Warning: Undefined array key 1 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505

Warning: Undefined array key 2 in /home/platne/serwer10494/public_html/wp-content/plugins/visitors-online/visitors-online.php on line 505
marzec 2024 – Strona 2 – Oszczędny Milioner

Czy prywatne zawsze jest lepsze? O akademikach.

Środowiska ultraliberalne promują pogląd, że „prywatne, zawsze lepsze niż państwowe.” Bardziej umiarkowane stanowisko prezentuje tzw. środek. Nie ma sensu tworzyć państwowej kopalni, no ale pewne branże, niech zostaną pod kontrolą państwa.

W przypadku akademików widać tę mądrość, jak na dłoni. Nie da się studiować, nie mając gdzie mieszkać. Wielu zdolnych studentów pochodzi ze wsi. Z odcinka 30 km, może nawet 50 km, da się dojeżdżać, miałem takich kolegów na roku. Ale 100 km, 200 km, odległa wioska – lokum w mieście akademickim musi być. W PRL-u wybudowano licznie tzw. domy studenckie czyli akademiki, ale epoka ta się skończyła, liczba studentów wzrosła i weszło prywatne. Zacznijmy porównanie.

Bierzemy na tapet Warszawę. Miasto niezmierni drogie do wynajmu. Kawalerka ok. 3000 zł miesięcznie plus opłaty. Co robić, gdy rodziców nie stać? Państwowe akademiki kosztują od 390 zł do 1100 zł za miejsce, w zależności od uczelni i standardu. Najtańsze są pokoje trzyosobowe bez łazienek na Politechnice (390 zł), najdroższe pojedyncze z łazienkami (SGH – 1100 zł). A prywatne? Właśnie powstał taki na Powiślu. Lokalizacja doskonała. A ceny? Od 1500 zł (miejsce w dwójce ze wspólną łazienką) do 2380 zł (jedynka z własną łazienką). Pokoje od 10 m2 (jedynka) do 15-18m2 (dwójka). Czyli typowy standard późnego PRL-u. Widać wyraźnie – prywatne wcale nie jest lepsze. Państwowe wychodzi taniej? Dlaczego? Przyczyn jest kilka.

Po pierwsze – wybudowany 40-50 lat temu budynek uczelni już dawno się zamortyzował. Nikt nie płacił za niego cen rynkowych, grunt darowano.

Po drugie – do studenta się dopłaca. Na państwowym, prywatnym właścicielom mieszkań czy akademików – nie.

Po trzecie – w uniwersytecie decydują koszty, u prywatnego potencjalny zysk czyli wycisnąć, ile się da, w końcu akcjonariusze/udziałowcy chcą zarobić.

Po czwarte – akademik prywatny, jest nim tylko z nazwy. Wynajmą każdemu młodemu, nie trzeba legitymacji studenckiej – dzięki temu znacznie większy popyt.

Dlatego akademiki państwowe muszą istnieć. Regulują dostępność studiów, dla zdolnych i niezamożnych. Kryterium udostępnienia miejsca w domu studenckim stanowi dochód rodziców. I nie, nie jestem tym osobiście zainteresowany. Obydwaj moi synowie-studenci mieszkają już we własnych lokalach. W przypadku młodszego – nawet formalnie – zakup został dokonany na jego nazwisko, ponieważ pracuje. Takie szanse ma jednak znikoma część młodego pokolenia – im trzeba pomóc.

Dom czy mieszkanie? Stare czy nowe? Odsłona nie-wiem-już-która.

To był luty. Po skończonych interesach poszedłem z klientem na kawę. Nie, nie była to fajna laseczka, ale facet, mój rówieśnik. Jak to zwykle bywa, gdy trochę zejdzie ciśnienie, mieliśmy okazję porozmawiać prywatnie. Wtedy wrócił temat odwiecznego dylematu „dom czy mieszkanie?”.

Zaczęliśmy analizować rynek nieruchomości w naszym mieście. Żeby kupić i wykończyć nowe mieszkanie trzypokojowe, trzeba wydać jakieś 840 tys. zł (70 m2 x 10 tys./m2 zakup plus 70 m2 x 2 tys. zł wykończenie). Dopłacając za garaż robi się już 920 tys. zł. Stary lokal (podobna powierzchnia, do poważnego remontu) kosztuje na osiedlu ok. 530 tys. zł no i tu przynajmniej nie trzeba mieć garażu (chociaż czasami zaparkujemy 300 m od domu). Czy to wszystkie alternatywy? Nie. Można kupić mini-działkę za 250 tys. zł (5 km od centrum, niezbyt ciekawe otoczenie, ale w sąsiedztwie też nowe bloki), urządzić, zabudować (dom drewniany 70 m2 za 250 tys. zł) i za 500 tys. zł pójść na swoje. Co to oznacza w praktyce?

Dla posiadacza np. opisanego wyżej starego mieszkania podobną powierzchnię mieszkalną, kawałek ogrodu (raczej symboliczny), pewne miejsce parkingowe (albo i dwa) oraz… tańsze utrzymanie. Dzisiaj czynsz za 70 m2 w starym bloku wynosi (bo ciepło systemowe) przy trzech osobach ok. 1000 zł. Do tego dodajmy prąd, kablówkę, gaz do kuchenki i podgrzania wody, internet, jakiś podatek i robi się 1400-1500 zł. W domu: montujemy FV, dorzucamy solary, piec na drewno i żyjemy sobie za 600-700 zł (zależy jak dużo wody zużyjemy i od kosztów śmieci). Nieźle. Dalej taniej niż nowe mieszkanie (700 zł to sam czynsz z wodą, śmieciami, ogrzewaniem), tyle że trzeba palić w piecu i odśnieżać chodnik po sąsiedzku.

Czy ludzie wybierają racjonalnie? Nie. Podobno liczba pozwoleń na budowę domków jednorodzinnych spadła poniżej poziomu z 2004 r. Roku biedy i 20% bezrobocia. Być może za część tego upadku odpowiada nie Glapa, nie polityka radosnego rozdawnictwa i inflacji, ale liberalizacja przepisów budowlanych (wystarczy zgłoszenie). Nie wiem. Niemniej jednak w mieście na pewno mieszkań buduje się więcej. Chociaż za 0,5 mln są to raczej ” prestiżowe dwupokojowe apartamenty” z salonem połączonym z kuchnią, sypialnią 8 m2 i o łącznej powierzchni 35 m2.

Warto natomiast pamiętać – dom ma swoją, niewymierną cenę. Sam ćwiczę ten temat. Trzeba umieć wiele rzeczy wykonać samodzielnie. Zaraz pojawiają się zwierzęta i trudniej wyjechać. Na stare lata koszty utrzymania mogą nas zjeść. No i budujmy racjonalnie. Nie 200 m2, lecz raczej bliżej tych 70 m2, albo jeśli mamy dużą rodzinę (jak u mnie 2+3), niech wystarczy nam 5 pokoi na 100 m2.

Nowy sposób zarabiania. Czy bankobranie ma sens?

W ramach reklamy kontekstowej wyświetlił mi się odnośnik do strony bankobranie.pl. Reklamowano ją jako nowy sposób zarabiania na bankach praktycznie bez wysiłku.

Nie wiem czy też trafiliście na tego bloga. Generalnie chodzi o to, że nie banki wykorzystują nas, lecz my je. Korzystamy z promocji, pobieramy bonusy i znikamy. Wygląda nieźle, ale sprawdzam.

Główny autor bloga – Mr Złotówa zarobił w ciągu roku …. 8915 zł. Dla człowieka pracującego te 750 zł miesięcznie , nie majątek, dla studenta efekt równy 17 godzinom korepetycji, więc już warty uwagi. Zwłaszcza jeśli pomnożymy przez 2 (dwie dorosłe osoby w gospodarstwie domowym) – wychodzi emerytura minimalna.

A jak było w lutym? Jedna promocja dotyczyła banku Santander. Trzeba założyć konto (żaden problem), ale potem wykonywać transakcję kartą (po 5 miesięcznie), zapewnić wpływy. Od marca do lipca zarobisz… 700 zł (w tym 100 zł bonu Biedronki). Coś tam jeszcze dobijesz, jeśli polecisz konto innej osobie lub 1% zwrotu za rachunki. Generalnie, poświęcisz na to wszystko godzinę miesięcznie, a zarobisz 140 zł/miesiąc.

Nawet gorzej wyglądała sytuacja przedsiębiorcy. Ten mógł założyć konto w Aliorze. Zarabiasz 400 zł na start i po 125 zł przez 12 miesięcy. Tylko żeby dostać te 125 zł musisz spełnić warunki. A te są skomplikowane. 20 zł dostaniesz za przelew do ZUS (ok.), 10 za przelew SEPA (zagraniczny, na co najmniej 100 E), 25 zł jeśli wydasz kartą 2000 zł, 10 zł za kasy fiskalne 25 zł za zakup walut, 15 zł za przelewy zagraniczne (minimum 3 miesięcznie), 20 zł za saldo. Moja ocena: bez wysiłku dostałbym ….45 zł, a nie żadne 125 zł. Nie załapałbym się też na wielki moneyback do karty (10% z płatności kartą za paliwo, nie więcej niż po 200 zł przez 5 miesięcy), bo jeżdżę elektrykiem, a żona niewiele. W moim przypadku z 2900 zł zrobiłoby się 990 zł (400+540+50) przez 12 miesięcy. Kolejne 82,5 zł/miesięcznie. Czas poświęcony ok. godziny. Już lepszy jest rachunek firmowy w Santanderze – 500 zł w dwa miesiące (założenie konta 250 zł, kolejne 250 – po 1 transakcji kartowej, do ZUS, blik na konto lub w sklepie).

Zastanawiałem się też nad kontem w PEKAO S.A. Oni oferują 200 zł za założenie i 7% na rachunku oszczędnościowym przez 5 miesięcy do 100 tys. zł. Ponieważ inne banki proponują 5% zarobiłbym różnicę 1,6% netto czyli z bonusem startowym 870 zł przez 5 miesięcy. To 170 zł miesięcznie, a czas poświęcony 0 minut plus wypełnienie wniosku i podpisanie umowy (pewnie z godzinę). Widzę sens.

Podsumowanie. Z tych trzech banków mógłbym zarobić ok. 390 zł, poświęcając 2 godziny miesięcznie. Z dwóch najlepszych i dostępnych dla nie-przedsiębiorców – 310 zł za godzinę przez kilka miesięcy. Może być. Przedsiębiorca w Santanderze dołoży jeszcze 250 zł miesięcznie za kolejną godzinę i mamy 560 zł (rachunek firmowy, osobisty x 2, 3 karty). Będzie na ZUS i księgową.

Ta struktura pokazuje, że nie ma sensu na siłę pompować wyniku, bo zyskiwanie po 82,5 zł miesięcznie za godzinę roboty (plus założenie i zamknięcie) uważam za stratę czasu.

Jeszcze raz o wyborze drogi życiowej.

Ostatnio rozmawiałem z jednym z moich klientów. Pracuje w gminnej jednostce zarządzającej małymi obiektami sportowymi (basen, bieżnia, boisko). Niedawno szukali szefa administrującego tymi obiektami. I właśnie wynik tzw. rekrutacji daje do myślenia. Czy istnieje inna droga niż etat w korporacji lub własna firma?

Zaczynajmy opowieść. Zgłosił się pracownik korpo. Krótka rozmowa – do tej pory zajmował się szefowaniem jednej z sieciowych siłowni (plus wiadomo, jakieś sporty walki, ćwiczenia dla pań itp.). Pensja – kilkanaście tysięcy netto. Nagle taki ktoś przychodzi do państwowej jednostki za 4000 zł. Przecież to bez sensu. Wszyscy tak odbierali złożone podanie i rozmowę. Ostatecznie jednak gościa zatrudniono. Gdy pierwsze lody zostały przełamane i zaczęły się rozmowy, powody wyjaśniono jednoznacznie.

W korpo, na kierowniczym stanowisku, może i pensja dobra, może i prestiż, ale z uwagi na godziny pracy siłowni (6-24), życia prywatnego brak. Ciągłe telefony, targety, raporty. Trzeba dopilnować i już. Coś, co na budżetówkowe standardy wydawało się niedogodne (dyspozycyjność telefoniczna od 8 do 20, bo tak wynajmowane są obiekty gminne), dla kogoś okazało się zaletą i ulgą w cierpieniu rozdarcia pomiędzy domem a zawodem. Nawet -10 tys. zł na pensji nie wyglądało strasznie.Były korposzczur-sportowiec, zorganizował jakieś prywatne zajęcia po godzinach, tam stawki szły indywidualne, płacił gminie tylko za salę i drugie tyle sobie dorabiał. Rzeczywista strata wynosiła – 5 tys. zł, a czasu więcej.

I właśnie o tej drodze. Może wcale nie najlepiej podpisać cyrograf z korporacją? Może trzeba małą łyżeczką, „na śniadanie tylko trochę” jak u Anakreonta? A po godzinach dorobić sobie? Razem wyjdzie niegłupi pieniądz. Szczerze, robię tak od 20 lat i reklamuje wszem i wobec.