O rosnących kosztach – raz jeszcze. Jak podrożały leki i wizyty lekarskie oraz czy publiczna służba zdrowia ma sens?

Generalnie staram się unikać lekarzy. Chodzę do nich wyłącznie przyciśnięty do muru – badania okresowe, kontrola przewlekłej choroby, L4 – jeśli już muszę, złamana noga itp. Statystycznie odwiedzam ich 1 raz na rok.

Nie zmienia to jednak mojego oglądu sytuacji. Zdrowie, w teorii bezpłatne, okazuje się całkiem kosztowne, zwłaszcza dla tych, którzy faktycznie chorują. Minister zdrowia (ekonomista) zaklina rzeczywistość pisząc, o kolejkach w prywatnych przychodniach dłuższych niż w państwowych. Jaja sobie z nas robi. Każdy, komu przyszło zachorować, wie jak to wygląda. Litościwie pomijam stomatologię czy ginekologię (90% wizyt prywatnie). Zostańmy przy typowych potrzebach. Ot, choćby moich.

Lekarz rodzinny. Dostaje się w dniu zapisu. Przy czym to placówka prywatna, tylko finansowana ze składek zdrowotnych. Dostanę tam podstawowe badania, receptę, zwolnienie, poradę. Kiedy dzieje się coś poważnego (w moim przypadku chore nerki, zaostrzenie astmy, problem z sercem, zatoki, złamana noga) idę do specjalisty.

Specjaliści w przychodni. Dostałem ataku rwy kulszowej. Rezonans na NFZ w publicznej placówce – pół roku. U „prywaciarza” – za 2 dni. Minęło trochę czasu – obecna cena 600 zł (było 400 zł). Złamałem nogę (10 lat temu). Prywatna przychodnia (na NFZ) – tego samego dnia, razem z badaniami. Orteza (taki specjalny but zamiast gipsu) kosztował 200 zł, po odstaniu w kolejce w siedzibie NFZ (strach pomyśleć, gdybym mieszkał w małym mieście lub na wsi – jedź ze złamaną nogą 50 km) połowę mi dofinansowano. Ale i tak było przynajmniej szybko.

Swoją chorobę przewlekłą leczę prywatnie od kilkunastu lat. Przyczyna? Umówienie wizyty na NFZ trwa … 3 miesiące. Pełnopłatnie (w tej samej przychodni) – w tygodniu. Wizyta, która jeszcze przed pandemią kosztowała 100 zł, teraz kasują 200 zł. Podobnie z sanatorium. Wolę pojechać do siebie w góry, zapłacić 400 zł za zabiegi (20 z/dziennie) dołożyć 40 zł za wodę i wyjechać… już. Na NFZ czekałbym pół roku i wylądował w terminie i miejscu wybranym przez panią z okienka, przy pomocy maszyny losującej. Za dojazd zapłaciłbym tak samo, za pokój dwuosobowy – dopłacałbym. Chore zatoki leczyłem podobnie.

Parę razy odwiedziłem kardiologa. Prywatnie – ten tydzień. Na NFZ – za kwartał. Wybrałem płatność (ceny podobne jak u powyżej). W NFZ-cie możliwość wyboru, jeśli zależy nam na czasie – zerowa. Szukając (jak chciał pan minister) w wyszukiwarce, nie wiesz, kto cię przyjmie. A zaufanie to w tej branży, istotny towar.

Szpital. Byłem w nim 2 razy w życiu (nie liczę urodzin). Nie powiem, leczenie doskonałe (do kardiologa poszedłem prywatnie, właśnie do swojego lekarza prowadzącego), jedzenie znacznie gorsze. No i przywieziony karetką nie czekałem długo.

W ciągu ostatnich 20 lat odprowadziłem 350 tys. zł składki zdrowotnej, a mimo tego musiałem, poza szpitalem, korzystać z prywatnej opieki medycznej. W szpitalu byłem łącznie 4 dni. Prywatne ubezpieczenie wg dzisiejszych stawek (z opcją szpitalną) kosztowałoby mnie … 350 zł miesięcznie. Taka to różnica pomiędzy państwowym i prywatnym.

Jest jeszcze jeden temat-rzeka – ceny lekarstw. Jeszcze w październiku 2022 r. płaciłem za swój lek ryczałtem 3,65 zł, w styczniu 2023 r. … 13,40 zł. Tak, podwyżka wyniosła prawie 300%. Za leki na zatoki, przeziębienie, uszkodzoną nogę – recepty regulowałem w 100% (0 refundacji). A gdybym był poważnie chory? Znany mi 65-latek zostawia w aptece …. 700 zł miesięcznie. Bo po 45 latach pracy i serce niedomaga, i wrzodów się nabawił, kręgosłup boli i jeszcze jakieś komplikacje pocovidowe. Strach pomyśleć, co będzie, gdy przejdzie na emeryturę. Stąd – jestem zwolennikiem zerwania z fikcją. Składka zdrowotna – tylko na szpitale. Przychodnie – niech każdy płaci prywatne ubezpieczenie. Tylko w ten sposób pracujący, płacący 20 tys. zł składki rocznej, zrówna się z emerytem, bezrobotnym, którzy mają czas na siedzenie w poczekalni. Bo na razie, pracując, zostaje na straconej pozycji.

5 komentarzy do “O rosnących kosztach – raz jeszcze. Jak podrożały leki i wizyty lekarskie oraz czy publiczna służba zdrowia ma sens?”

  1. Humor tzw.publicznej sluzby zdrowia.

    28 lutego zlapalem od zony covid (a zona chyba w banku).
    1 marca ide do lekarki (wiejski osrodek miejscowosc Alwernia), mloda nowa lekarka. Zlecila wymaz, wynik covid, xapisala przeciwzapane i suropna kaszel. U mnie temp. caly czas 37 do 39. Po tygodniu przychodze na kontrole, akurat nie bylo tej mlodej, byl inny lekarz w srednim wieku, osluchal,nie zlecil wymazu, mowi: zdrowy pan jest.Wieczorem znowu 39 st. i tak jeszcze 4 dni.

    Nie wygladal na konowala,a jednak.
    To sie kwalifikuje do sadu lekarskiego i zawiesic/zabrac uprawnienia do leczenia.

    1. Takie niedouki siedzą też w prywatnej. Mojemu kumplowi zapomniał dać przeciwzakrzepowe przy uszkodzeniu nogi. Dostał zatoru i niewiele brakowało, aby pukał do Abrahama.

Skomentuj Oszczędny Milioner Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *