Tego kryzysu, podobnie jak wielu poprzednich, chyba nikt nie planował. Nie znaczy to jednak, że przyczyny obecnej (inflacyjnej) i przyszłej (recesyjnej) zapaści pozostają nieznane. Ekonomiści i dziennikarze już o nich piszą. Co jednak w tej sytuacji ma zrobić przeciętny obywatel?
W teorii wszystko jest proste: należy albo ciąć wydatki, albo zwiększyć dochody, a najlepiej jedno i drugie. Problem pojawia się, gdy trzeba tę teorię wprowadzić w życie. Ja właśnie próbuję tworzyć plan. A na koniec opiszę jego słabe punkty.
Wydatki sztywne i elastyczne.
Każdy domowy budżet zawiera wydatki sztywne (niezmienne, nienegocjowalne) i elastyczne (te na które mamy jakiś wpływ). Wielu ludzi (w tym ja) ma tendencję do mieszania pierwszych z drugimi. Dlatego najpierw usiądźmy i pomyślmy na spokojnie (mój ulubiony cytat z Janusza Nosacza: Tu trzeba usiąść i pomyśleć na spokojnie), co da się zmienić, a czego nie. Nazywam to sztuką rezygnacji. Ba, u dwóch rodzin, te same wydatki mogą być sztywne a u innych elastyczne (rata kredytu, paliwo do samochodu). Zabierajmy się więc do pracy.
Przyznaję się, podpuszczałem Was. Nie ma wydatków sztywnych. Wszystko podlega optymalizacji i może zostać ograniczone. Oczywiście, nie zawsze o wiele, i nie przez każdego.
Czynsz w spółdzielni lub wspólnocie.
Klasyczny przykład wydatku przypisywanego do kategorii „nie do zmniejszenia”. Nieprawda. Kiedy dobija nas czynsz (np. w TBS) mamy do wyboru kilka działań:
1) zamiana mieszkanie w TBS na inne, z niższym czynszem, z dokonaniem dopłaty. Na to oczywiście nie każdego stać.
2) zamiana mieszkanie w TBS na inne, z niższym czynszem, w gorszej dzielnicy, od lat nieremontowane. Tak z kolei, mało kto chce.
3) wynieść się pod miasto (za 200 tys. da się kupić siedlisko z małą działką i starym domem),
4) zamiana mieszkania na mniejsze (zwłaszcza, gdy zbliżamy się do scenariusza „opuszczone gniazdo),
5) próba rezygnacji, negocjacji, sprawdzenia czy poprawnie wszystko naliczono. W mojej wspólnocie wybrano stawkę czynszu w dwóch wersjach – uciążliwej i nieuciążliwej. Do tej pierwszej należą lokale użytkowe i wynajmowane studentom. Po wprowadzeniu się właściciela, trzeba pójść do wspólnoty i podpisać papier, oszczędzając 1 zł/m2. Tyle.
6) namówienie sąsiadów (to o wspólnocie) na zamianę źródła ciepła na tańsze (diabli wiedzą, co z tego wyjdzie, bo wszystko drożeje).
7) zaskarżanie niekorzystnych uchwał np. uznania mieszkań wynajmowanych, za obciążone wyższą stawką, obciążenia kosztami inwestycji tylko niektórych mieszkańców (toczyłem taką wojnę w górach – prezes spółdzielni chciał chronić swoich znajomych i przygotował uchwałę, że najwyższe piętra nie partycypują w budowie kotłowni – po krótkim piśmie – zrzucą się wszyscy), bezsensownych wymian (np. 4-ty remont klatki schodowej w krótkim czasie), albo doboru działań z funduszu remontowego (malowanie elewacji, zamiast ocieplenia). W ogóle warto pojawiać się na zebraniach wspólnoty, aby zapobiec głupocie lub przekrętom (zatrudnienie kolegów do administrowania nieruchomością – pensja 2 x rynkowa).
8) czasem wystarczy zgłosić wyprowadzkę dziecka.
Opłaty.
Wiele osób uważa, że opłaty za media, tzw. odstępne dla właściciela itp. nie podlegają negocjacjom i zmianie. To błędna teza. Nie uwzględnia tak oczywistych działań jak:
1) oszczędne zużycie. Im mniej lejemy wody, im mniej używamy prądu/gazu, tym mniej płacimy. Raz są to znaczne kwoty, innym razem groszowe. Ale jakaś oszczędność zawsze będzie.
2) zmiana taryfy. Kolejna oczywistość. Np. w przypadku prądu, znaczenie ma czy wybiorę taryfę weekendową, nocną czy całodobową. Różnice mogą sięgać (przy domu grzanym prądem – za KWh teraz to 0,5 zł), kilkaset złotych miesięcznie. Czasami warto wybrać coś pozornie droższego (np. więcej internetu w pakiecie, sms-y, mms-y, rozmowy międzynarodowe) zamiast tańszego, aby w efekcie… płacić mniej.
3) zmiana dostawcy. Znowu posłużę się przykładem. Nie ma sensu płacić za internet radiowy (nawet 150-200 zł), gdy w ulicy jest już światłowód. Sprzedawca prądu z taryfą będzie obecnie tańszy niż „uwolniony”.
4) montaż urządzeń oszczędzających. Tu mamy wszelkie pralki, lodówki, żarówki, komputery itp. energooszczędne zmniejszające zużycie, nieraz wielokrotnie (LED kontra tradycyjne żarówki).
5) osobista produkcja mediów. W mieszkaniu będzie z tym ciężko, ale w domku (zwłaszcza wiejskim). Mamy solary, fotowoltaikę, swoje studnie, przydomowe oczyszczalnie ścieków, kompostowniki itp.
6) całkowita rezygnacja. Da się żyć bez TV? Jestem tego przykładem. Oszczędzam na abonamencie i opłatach. Podobnie, w biurze, zdemontowałem licznik gazowy. Zużycie dążyło do 0 (piecyk do mycia rąk), a abonament wynosił 100 zł/rok. Całkowita rezygnacja to też zamiana c.o gazowego na piec na drewno (jeśli mamy je tanio).
7) przeprowadzenie się w miejsce, gdzie da się żyć tanio. Między gminami występują różnice stawek. Dom potrafi być tańszy niż mieszkanie. Bywa też odwrotnie. Trzeba analizować i liczyć.
Jedzenie.
Jednym z błędnych przekonań dotyczących pieniędzy, wyniesionych przeze mnie z domu, była rodzinna mądrość „Można oszczędzać na wszystkim, byle nie na jedzeniu”. Oczywiście szybko je zmieniłem, ale dla innych może być kosztowne. Według tej tezy, koszty jedzenia nie podlegają negocjacji. Tymczasem istnieje sporo dróg oszczędzania, bez pogarszania własnego zdrowia:
1) zmiana źródła zaopatrzenia. Kupujemy to samo, ale w tańszym miejscu. Nic nie tracimy z jakości, a kasa zostaje w kieszeni. Może to być inny sklep, bazarek, producent.
2) zakupy hurtowe. Da się kupić więcej, osiągając niższe ceny jednostkowe.
3) targowanie się. Prastara umiejętność, którą kultywuje. Nie mówię, o januszowaniu o 5 groszy, ale unikaniu przepłacania. Czasami wystarczy inny strój, dwa słowa mniej i nawet nie muszę pytać.
4) szukanie zamienników. Znowu – w granicach rozsądku. Zsiadłe mleko z ziemniakami w lecie, zamiast mięsa, ma sens. Kluchy w zimie na śniadanie, obiad kolacje, już nie. Klasyka – płatki owsiane w miejsce droższych śniadaniowych. Zamienniki to jeszcze coś innego. Marka X zamiast Y. Segment średni, a nie premium.
Czyli ponownie – nie ma wydatków sztywnych.
Próbując zrozumieć fenomen lat trzydziestych; „przed wojną to była panie, dopiero bieda” zwróciłem uwagę na panującą wtedy modę oznaczania roku budowy na ścianie szczytowej budynków. W czasach obowiązkowych elewacji styropianowych te oznaczenia stopniowo giną, jednak wciąż sporo budynków nosi probierz lat trzydziestych. Budowano domy w czasach kryzysu. Z lektury pamiętników z tego okresu wynika jeden wniosek- stracili najwięcej ci, którzy przed kryzysem żyli na kredyt, często w imię późniejszego zysku. Szeroko pojęta reszta w miarę normalnie żyła. W mojej rodzinie nie istnieją legendy o biedzie tamtego okresu, pradziadek w latach 30 wymurował trzy domy dla trzech swoich córek, w tym jeden dla mojej babci. Niezależnie od tego, nie jest tajemnicą, że kryzysy stwarzają niebywałe okazje zakupowe, mogące zmienić status materialny nawet kolejnych pokoleń. Warto być zawczasu przygotowanym. Pewne sprawy się nie zmieniają. Inflacja pożera oszczędności, a twarde waluty są odporne na inflację. Przy czym, dziś na świecie twardych walut nie ma.
Jasne, że kryzys rodzi szanse zarobkowe. Jednak wielu traci, ponieważ żyją w starych koleinach nauk i przyzwyczajeń poprzedniego stylu życia.
Nie zgodzę się jednak z tezą o wyolbrzymionym Wielkim Kryzysie lat 1929-1935. Miał on charakter deflacyjno-recesyjny. Ceny wprawdzie spadły, a nie rosły, ale jednocześnie panowało gigantyczne bezrobocie, firmy padały i ludzie nie mieli co do garnka włożyć. Bo jak 95% społeczeństwa nie dostaje pensji/przychodu z firmy, to się nie utrzyma.Dotyczyło to i rolników (nożyce cen – taniała żywność, a podatki i koszty pozostawały na tym samym, lub wyższym poziomie), robotników itp. Jedyną klasą, która sobie radziła pozostali ludzie na państwowej posadzie – pensja ta sama, ceny niższe – raj.
I nie mówimy o jednej rodzinie, tego dowodzą dane statystyczne.