5 kroków, które powinieneś zrobić przed emeryturą. Część III – Kup dobry samochód albo…całkiem zrezygnuj z auta.

Dobrze wiecie, że temat samochodów jest jednym z przewodnich mojego bloga, poruszanym dość często. Dlatego nie mogło go zabraknąć także w kontekście emerytury. Proponuję tutaj dwa całkiem rozbieżne rozwiązania – albo szarpnięcie się na niezłe auto, albo całkowitą rezygnację z własnego pojazdu. Dlaczego?

Zasadniczy powód jest krótki – samochód to wydatki. Bardzo często wysokie i nieprzewidziane wydatki. Z emerytury, jak już wiecie, całkiem niewielkiej w stosunku do ostatniej pensji, możecie mieć problem z ich pokryciem, ponieważ nagle stracicie (o ile nie będziecie nadal dorabiać) niezwykle ważne zastrzyki finansowe (premie, nagrody itp.). Nie, co miesiąc ZUS wypłaci Wam stałą i niską kwotę.

Ale wróćmy do aut. Jak to wygląda. Głównymi kosztami posiadania są: ubezpieczenie, przeglądy (państwowy i wymagany przez producenta), naprawy, paliwo i wreszcie utrata wartości. Zobaczmy to na dwóch przykładach: auto posiadane i zakup dobrego (w sensie stanu technicznego) auta.   Będą się różnić: wiekiem, wielkością i przebiegiem. Biorę na warsztat wersje mi znane: Renault Scenic z przebiegiem 250 tys. km, w wieku 12 lat oraz 5-letniego Hyunadaia i30, który dotychczas przejechał 50 tys. km i przeanalizujmy je pod kątem kosztów na dystansie 8,5 tys. km rocznie (tyle przejeżdżał mój tato w wieku 70 lat).

Renault Scenic – koszty roczne. Przeglądy (oba) – 900 zł, ubezpieczenie – 900 zł, utrata wartości – 1000 zł, paliwo –  3000 zł, naprawy – i tu mamy problem. W jednym roku było to 1000 zł, w innym 6.000 zł (prawie wartość auta). Pierwsze dałoby się znieść, w drugim przypadku grozi nam finansowa katastrofa, ale policzmy. Optymistycznie  6800 zł – 11.800 zł.

Hyundai I30 – koszty roczne. Przeglądy oba – 700 zł, ubezpieczenie – 1200 zł (z AC), utrata wartości (zakładam 12 lat eksploatacji) – 2500 zł, paliwo 3000 zł, naprawy – 500 zł. I na koniec otrzymujemy 7900 zł. Nie jest to mało, lecz lwią część kosztów stanowią utrata wartości (nie-wydatek) oraz paliwo (zawsze można jeździć mniej). A najważniejsze są to pieniądze przewidywalne. Komplet opon starcza na 50 tys. km, akumulator na 6 lat, co jakiś czas (5-6 lat) wymieniamy coś w hamulcach i w zasadzie tyle. Do przebiegu 200 tys. km zrobimy może jeszcze zawieszenie. Żadna z tych pozycji nie wyjmie nam z portfela więcej niż 1000 zł (najdroższe będą przewidywalne opony).    Przeliczając to na miesiące mamy w przypadku Hyundaia ok. 650 zł miesięcznie, a bez utraty wartości 400 zł. Da się wytrzymać.

Przejrzyjmy jeszcze raz wszystkie opcje.  Pierwszą jest pozostawienie, obecnego auta w stylu Renault Scenica – zjeżdżonego i już niepewnego. Jak widzicie to słaby pomysł, może się popsuć w najmniej przewidywalnym momencie i alternatywą będzie albo odwiezienie na złom, albo naruszenie oszczędności (naprawa ewentualnie zakup innego).  Nie polecam.

Wersją numer dwa wydaje się wykorzystanie odprawy emerytalnej i części oszczędności na zakup sensownego pojazdu – kilkuletniego z niewielkim przebiegiem. Będzie kosztował (wg dzisiejszych pieniędzy) ok. 30-35 tys. zł. Pamiętajcie, ekstra pieniądze już się pewnie nie trafią, to jest samochód „na zawsze”. I tu pojawia się kolejny dylemat – ile czasu nim pojeździmy. Obserwując emerytów we własnej rodzinie i wśród znajomych przyjmuję wersję – optymistycznie 10-12  lat, po 75 – 77  r.ż czas zrezygnować z samodzielnego jeżdżenia, bo to zbyt niebezpieczne, nie ten już refleks i wzrok.

A drugie wyjście – pozbycie się auta przy przejściu na emeryturę.  Czy to w ogóle możliwe? Moim zdaniem, tak. Po pierwsze – nie mamy już dzieci do wożenia – jeździmy głównie we dwoje. Po drugie – jeździmy znacznie mniej. Główne kierunki moich rodziców i teściów to: działka, sklep, wnuki, wakacje. W dużym mieście da się to załatwić za pomocą komunikacji publicznej (o ile dobrze wybierzemy lokalizację działki i w ogóle ją mamy), ewentualnie taksówek i pomocy dzieci. Na wsi -mamy bliską i dalszą rodzinę. Nawet jeśli przyjdzie coś zapłacić, będzie z pewnością taniej.

Przykładem może być pokolenie, które odeszło (moi dziadkowie) lub odchodzi. Moja ciocia, prowadząc dosyć aktywny tryb życia (naukowiec do śmierci), a korzystając z auta intensywnie (jeden z największych szaleńców za kółkiem, jakich znam) po 70-tce, kiedy ukradli jej nowy wóz odpuściła. Zaczęła jeździć na uniwersytet taksówkami, a na wieś – dwa razy w miesiącu zabierały ją dzieci i wnuki. Moja babcia, ćwierć wieku temu, na działkę położoną pod miastem (8 km od domu) jeździła codziennie (sic!) komunikacją miejską, z grupą podobnych sobie emerytów, do czasu aż skończyła 80 lat i przestało ją to bawić.  Jej koszty – to przejazdówka w komunikacji miejskiej na dwie strefy (obecnie ok. 120 zł).

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *