Bajkopisarstwo na temat kredytów hipotecznych kwitnie. Oto przykład.

Niedawno przeczytałem obszerny  artykuł na portalu Noizz.pl dotyczący opisywanego i tutaj pomysłu na wyprowadzenie się pod duże miasto tj. kupienie taniej działki budowlanej i postawienie na niej domu na zgłoszenie (do 35m2).  W artykule tym znajdowało się sporo prawdy, ale i bajkopisarstwa, które warto sprostować.

Teza 1. Dom na zgłoszenie jest w cenie 2 razy mniejszej kawalerki. 

Da się to zrobić, kupując tanią działkę pod miastem (tzn. minimum 15-20 km od centrum) i budując niewielkim kosztem. Ostatnio, już po podwyżce cen materiałów budowlanych miałem ofertę na 100 tys. zł za takie coś + koszt działki (zakładam w moich okolicach 60 tys. za 1000 m2). Łącznie wyjdzie 160 tys. Kawalerka w mieście będzie kosztować ok. 220 tys. (wykończona po flipie w ścisłym centrum). Czyli cena może się zgodzić.

Aczkolwiek pamiętajmy – duże miasto. W mniejszym, tańszym gdy gros wydatku to koszt budowy, wcale tak nie jest.

Teza 2.  Będzie prosto.

No, nie będzie. Łatwiej kupić gotowe mieszkanie niż budować od 0 nawet na zgłoszenie.

Teza 3. To idealny wybór dla rodziny z dziećmi.

Pół na pół. Trudno sobie wyobrazić trójkę dzieci w kawalerce. Jednak na wsi, także nie będzie idealnie. Pozostaje puścić je do wiejskiej szkoły lub dowozić (czas i koszty!!!!), spędzając pół dnia w aucie. Dla modelu tradycyjnego (mąż plus niepracująca żona) – do zrobienia, dla aktualnego (oboje w pracy na 8 godzin) – trudno wykonalne.

Powierzchnia i własny ogród jednak kusi.

Teza 4. Kredyt hipoteczny to ZUO.

Krótko mówiąc jedna alternatywa- albo domek bez kredytu albo mieszkanie na kredyt.

Cytuję „Aktualnie to się się faktycznie opłaca, bo WIBOR jest zerowy. To jednak w pewnym momencie się skończy, nie ma innej możliwości, bo inaczej nasze państwo po prostu zbankrutuje. Może teraz to się opłaca, ale kredytu nie bierzesz na rok czy dwa. Najlepiej przekonali się o tym frankowicze. Nawet przez 10-15 lat może być super, ale później to może się diametralnie zmienić? Poza tym my też nie jesteśmy nieśmiertelni. Gdyby coś się stało, to co, zostawimy jakiś duży kredyt dzieciom? Co z tego, że mają dom? Nie mają domu, bo dopóki się go nie spłaci, on należy do banku. Jeżeli coś się stanie albo powinie ci się noga i przestaniesz spłacać raty, to przyjdzie smutny pan i powie, żeby się wyprowadzić w 30 dni, bo bank zajmuje dom i wystawia na sprzedaż.”

Tutaj to ktoś pojechał. Jeszcze raz. Załóżmy, że ktoś ma te 160 tys. Potrzebuje (średnia liczba dzieci to 1,4)  max. 3 pokoi. Takie mieszkanie na moim (blisko centrum, uchodzącym za prestiżowe) osiedlu da się kupić za 340 tys. Czyli kredytu potrzebujemy 180 tys.  Rata obecnie  (30 lat) – 700 zł.  Rata po istotnym wzroście oprocentowania (z 2 do 7 %). 1200 zł.  Więc niby 2 razy więcej, ale dla wielu do przełknięcia.

A gdyby coś się stało? Ubezpieczenie na życie. Sam mam takie. Przy moim wieku (po 40-tce) i nieidealnym stanie zdrowia kosztowało 1200 zł/rok.

No i najlepsze na koniec. Po 30 dniach  niespłacania rat bank wyrzuci Was z mieszkania. Nie wiem, co redaktor palił, ale chcę znać jego dilera. Coś akurat wiem na temat takich spraw i trudno być dalej od prawdy. Oto realny scenariusz.

1 października. Nie spłacasz pierwszej raty (nawet 1). Bank dzwoni. 30 października wysyła upomnienie.

Nie spłacasz drugiej raty. Drugie upomnienie. Mamy 30 listopada.

Nie spłacasz trzeciej raty. Trzecie upomnienie z zagrożeniem, że jeśli nie wyrównasz zaległości w ciągu 30 dni, wypowiada kredyt.  To już list polecony, który odbierasz 14 dnia. Mamy połowę stycznia następnego roku.

Dalej nie spłacasz mija 15 luty – Ty konsekwentnie nie płacisz. Bank wypowiada umowę. Zanim dojdzie do Ciebie (znowu czekasz 14 dni), mamy 5 marca.

Piszesz do banku, że wypowiedzenie nie było skuteczne, źle naliczono odsetki i prosisz o cofnięcie wypowiedzenia. Bank odpowiada, że nie ma mowy. Mamy 5 kwietnia.

Piszesz odwołanie od poprzedniego pisma. Bank odpowiada, że nie ma mowy. Mamy 5 maja.

Bank składa pozew do sądu. Mamy 5 lipca.

Sąd wydaje nakaz zapłaty. Mamy 5 września.

Zanim Ci go doręczy mamy 5 października (uwaga minął rok, od kiedy nie spłaciłeś 1 raty).  Teraz idziesz do prawnika, specjalizującego się w sprawach antybankowych. On pisze sprzeciw od nakazu zapłaty.

Sąd wyznacza pierwsze posiedzenie  na 5 marca (o ile to nie Warszawa bo wtedy bliżej 5 września).  W międzyczasie idą jakieś pisma. Średni czas sprawy w Polsce to obecnie  10 miesięcy. Przy sprawie antybankowej raczej 1,5 roku. Mamy 2,5 roku czasu kiedy zaprzestałeś płacić raty.

A jeszcze apelacja? Złożysz ją Ty lub bank. W polskich realiach – minimum rok. Właśnie minęło 3.5 roku od zaprzestania spłaty. A jeszcze nie zaczęła się egzekucja.

Ta w przypadku nieruchomości, o ile dłużnik sensownie się broni, trwa 2-5 lat. Tak dobrze czytasz. Czyli od momentu, gdy nie zapłaciłeś 1 raty do wyprowadzki z domu minie minimum 5,5 roku. A mówimy o pewnej pasywności i korzystaniu z prawnika na etapie nakazu. Bo nie było miejsca na rzecznika konsumentów, komisje pojednawcze, spłatę części raty „na wabia”, zaskarżanie każdego pisma. Przy szczęśliwych wiatrach będzie to raczej 10 lat. I oczywiście bank nie zaczyna od sprzedaży mieszkania, tylko idzie w kierunku ściągania z pensji. 30 dni to mokry sen kredytowo-wolnego.

I wiecie co, takie artykuły strasznie mnie wkurzają, bo grzebią pod gruzami niewiedzy bardzo słuszną ideę. Lepiej i taniej zbudować samemu dom, na swojej ziemi, niż kupować mikroapartament 15m2 za cenę 220 tys. zł.

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *