z głoszonymi wartościami. Skoro przekonuję ludzi do oszczędzania, jakże miałbym sam żyć inaczej? Zanim coś napiszę, sprawdzam na sobie.
      Po drugie – wpisy o ogrzewaniu, paliwie, życiu za kilkaset złotych, mają swoje źródło nie tylko w oszczędności, ale i dążeniu do optymalizacji. Ot, taki nieszkodliwy bzik.
      Po trzecie – i dość ważne – przymierzam się powoli do stopniowego wygaszania aktywności zawodowej. Zamierzam przejść w tryb FIRE. Do tego celu potrzebuję utrzymywać wydatki na rozsądnym poziomie, ponieważ za chwilę moje dochody spadną. Stąd konsumpcja po 50-tce okaże się wyglądać inaczej niż wydawanie.
      Po czwarte – lubię oszczędzanie „po coś” tzn. odkładane co miesiąc pieniądze przeznaczam na jakiś cel. Pozwala mi to na zachowanie wysokiej motywacji.
      Po piąte – staram się, aby na własnym modelu działania, nie tracić nic istotnego. I tak np. zmniejszając wydatki na paliwo np. nie jeżdżąc do pracy, a chodząc na piechotę, nic nie tracę, a zyskuje zdrowie. Podobnie udając się pociągiem służbowo do stolicy. Płacę 65 zł za bilet w obie strony. Jadąc autem musiałbym wydać 150 zł. Do tego nie denerwuje się spóźnieniem, planując minimalny (1h) poślizg, nie zaskakują mnie korki, wypadki na drodze ekspresowej. A zyskuje czas na spokojne poczytanie, analizę, przygotowanie do spotkania. Tak samo jeździłem autobusem w góry, bo przyjeżdżałem później, lecz wypoczęty. No chyba, że brałem rodzinę, albo musiałem być na czas, wtedy jednak auto. Tak samo patrzę na ogrzewanie. Jeśli zacznę palić drewnem, oszczędzając np. 400 zł/m-c, zyskuję: zdrowie przy pracy z opałem, kasę na coś potrzebnego (patrz: po czwarte i szóste – mogę np. powiedzieć sobie – na emeryturę, wymarzonego Mercedesa itp.).
      Po szóste – tu nie chodzi o całkowitą rezygnację z przyjemności. Ucinam wydatki, na których nic nie tracę. Wydaję na rzeczy ważne. Moje oszczędzanie nie polega na siedzeniu w zimnym, tylko na zmianie źródła ogrzewania. Jak widziałeś na blogu trochę tych marzeń finansowych spełniłem sobie (Porsche, fortepian, sportowy rower) czy żonie (Fiat 500c, Alfa Romeo Giulietta, parę innych tematów). Kocham życie, lecz do poczucia spełnienia nie potrzebuję przedmiotów, lub niezmiernie rzadko. Mam swoje zajawki (auto) i chcę się nimi bawić. Pewnie kupię tę E-klassę, nacieszę się nią i sprzedam, tak jak zrobiłem z Boxsterem. Potem może znowu wrócę do Dacii.
      Po siódme – widząc, skalę problemów następnego pokolenia, chciałbym coś zostawić synom. Nie czuję potrzeby wydania ostatniej złotówki w chwili śmierci. Chciałbym też pomóc przy wnukach, kiedy przyjdą na świat. Kiedy zastanawiałem się nad tym, dlaczego akurat takie wybory, dostrzegam pewną odmienność od wielu ludzi w bańce. Mój rodzony brat, obdarzony znacznie większą zdolnością do zarabiania pieniędzy z firmy, wydaje je wszystkie na książki i podróże, lata sobie na zwiedzanie, przeżywanie świata po 3-4 razy w miesiącu. A dla mnie, żadna z tych rzeczy nie będzie na 1-szym miejscu. Gdybym miał wybrać dzisiaj 150k na Mercedesa, albo wycieczkę po świecie w najlepszych hotelach – wybrałbym Mercedesa, bo to moje marzenie. Wolę siedzieć sobie spokojnie na wsi, przejść się z żoną po rynku w Kazimierzu, zjeść tam coś dobrego, niż latać na drugą półkulę. Mogę jeść chleb z serem, pieczone w ognisku ziemniaki, do szczęścia nie potrzebuję przysłowiowych ośmiorniczek itp. Chociaż oczywiście szanuję odmienne wybory, ponieważ ludzie bywają różni.

  6. Najważniejsze, żeby nasz dochód z aktywôw wystarczał na życie i ” zachcianki”.
    A jakie to są- to już każdy sobie sam wybiera i to jest piękne.
    A jeżeli po spełnieniu zachcianek na koniec roku jesteśmy ” na plusie” ( w sensie, że aktywa urosły) to rewelacja.

    1. Otóż to. Jak na boisku. Jeden zespół jest dobry w ataku pozycyjnym (zarabianie), drugi lepszy w obronie (ograniczenie wydatków), a jeszcze inny w kontrze (inwestowanie). Kto potrafi połączyć te trzy cechy – wygrywa wysokie stawki. Ale już ponadprzeciętność w jednym potrafi zagwarantować względny dostatek.

      1. I tu pozostaje mi się tylko zgodzić.
        Ale pamiętaj, że w tenisie jak wygrałeś pierwszego seta a w drugim prowadzisz 5:0 to nie znaczy- jak w piłce- że wygrałeś😉

        1. Tak i nie. W tenisie musisz atakować do końca, a w piłce już tylko bronić wyniku, jeśli uznasz, że masz wystarczającą przewagę.
          I różnica między życiem a sportem jednak istnieje – w życiu sam określasz reguły zwycięstwa, nikt ich nie narzuca. Dlatego jedni wybiorą intensywne zarabianie do emerytury/śmierci itp., a innym wystarczy tyle, co reszta uzna zaledwie za remis, czyli np. dochód pasywny na skromne utrzymanie.

  7. Dlatego przedstawiłem tenisa jako przykład. W życiu i finansach: dokładnie jak każdy woli. Co człowiek to inne decyzje.

Skomentuj Oszczędny Milioner Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *