Wybór.

Tym wpisem rozpoczynam cykl będący odniesieniem się do dwóch pomysłów na życie: zgodnego z telewizyjnymi oczekiwaniami i oszczędnego milionera. Z pewnością opiszę swoje spotkania i rozmowy ze znanymi mi ludźmi zamożnymi (niektórzy mają majątek o wartości kilkunastu milionów złotych i dochody roczne znacznie ponad milion), ale dzisiaj jeszcze nie o tym. Dzisiaj będzie o wyborze.

Każdy z nas, również jeśli chodzi o finanse, staje przed ciągłym wyborem. Od tego co wybierze zależą jego dalsze losy. Jak to wygląda w praktyce? Jestem człowiekiem z tzw. klasy średniej, wykonuję całkiem niezły, dość prestiżowy zawód, osiągam dochody znacznie powyżej przeciętnej w moim mieście. Otaczają mnie ludzie, w wielu wypadkach zarabiający podobnie. Nie brakuje też oczywiście znacznie uboższych i o wiele bogatszych. Klasa średnia (ludzie żyjący z pracy umysłowej, własnych firm w sektorze usług) o niezłych dochodach wypracowała sobie pewien zestaw pomysłów na życie (spędzanie czasu, wydatki) istotnie różny np. od właścicieli firm produkcyjnych czy budowlanych a także tzw. klas pracujących (czyli np. robotników, rolników). I niestety jest to zbiór zwyczajów przeciwny osiąganiu zamożności. Po prostu, znacznie częściej  podejmują  głupie decyzje finansowe, wybierają to co łatwe i przyjemne, nie to co rozsądne. I o tym właśnie piszę, o wyborze.

Załóżmy, że dostałeś 1000 zł podwyżki netto, albo o tyle zwiększyły się zyski Twojej firmy. Kiedy zarabiasz 6-7 tys. to nie wywróci Twojego życia do góry nogami, ale też z pewnością to zauważysz. Co wtedy zrobisz? Typowy pracownik biurowy zobaczy np. ogłoszenie, że za 1300 zł miesięcznie możesz mieć nowy, prestiżowy samochód. Pójdzie do salonu i przez 2 lata (tzw. wynajem długoterminowy) będzie cieszył się nowym autem. Może zamiast auta znajdzie wycieczkę w egzotyczne miejsce, kupi piękny garnitur, ale skutek będzie podobny – podwyżkę przeje.

Co wybierze właściciel firmy produkcyjnej?  Znajdzie maszynę, której leasing będzie kosztował 1000 zł. Następnie wymyśli produkt, który przyniesie mu może dodatkowe 1500 zł, a może 15.000 zł miesięcznie. W efekcie osiągnie dodatkową gotówkę.

A ja? Nie zajmuje się produkcją i nie zamierzam. Wolę akcje i nieruchomości. Zaoszczędzę ten 1000 zł podwyżki przez 2-3 lata.  W konsekwencji znajdę mieszkanie, które kupię za 200.000 zł (przy jego realnej wartości 250 tys. zł), mając 10% z wkładu własnego, zaciągnę kredyt na 180 tys., a następnie wynajmę za 1400 zł miesięcznie, płacąc ratę 1000 zł i 200 zł opłat. Uzyskam w ten sposób następujący wynik:

  • po 20 latach będę miał dodatkowe mieszkanie,
  • zachowam 1000 zł,
  • a 200 zł zarobię (lub  przeznaczę na stopniowe remonty).

A teraz skutki tych wyborów. Mój przeciętny kolega nie wzbogaci się podwyżką, podniesie standard życia, ja osiągnę rozsądny zysk, a właściciel firmy produkcyjnej pobije nas obu i stanie się znacznie bogatszy.

2 przemyślenia nt. „Wybór.”

  1. Dziś łączenie profesji z byciem bądź nie klasą średnią jest najzwyczajniej nieuprawnione… przy okazji ta klasa w Polsce to taka wręcz nobilitacja 😉 a że nie ma twardej kwalifikacji to chyba większość społeczeństwa tak siebie kwalifikuje… choć może nie wszyscy lubią się tym chwalić… dla mnie klasa średnia to ci w drodze do bogactwa… Dziś każdy kto buduje swój majątek/bogactwo zasługuje na takie miano… nie jest ważne jak szybko się bogaci ale że realnie to robi… dziś człowiek który tylko dobrze zarabia jest co najwyżej bogatym konsumentem… premium 😉
    kiedyś kwestia wykształcenia była ważna… dziś traci znaczenie bo dostęp do wiedzy jest na zupełnie innym poziomie… a nawet szkoła czy uczelnia stają się coraz większym balastem! takie to ciekawe czasy nastały…
    klasa średnia to tylko taki inkubator przyszłych bogaczy… bycie w tej klasie to żadne wyróżnienie aczkolwiek tak realnie jaki procent Polaków realnie buduje swoje majątki? obawiam się że wyjątkowo niski…

    1. Kwalifikacja do klasy średniej. Nie jestem socjologiem, ale kiedyś jedna z gazet (tygodnik opinii) opublikowała test, do jakiej należysz klasy i tam właśnie były pytania typu: kogo znasz (żeby być w klasie średniej trzeba było utrzymywać stosunki towarzyskie np. z lekarzami, ludźmi z doktoratem itp.), jak spędzasz czas (koncert w filharmonii, teatr minimum raz w roku) i oczywiście o dochód. Krótko mówiąc, aby mieścić się w definicji klasy średniej nie wystarczyło dobrze zarabiać.
      Bardziej popularna prasa przyjęła miernik wyłącznie dochodowy (minimum 2 średnie krajowe) i wtedy faktycznie takich osób jest więcej. Obie definicje mają swoje słabości.
      W pierwszej nie mieści się mój przyjaciel-milioner, który utrzymuje stosunki towarzyskie z jednym kumplem z wyższym wykształceniem – mną, nie rozumie prostego pisma z dowolnego urzędu, słucha głównie disco polo, a jednocześnie jest fantastycznym, mądrym życiowo człowiekiem i zarabia znacznie powyżej dwóch średnich (dochód z firmy). Jednocześnie wszystkie trzy warunki realizuje mój znajomy, który chodzi na koncerty do filharmonii, obraca się w środowisku prawniczo-lekarskim, zarabia 3 średnie, podobnie jak jego żona (oboje na etatach), a jednocześnie gdyby przyszłoby mu prowadzić firmę, zbankrutowałby po pół roku.
      Druga definicja (tylko dochód), abstrahuje od istoty klasy społecznej, która musi mieć więcej niż jedną wspólną cechę i wyróżniać się tzw. habitusem (zespołem podobnych zachowań). Nawet w USA funkcjonują pojęcia białych kołnierzyków (praca umysłowa w biurze) i niebieskich (pracownicy fizyczni).
      Sam nie lubię szufladkowania, wykonując tzw. wolny zawód, większość autentycznych przyjaciół mam spoza (i bez wyższego wykształcenia). Na początku starałem się integrować w ramach zawodu, ale kiedy pojechałem na rowery z „prestiżowymi” kolegami, którzy mieli pieniądze na piwo, a kradli jabłka z ogrodzonego sadu i dziwili się dlaczego ja nie, to spostrzegłem bezsens szufladek, bo wszyscy spełniali najbardziej wyśrubowane wymogi middle class (a jeden otarłby się nawet o amerykańska niższą klasę wyższą).
      A że tzw. zawody premium stawiają na konsumpcję, to przyjąłem pewien stereotyp.
      Co do wykształcenia – zgadzam się z Tobą z jednym zastrzeżeniem. Wyższe wykształcenie niejedno ma imię. Nie jest może balastem, ale w wielu wypadkach zupełnie nic nie daję. I znowu odwołam się do doświadczeń z mojego kręgu, uchylając rąbka tajemnicy cyklu o milionerach. Mam w dalszej rodzinie profesora medycyny, z zarobkami pewnie ok. 30-40 tys. miesięcznie i jednocześnie z problemem w kupieniu mieszkania dziecku, bo go „nie stać”. A multimilioner prowadzący dużą firmę, skończył studia (zupełnie niezwiązane z profilem firmy) i mówi, że nie stracił czasu … bo poznał na nich żonę. Człowiek, który ocieplał mi dom (świetny fachowiec) był po… pedagogice. Dlatego balastem są byle jakie, przebalowane studia wybrane bez rzeczywistego zainteresowania. Ten czas można było poświęcić na coś innego.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *