O wykluczeniu komunikacyjnym.

Przeczytałem ostatnio artykuł jednej z lewicujących dziennikarek o modnym pojęciu „wykluczenie komunikacyjne”. Kto nie czytał cyklu reportaży „Nie zdążę” Olgi Gitkiewicz, wyjaśniam – do wielu mniejszych miejscowości nie dojeżdża żaden środek transportu, albo jeden i o zupełnie dziwnych porach. Podobno problem dotyczy 2/3 terytorium Polski.

Klasyczna lewica podaje jako źródło tego zjawiska – neoliberalizm, dziką zabudowę (brak planów), likwidację PKS-ów w wyniku „drapieżnego kapitalizmu”, likwidację linii nieopłacalnych, bo „rynek sobie poradzi” oraz (to tzw. razemki) …zbyt wiele samochodów. W skrócie błędne koło, im mniej transportu publicznego, tym więcej samochodów, im więcej samochodów, tym mniej transportu. Podobno nawet w nieźle skomunikowanych miejscowościach 3/4 dojazdów odbywa się autem. Dla nowej lewicy, to źle.

Prawica patrzy trochę inaczej. Nie opłaca się, to widocznie niepotrzebne. Ludzie wybierają samochody, jako szybsze i wygodniejsze.

Z kolei trzecia grupa zwraca uwagę na błędy. Najpierw zamknięcie wielu linii kolejowych. Następnie zniszczenie PKS-ów. A ostatnio likwidacja gimnazjów i związanej z nimi siatki dotowanych połączeń do wsi gminnych. I nawet dopłaty zaproponowane przez rząd niewiele dały.

Czy faktycznie doktrynerskie spojrzenie ma sens? Jeszcze raz wrócę do „swojej wsi”. Mój dom stoi na skaju miejscowości, 30 km od centrum dużego miasta, kilka kilometrów od miasteczka gminnego i 23 km od siedziby powiatu. Do najbliższej Biedronki – 8 km. Do węzła drogi ekspresowej 11 km. Wydaje się, że całkiem nieźle. W odległości 600 m od domu mam przystanek autobusowy, 2,7 km – dworzec kolejowy z pociągami pospiesznymi. Tylko, że z tego przystanku dawnego PKS-u jedzie jeden autobus dziennie do miasta powiatowego, pod market i tylko dlatego, że sieć sklepowa dotuje linię (z paragonem ok. 50 zł wraca się za darmo). Powrót – też jeden po ok. 1,5 godziny. Na dworzec kolejowy – brak połączeń, podobnie jak do miasta gminnego. Dla człowieka młodego i bez obciążenia, podróż 2,7 km na dworzec PKP nie wydaje się problemem, a zajmuje:

  • 35 minut piechotą,
  • 10 minut rowerem,
  • 5 minut samochodem.

Pociągiem dojedziemy do powiatu (wiele połączeń w trakcie doby), dużego miasta, Warszawy, nad morze, w góry itp. Dobrze. Natomiast do gminnego miasteczka – już nie. Tam trzeba albo na piechotę (1h 22 min. spaceru), albo rowerem, albo autem. Ew. piechotą na dworzec PKP i stamtąd 4 busy dziennie do siedziby gminy.

Wracamy zatem do punktu wyjścia – dojazd do miasta gminnego jest możliwy, ale wymaga kombinacji. Większość ludzi pracuje więc za grosze na miejscu (dwa zakłady – płacą minimalną, praca zmianowa), w wielkiej firmie w miasteczku powiatowym (znacznie lepsze pensje), albo w siedzibie województwa (ja tam mieszkam). Jak więc będzie z dojazdem?

Do siedziby powiatu. Połączenie marketowe nie ma nic wspólnego z godzinami pracy (ok. 10), więc odpada. Trzeba więc na dworzec PKP (2,7 km, z centrum wsi 2 km). Stamtąd pociągiem do miasteczka powiatowego. Wyjście z domu o 5.00 – dojazd do pracy przed 5.50 (tak się trzeba zameldować). Powrót od 14.00 (koniec pracy) do 15.15, jeśli z dworca idziemy piechotą. Koszt (bez biletów miesięcznych i zniżek) – 30 zł/dziennie. Gdy ktoś ma miesięczny, albo najlepiej jak ja, jeszcze dodatkowe zniżki (np. KDR), zejdzie do 12-15 zł/dziennie, to już konkurencyjne z samodzielnym przejazdem autem.

Porównajmy to z samochodem Do siedziby firmy – niecałe 30 minut. Czyli wyjeżdżamy 5.20 , wracamy 14.50. Dziennie zyskujemy 45 minut. Dużo i niedużo. Koszt – 25 zł/dziennie autem palącym 6 litrów ON (typowy VW Passat B5 w TDi). Jeśli jadą dwie osoby (a mogą, bo pracodawca popularny), będzie jeszcze taniej – na poziomie PKP ze zniżkami.

Da się też kombinować. Autem na dworzec, potem PKP. Po pracy odwrotnie. Wtedy zrównamy się czasem z samochodem, ale zapłacimy drożej (dojdzie 5 zł na paliwo, więc 35 zł dziennie).

Biorąc pod uwagę siatkę połączeń i jej skorelowanie z godzinami zmian największego pracodawcy w powiecie, nie możemy mówić o wykluczeniu komunikacyjnym, o ile… dotrzemy na dworzec PKP. Sam dojazd autem na dworzec kosztuje niewiele bo 5 zł dziennie (3 km x 2 x 10 l/100 km x 7,8 zł/l), lecz … auto trzeba mieć. Lewica może się cieszy (zredukowano liczbę samochodokilometrów, bo jedziemy 6 km na dworzec, a nie 52 km do pracodawcy), niemniej jednak ludzie bez prawa jazdy, nie podzielają entuzjazmu. Kto ma siły, wsiada na rower i urwie prawie 40 minut z dojazdu i robi to bezkosztowo.

Do siedziby gminy. Tu pokazuje się cały absurd. Jak już napisałem – bezpośrednich połączeń nie ma. Trzeba dotrzeć na PKP, a potem busem do gminy. Czyli znowu, własne auto, rower, nogi. Bus jedzie 7 razy dziennie, ale pomiędzy 6 a 15. Dramat. Przynajmniej jest tanio. Dotarcie do pracy w miasteczku na 7 wymaga: wyjścia o 5,50 – zakupu biletu na busa (3 zł), i zdążmy z dużym zapasem (0,5 godziny). Powrót do domu na 16.30 (bus o 15.50 więc mamy 50 minut przerwy, a potem pół godziny spaceru). Razem dojazd zajmuje 2 h 40 minut. W aucie potrzebujemy 25 minut. To jeszcze nie wszystko. Busem, jeśli pracujemy na 7.30, nadal musimy wyjść o 5.50, bo mamy odjazd 6.24, a następny 8.14. Wracamy ponownie o 16.30. Autem wyjechalibyśmy o 7.15, a wrócili o 15.40. Koszt dojazdu wzrósłby z 6 zł do 10 zł dziennie, lecz komfort – znacznie wyższy.

Dlatego na takim odcinku wielu lokalsów wybiera… rower. Szybciej niż piechotą, a auta mieć nie trzeba. 7 km oznacza 21 minut jazdy (pół godziny w tempie rekreacyjnym). Bus jedzie 7-8 minut, a trzeba wcześniej dotrzeć do dworca PKP i… zostawić tam rower. Mając jakiś bagażnik i najtańsze sakwy, przewieziemy spokojnie do 15-20 kg, a więc spore zakupy. Z lodówką nie damy sobie rady. Podobnie z rodzinną wyprawą sklepową. Tu auto bije resztę na głowę. Mokry sen radykalnej lewicy o wyeliminowaniu samochodu, nawet w całkiem nieźle położonej wsi (są miejsca, z których do powiatu trzeba dojechać 50 km, a do siedziby województwa 150 km), nie ma szans wyśnić się do końca.

Do miasta wojewódzkiego. To mnie interesuje najbardziej. Żeby dojechać na 7, wyjadę autem o 6.20, a wrócę o 15.40. Nawet dodając pewien zapas (szukanie miejsca parkingowego, dojście z parkingu), założę maksymalnie (6-16). To o godzinę dłużej niż teraz w mieście (6.30-15.30). Zapłacę 32 zł dziennie.

Wybierając pociąg, sprawy komplikuję. Muszę najpierw dotrzeć na dworzec (autem 5 minut – 5 zł/dzień), piechotą (35 minut – 0 zł). Następnie jechać pociągiem (10 zł/dzień ze zniżkami – 30 zł bez zniżek), a na końcu wsiąść w autobus (6 zł/dzień). Zyskuje (mając zniżki) maksymalnie 16 zł/dziennie. A czasowo?

Żeby zdążyć na 7.00 muszę wyjść z domu o ….5.05, bo pociąg wyjeżdża o 5.40. Potem autobus i o 6.56 melduję się w pracy (czekając 20 minut na dworcu PKP w dużym mieście. ) Wychodząc z pracy o 15.00, na autobus nie czekam, o 15.35 odjeżdża pociąg, wiezie mnie do 16.06. Potem 35 minut spaceru i jestem w domu o 16.41 (przypominam autem o 16.00). Łączny czas podróży 3.36 minut, zamiast 2 godzin (maksymalnie) autem. Dojeżdżając na dworzec zyskuję 55 minut, ot tyle, żeby zaliczyć 40 minut straty w stosunku do auta.

Drugi pracodawca zaczyna o 7.30 i znajduje się w płatnej strefie parkowania (abonament miesięczny 200 zł). Autem mam dwa wyjścia – być o 7 i zaoszczędzić, albo przyjechać o 7.20 i poświęcać te 200 zł (20 zł/dziennie, bo jestem tam praktycznie 2 dni w tygodniu). Wtedy dojazd zje mi 52 zł (32 zł dziennie wydam na paliwo). Ale mam komfort. Wyjeżdżam z domu 6.40, wracam 16.10. Idąc piechotą, z bliskiej dzielnicy, jestem lepszy tylko o pół godziny dziennie (wyjście 7.00, powrót 16.00). Bez abonamentu płacę 32 zł, ale dokładam rano 20 minut (wyjazd 6.20).

Komunikacją publiczną kombinuję. Klasyka – dotarcie na dworzec, potem PKP (6.40-7.15), potem autobus. Powrót pociągiem o 16.19 (do 16.38) i 35 minut marszu. Efekt – poza domem od 6.05 do 17.13. W stosunku do auta tracę prawię półtorej godziny (25+63) jeśli kupię abonament i ponad godzinę bez niego. Opcja łączona (autem na dworzec, potem pociąg i autobus miejski) trochę zmienia. Wyjeżdżam o 6.35 (później niż bez abonamentu), a wracam o 16.43 (samym autem o 16.10). Nie jest to takie głupie (w ciągu dnia tracę 18 minut), ale… wymaga posiadania samochodu i nawet minimalna obsuwka powoduje spóźnienie do pracy. Koszt 21-42 zł: 5 zł auto, 10 zł pociąg (ze zniżkami – bez nich 32 zł, 20 zł miesięczny), 6 zł jazdy lokalne. Auto ponownie zwycięża, chyba że mam ciśnienie na oszczędności.

Wracam do tytułowego problemu. Ludziom bez auta na wsi jest źle. Nawet teoretycznie niegłupia lokalizacja (2,7 km do dworca PKP) zamyka ich w miejscu zamieszkania. Dojazd do siedziby gminy (najwięcej spraw do załatwienia) wymaga proszenia sąsiadów, albo zdrowych nóg i kombinowania. Kto pracuje zawodowo 5 dni w tygodniu – kupi auto. A wtedy? Kłania się klasyczne wyliczenie Joe Dominguez’a. Od swojego wynagrodzenia musisz odliczyć koszty utrzymania auta. Praca w siedzibie powiatu to ok. 500 zł na paliwo (25 zł dziennie x 20 dni) oraz 200 zł ogólnych kosztów utrzymania. I jesteśmy w plecy … 700 zł/miesiąc. Nawet pociągiem (bez zniżek) tracimy 640 zł, a z nimi nawet 200 zł (i mnóstwo czasu na dojście do dworca).

Wykluczenie komunikacyjne, nie oznacza zawsze braku połączeń, lecz czasami ich bezsensowność. Własne nogi, rower czy bus nie zastąpi auta. Gdy wieziemy rodzinę, przegrywa zdecydowanie. Ulgowy przejazd mojej trzyosobowej na PKP i autobusem wieś to koszt 45 zł i 2 razy więcej czasu. Auto za 32 zł i wiezie nas prosto z domu pod dom. Gdyby było małą, zagazowaną pchłą nawet za 14 zł.

35 komentarzy do “O wykluczeniu komunikacyjnym.”

  1. Sporo pracownikow umawia sie w grupkach po 4-5 osob i dojezdzaja jednym autem na zmiane.Tzn.jeden tydzien jezdzi Jozek i zabiera kolegów, drugi tydzien Staszek, kolejny Franek itd.Warunek-pracuja stale razem w jednej firmie.
    Dla emeryta takie kombinowane dojazdy moga byc,ale dla czynnego zawodowo czlowieka juz niezbyt.

      1. Lewica generalnie stawia na elektorat wielkomiejski. Lenin wymyślił sojusz robotniczo-chłopski, gdy zdał sobie sprawę, że samymi robotnikami cara nie obali. Trochę inaczej patrzył na to nasz PZPR, którego wielu działaczy wywodziło się ze wsi i małych miast.

          1. W „mojej wsi” działało całkiem nieźle. Problemy zaczęły się w latach 90-tych. Oczywiście, zawsze były spóźnienia, niedojazdy i pełne fotele.

    1. Tak, też to widzę. O ile w przykładzie „mojej wsi” i miasta powiatowego, da się (w tym zakładzie pracuje sporo osób), o tyle w mieście wojewódzkim trudno o 100% zgrania godzin i miejsc.
      Któregoś jesiennego dnia zrobiłem eksperyment i pojechałem ze wsi, rannym pociągiem. Był pełny, a na „mojej” stacji wsiadało sporo osób, które niewątpliwie się znały. Jednak z nieznanego mi powodu (może nie wszyscy mieli auta? może pracują w różnych częściach miasta), wybrały PKP.

  2. W 1875 r. moje rodzinno miasto leżało na peryferiach II Rzeszy. Przed tą datą komunikację w moim mieście zapewniały wyłącznie dyliżanse pocztowe. Wokół trasy przejazdu na południe kraju rozwinęła się cała infrastruktura pomocnicza, oprócz poczthalterii, rogatek w których pobierano myto, w infrastrukturę włączyły się również żydowskie karczmy. Po powstaniu pierwszej w mieście linii kolejowej czas przejazdu do Wrocławia z dwunastu godzin skrócił się do zaledwie trzech. Wspomniani przedsiębiorcy, niezadowoleni z obrotu spraw, skutecznie lobbowali za dołączeniem składu towarowego do pociągu pasażerskiego, co w konsekwencji kilkakrotnie wydłużyło zarówno czas podróży jak i zapewniło zyski w czasie odłączania i dołączania wagonów do składu.

    1. Kolej, jako środek transportu, wywołała rewolucję. Było znacznie szybciej niż konno czy statkiem, zapewniano więcej miejsca i wygodę. Stąd gospodarka wielu miast upadła, gdy linia poszła inną trasą. Zawsze zdarzali się cwaniacy (jak w przypadku, który opisujesz) i próbowali sobie radzić.
      Podobnie po 100 latach. PKS-y i PKP padły przez złodziejstwo kierowców (brali kasę do kieszeni), celowe rozregulowanie połączeń (rozkład zmienia się kilka razy w roku), konkurencję mniejszych busów (tańsza eksploatacja, podjeżdżanie na przystanku). Efekt widać. Właśnie przeczytałem artykuł z lokalnej gazety – ze wsi położonej 5 km od granic administracyjnych stolicy województwa, do tego miasta, busem podróżujesz 1,5 godziny, a autem 15 minut (w tym 10 przejazd w granicach).

  3. Chodziło mi o polityczny projekt- „zabrać samochody i dać kolej”. Kiedy już dostaniemy kolej, a pozbędziemy się samochodów – pojedziemy drożej i niejeden raz zapłacimy za ośmiorniczki na cudzą kolację. Czas dojazdu do celu będzie sprawą nieistotną. Historia lubi się powtarzać.

    1. Dokładnie. Zresztą o dojeździe koleją można mówić, gdy ma się taką sieć jak na Dolnym Śląsku przed 1989 r. ze stacją w każdej większej wsi. W dawnej Kongresówce czy Galicji było kilka linii i koniec. Są miasta powiatowe (największe ma chyba ok. 100 tys. mieszkańców) bez dworca.
      I niestety monopol i szybkość kosztuje. Wystarczy wspomnieć ceny biletów przed II WŚ i pensje kolejarzy w stosunku do średniej. Ale takie forsowanie „no car” oznacza biedę i wykluczenie. Na auto elektryczne mało kogo stać. Nawet e-rower kosztuje 8 tys. zł, a trudno nim jeździć w zimie i zostawić pod sklepem, jak starą Ukrainę.
      Pojawią się pewnie e-busy lub zwykłe autobusiki, ale one, przy obecnych cenach paliwa wcale nie będą tańsze.

      1. E-auta nie przejda, juz sa protesty np.w Niemczech-fabryki nie chca tego produkowac.
        A kolej ze swej natury nie dojedzie do kazdej miejscowosci, bo pomijajac nawet rozne przeszkody terenowe, koszt zbudowania linii do kazdej wsi bylby niebotyczny.

    1. Najlepsze podsumowanie „reality bites”. Wojna w trakcie, trzeba mieć ropę. Rosja z drugiej strony, Arabowie niepewni. To ważniejsze niż kryzys klimatyczny.

      1. …mozliwe,ze zwiekszajac wydobycie ropy chca zbic jej cene,zeby Rosji utrudnic zycie.Juz tak kiedys bylo, barylka wtedy po kolo $20, nie pamietam-2014?Pozniej?Araby tez wtedy mocno obnizyli cene.

        1. Czuje się pewnie. Chociaż sprzedaż paliw spadła r/r o kilka procent. Ilość pozwoleń na budowę – 32%.

          1. Zawsze moze wrocic do swojego Pcimia .
            Sprzedaz wogole spadla prawie we wszystkich kategoriach z powodu wzrostow cen.
            A o pozwolenia na budowe inwestorzy nie wystepuja bo czekaja co dalej.32% to juz katastrofa, zwazywszy,ze od uzyskania pozwolenia do zakonczenia budowy w naszych biurokratycznych warunkach mija od 1-2 lat (jednorodzinne) do nawet 3-4 (osiedla mieszkaniowe).Wyobrazmy sobie,ze przez 3-4 lata wiekszosc firm wykonawczych nie ma zamowien na roboty, poza niewieka iloscia remontow biezacych.Co otrzymamy? Kryzys i to wielki.

          2. Ja napiszę więcej – spada pomimo wzrostów cen. Jeśli inflacja (realny wzrost) artykułów konsumpcyjnych wynosi 20-30%, a spadek sprzedaży (obrót nie liczba towarów) spada o kilka procent, to tak faktycznie sprzedano 1/3 towarów mniej. Czyli zaliczamy glebę.
            Budowlanka mieszkaniowa – dramat. Budownictwo przemysłowe przy takich wynikach sprzedaży detalicznej, też za chwilę siądzie. Zostaną inwestycje państwowe.

          3. Do 11.17: tak, jesli szybko nie opanuja sytuacji, nie przywroca konsumpcji (czyli nie zbija inflacji i nie przywroca postawy „kupuje” zamiast obecnej „czekam”), nie wiem czym sie to skonczy.

          4. Do 11.33: recesja to jeszcze nie tak duzy probem bo przejsciowy. Mam nadzieje,ze nie wybuchnie kryzys obejmujacy swiat bialych ludzi i wywracajacy wszystko do gory nogami.

  4. W mojej miejscowości w latach 90-ych na dworcu PKS/PKP był spory ruch. Mnóstwo autobusów do miasta wojewódzkiego, 2 bezpośrednie do stolicy oraz do wielu innych miejsc. Do tego kilka pociągów dziennie. Działo się. W 2002 roku odjechał ostatni pociąg, pod koniec drugiej dekady tego wieku ostatni bezpośredni autobus do Warszawy a dziś nie ma już ani dworca ani nawet wiat spod których odjeżdżały autobusy. Budynek po dworcu kolejowym przejęło miasto, wyremontowało go i … nic tam nie dzieje się. I to w dwudziestoparo tysięcznym mieście. Do miasta wojewódzkiego latają
    prywaciarze małymi, ciasnymi busami. Wiem, takich miejscowości jest więcej, ale po pierwsze żal na to patrzeć a po drugie osoby z mniejszym budżetem nie mają lekko, tym bardziej, że poza mundurówką mediana pracuje na bieda etatach. Czasem nachodzi refleksja, że dobrze naprawdę już było.

    1. Tomsi, tak to właśnie wygląda. Linie/dworce PKP polikwidowano, czasami nawet zwinięto tory. PKS-y zbankrutowały, kiedyś był w każdym mieście powiatowym, więc siłą rzeczy kursów autobusowych jest mniej. Prywatni busiarze organizują tylko to, co się opłacać – głównie miejscowości turystyczne i dojazdy do szkół podstawowych od pn-pt (tu samorząd dopłaci). W efekcie 6 tys. „moje miejsce w górach” i sąsiednia wieś mają co godzinę kursy do Krakowa (w tym sb., nd.), a co 2 godziny do miasta powiatowego, a podobne miasteczko w Podlaskiem 4 kursy na krzyż.
      Inną kwestią pozostają ceny. Bus na dystansie 25 km („moje” miasteczko gminne) potrafi kosztować nawet 12 zł, a stacja PKP (bez zniżek) obsługuje połączenie za 7 zł. Do tego pociąg jedzie max. 30 minut (pospieszny 20), a busy ok. godziny. Tylko, że z tego miasta na stację trzeba dojechać 6 km, a bus jedzie 7 razy dziennie i pierwsze połączenie nie pozwala zdążyć do powiatu czy województwa na 7 do pracy. W efekcie większość weźmie „bieda-pracę” na miejscu, albo kupi samochód i dogada się z sąsiadami, żeby dojechać do większych miast i zarabiać więcej.
      Z mojego miasta wojewódzkiego w latach 90-tych biegły tory w 4 kierunkach. Potem 2 z nich zlikwidowano, a następnie wygaszono. Na szczęście, niczego nie rozebrano i gdy przyszła babcia-UE, wznowiono połączenia. Mój kierunek, był jednym z lepszych, bo na Warszawę. Ale i tak, na czas remontu wyłączono go na 3 lata i PKP w ogóle nie było. Niedawno wznowili – czas przejazdu 5 minut szybciej niż przed remontem. Na drugim są pociągi co 2 godziny i wloką się niemiłosiernie (pomimo przebudowy), więc 45 km pokonują w … 45 minut (cena 10 zł). Większe powodzenie mają busy, bo jeżdżą częściej, oba dworce w centrach miast, ale bilet to 14 zł, a przejazd trwa nawet 1,5 godziny. Na trzecim (do byłego miasta wojewódzkiego) odjazdy PKP co 1,5 godziny, ale trochę szybciej (1,10 h za 22 zł na dystansie 70 km). Czwarty (też zlikwidowany i przywrócony) to królestwo busików, duża konkurencja i tanie. I nagle da się 25 km przejechać za 5 zł w czasie pół godziny. Kolej nie jest żadną konkurencją, bo ma podobne ceny, a 7 połączeń dziennie.
      Dopiero, gdy się popatrzy na takie zestawienie, widać różnicę. Z kilku byłych miast wojewódzkich w regionie, tylko jedno ma sensowne połączenie kolejowe ze stolicą województwa. Reszta, nawet gdy dojeżdża bezpośrednio to 3 razy dziennie i 90 km w 2 godziny. Jednocześnie na wszystkich kierunkach są takie drogi, że te 90 km dojedziesz w czasie o połowę krótszym. Więc auto wygrywa.
      Gdyby centra miast zrobili strefami czystego transportu – dramat. Mnóstwo ludzi zrezygnuje z pracy, przestanie się opłacać dojeżdżanie, albo stanie się niemożliwe z uwagi na czas dojazdu. Alternatywa „minimalna” w okolicy, albo +20% w stolicy województwa i 5 godzin w busie/pkp/pks/komunikacji miejskiej/na nogach wydaje się łatwa do rozwiązania.
      Ciągle jednak mam nadzieję, że jeszcze będzie lepiej.

        1. Dokładanie tak będzie. Zresztą warunki się zmieniają. Co wczoraj było rozważane (np. transport rzeczny) dzisiaj z powodu zmian klimatu i stanu rzek, umiera śmiercią naturalną.

          1. Tak.
            Poza tym, byc moze niektore z debilnych pomyslow sa celowo przedstawiane w taki sposob, zeby potem powiedziec propagandowo „no, moglo byc o wiee gorzej,a jest lepiej”. mimo,ze bezie gorzej niz wczesniej.

Skomentuj Sławek Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *