Ile naprawdę zarabiasz?

W amerykańskim stylu życia mieści się zachowanie polegające na pytaniu osób poznanych na przyjęciach o ich zawód a nawet zarobki. Wysokie dochody, zgodnie z protestancką etyką pracy, są czymś, czego nie warto się wstydzić. W Polsce ciągle jest inaczej. Informowanie o stanie konta uchodzi za przejaw szpanerstwa nowobogackich.
Dlatego nie zachęcam do wysyłania mi szczegółowych danych o swoich dochodach pocztą elektroniczną lub zostawiania ich w komentarzach. Po prostu, warto zrobić to wyliczenie dla siebie. Zapewniam, że wynikami będziesz zdziwiony.
Brutto czy netto?
Dawno temu krążył żart, że podawanie wysokości pensji brutto jest jak mierzenie długości męskiego członka z kręgosłupem, którego żadna z partnerek nie ma okazji zobaczyć (chyba, że na zdjęciu rentgenowskim). Tak samo Ty, kwotę brutto (tj. ze wszystkimi podatkami i składkami na ubezpieczenie społeczne) możesz zobaczyć na angażu (umowie o pracę). Potem oglądasz już tylko kwotę netto (rzeczywiście wypłacaną), która jest mniej więcej o 1/3 niższa. Nie bądźmy zatem samochwałami i skupmy się na realnej pensji. Głosuję na kwotę netto.
Ile zarabiasz netto?
Ile zatem zarabiasz netto, czy bliżej Ci do płacy minimalnej (1285 zł), średniej płacy (ok. 2700 zł), czy może Twoje pobory są znacznie lepsze? Pamiętaj o doliczeniu uśrednionych dla 12 miesięcy nagród, premii, dopłat, deputatów, trzynastek itp. Załóżmy, że zarabiasz przeciętną pensję i dodatkowo otrzymujesz rocznie równowartość nieco większą niż wysokość jednej pensji. Twoja pensja netto wyniesie zatem 3.166 zł. Nie zrób tylko błędu, którym celowo posługują się związki zawodowe walczące o podwyżkę – liczenie tylko pensji zasadniczej, bez obecnych w niektórych firmach dodatku stażowego i innych stałych bonusów. Policz wszystko, co wpływa na Twoje konto i dolicz do tego spłaty pożyczek pracowniczych i innych należności, które potrąca Twój pracodawca.

A jaka jest podstawowa stawka godzinowa?
Wiesz już ile zarabiasz miesięcznie. Teraz bierzemy się za to ile oficjalnie czasu poświęcasz na pracę. Potem wyliczymy ile zarabiasz w każdej godzinie. Przeciętny miesiąc pracy to 170 godzin. Odliczmy od niego urlopy, dni wolne itp., a otrzymamy ok. 150 godzin (17 godzin to urlop wypoczynkowy, 3 godziny to święta i inne wolne dni).
Weźmy przykładowe 3.166 zł poborów i podzielmy je przez przeciętny miesiąc pracy wynoszący 150 godzin. Podstawowa stawka godzinowa to ca 21 zł.
Gdybyś był nauczycielem to przy 3.166 zł pensji, wyniesie ona 53 zł. Podstawowy czas pracy nauczyciela to 85 godzin miesięcznie, dodatkowo zamiast 26 dni urlopu ma on wolne aż 80 dni, chociaż nie może z nich skorzystać w dowolnie wybranym terminie. W efekcie nominalnie pracuje miesięcznie 59 godzin zamiast 150.
Skomplikowane ?
Tak się wydaje, a jest jeszcze
Rzeczywista stawka godzinowa
Wymaga ona obliczenia ile czasu faktycznie poświęcasz na pracę. Niełatwo to policzyć, bo w grę wchodzą różne aspekty. Załóżmy, że na dojście do i powrót z pracy poświęcasz codziennie półtorej godziny (to optymistyczne założenie). Prawdopodobnie musisz się jeszcze ogolić lub umalować (ubierasz się przecież niezależnie od wyjścia do pracy), przygotować drugie śniadanie (lub przewidzieć przerwę na lunch). W sumie tracisz w ten sposób około 0,5 godziny dziennie. Być może Twój szef zorganizował Ci bezpłatne nadgodziny (codziennie zostajesz w pracy ok. 1 h), zabierasz pracę do domu? Nauczyciele muszą przygotować się do lekcji, sprawdzić klasówki, wypełnić papiery. Optymistycznie dodaj na jeden dzień pracy około 3h czynności dodatkowych (1,5 h droga, 0,5 h przygotowania, 1h niepłatna praca). Jak zatem teraz wygląda Twój zarobek?
Większość pracowników policzy go tak: 3166 zł podzieli przez 210 godzin (150 + 60) i otrzyma wynik – 15 zł/h.
Czy wiedziałeś, że tyle zarabiasz? Czy zdawałeś sobie sprawę, że na pracę poświęcasz przeciętnie ok. 10 godzin dziennie? Jeżeli odliczyć z doby 6 godzin na sen, to ponad połowa Twojego dnia.

16 lat pracy

Pochwalę się Wam – właśnie skończyłem 16 lat pracy. U swojego pierwszego pracodawcy. Lata te wprawdzie były przerywane epizodami urlopów bezpłatnych, w międzyczasie robiłem też coś zupełnie innego, ale od 16 lat mam umowę o pracę z jedną firmą.

Okrągła rocznica to czas podsumowań, a może nawet porównań (na potrzeby bloga) z tymi którzy zaczynali razem ze mną.

Zaczynałem w księgowości, czyli przy pracy, do której jak dzisiaj wiem kompletnie się nie nadawałem. Szybko  (już po kwartale) zostałem przeniesiony do innego działu, w którym dzieliłem los z koleżankami i kolegami w mniej więcej równym wieku (kilkanaście osób).

Dzisiaj po 16 latach sytuacja wygląda tak:

  • pięcioro  z nas zdobyło dodatkowe uprawnienia i zmieniło stanowisko pracy,
  • 8 osób już zajmuje stanowiska kierownicze,
  • jeden kolega był przez pewien czas posłem,
  • jedna osoba wyjechała do USA,
  • tylko czwórka nadal robi to, co wiele lat temu.

Nasza sytuacja zawodowa w zasadzie zmieniła się radykalnie, teraz czas na refleksję mieszkaniową:

  • ośmioro kupiło większe mieszkania,
  • czworo przeprowadziło się do domu,
  • czworo nadal mieszka w tym samym miejscu.

Czyli jeśli chodzi o sytuację mieszkaniową, jest  także znacznie lepiej.

A jeśli chodzi o finanse:

  • dwóch z nas jest milionerami (czyli statystycznie 12,5 % zostało milionerami),
  • ośmioro (dokładnie połowa) ma kredyt hipoteczny (w tym trójka we frankach),
  • w większości zarabiamy znacznie lepiej np. ja mam 5 razy większą pensję podstawową a dochody ogółem 10 razy większe (w tym z inwestycji) niż 16 lat temu.
  • wydajemy też znacznie więcej, bo urodziły nam się dzieci, bo mamy większe potrzeby no i z powodu inflacji.
  • dwie osoby kupiły samochód z salonu (obaj milionerzy), w dodatku za gotówkę.

Dlaczego o tym piszę? Żeby dać przykład dzisiejszym dwudziestolatkom. Nasze życie statystycznie zmieniło się na lepsze, jedynie czwórka w zasadzie stoi w miejscu, nikomu nie jest gorzej. Wasze życie też takie będzie. Nic nie nastąpi radykalnie, z dnia na dzień. To powolny proces, wspinania się po kolejnych szczeblach. O to właśnie chodzi. O wędrówkę. Skoki pojawią się znacznie rzadziej.

Co wyróżniało tych, którzy najszybciej i najdalej poszli do przodu? Chęć zmian, niezgoda na zastane, inicjatywa, chęć nauki, popróbowania czegoś innego i często praca dłuższa niż 8 godzin (i zazwyczaj nie u jednego pracodawcy). Warto o tym pamiętać.

Na koniec dwa słowa o koledze, który został milionerem. Jakie są jego cechy? Cały czas z pierwszą żoną, przesympatyczną, pracowitą, oszczędną – wzorem prawie biblijnym. Ma wsparcie rodziców i teściów. Nigdy nie nastawiał się na szybki zysk, lecz dorobił się konserwatywnie: nieruchomości, lokaty. Kredyty brał tylko na inwestycje, na niektórych stracił, ale ogólnie wyszedł na spory plus. Nie konsumuje ostentacyjnie, zupełnie nie wygląda na milionera. Nie zarabiał nigdy z pracy gigantycznych pieniędzy. Mnóstwo czyta. I jest po prostu zwykłym facetem, nie wyróżniającym się z tłumu. Podobnie zresztą jak ja.

Największy wróg bogactwa

Tytułowy wróg bogactwa to tzw. „zabijacze czasu”. Zaraz wyjaśnię, dlaczego.

Największym sprzymierzeńcem  zamożności jest czas. Pozwala on cieszyć się życiem, rosnąć inwestycjom, zarabiać, odpoczywać, planować następne posunięcia. Wielu ludzi zupełnie tego nie rozumie. Wydaje się, że cierpią oni z powodu zbyt dużej ilości wolnego czasu – dobra tak cennego, w dzisiejszym zapędzonym świecie. Starają się owe cierpienie złagodzić, wykonując bezsensowne czynności, które nie są ani pożyteczne, ani mądre, ani prowadzące ich do celu. Oglądają programy „rozrywkowe” w telewizji, bezrefleksyjnie (tj. szukając nie odpoczynku, wiedzy, informacji lecz tylko pozornego zajęcia) przeglądają strony internetowe, grają na komputerze/tablecie/konsoli/telefonie itp. Stają się przedmiotem tzw. biernego spędzania wolnego czasu. Mają go tak dużo, że mogą dziennie zmarnować w ten sposób 4-5 godzin dziennie, a więc 120-150 godzin miesięcznie (na pracę etatową przeznaczamy 170 godzin, a na sen 240).

Wyobrażasz sobie? Czas ten można spędzić z rodziną tworząc doskonałą więź z żoną/mężem. Można nauczyć się czegoś pożytecznego (języka obcego), zdobyć nowy zawód. Osoby refleksyjne postarają się pobyć „ze sobą”, mieć chwilę wytchnienia, na spokojną kąpiel, spacer. Aktywni przeznaczą chociaż godzinę dziennie na sport, hobby. Zmierzający skrótem do zamożności znajdą dodatkowe płatne zajęcie i zarobią prawie drugą pensję, którą można zaoszczędzić.

W innych wpisach mówię jaką moc mają dwie dodatkowe godziny dziennie, jak bardzo zmienił moje życie nawyk wstawania o 4, zamiast po 6, a tu marnuje się 2 razy tyle czasu. Już teraz wiesz, dlaczego ja jestem zamożny, a oni biedni (i to biedni pod każdym względem). Tym co nas różni jest sposób wykorzystywania czasu, który w istocie jest pieniądzem.

Dodatkowo „zabijacze czasu” nic nie dają. Co zyskałeś oglądając po kolei 3 paradokumenty, program o wybrykach polityków (wiadomości), potem film o kosmitach i popisy gwiazd na lodzie? Co daje Ci taka „aktywność” przed telewizorem dzień po dniu, miesiąc po miesiącu, rok za rokiem?  Jaki pozytywny wpływ na Twoje życie ma zdobyty z takim trudem 155 level w grze komputerowej?

Wiesz co straciłeś w zamian? Rodzinę, szansę na bycie lepszym człowiekiem, a wreszcie bogactwo.

Dlatego uczyń wszystko aby już dziś odciąć od tych rozrywek. Zacznij planować swoje życie, tak abyś mógł za rok powiedzieć, że godzin tych nie zmarnowałeś, lecz przeznaczyłeś je pożytecznie.  Życzę Ci tego.

Czy warto brać dodatkową pracę?

Odpowiedź na takie pytanie może być tylko jedna – to zależy. Zależy przede wszystkim od tego, na co chcemy przeznaczyć ekstra środki. Jeżeli na rozrywki, przyjemności i ogólnie na szybkie wydatki, wtedy dodatkowa praca to błąd. Jeżeli na inwestycje, zakup mieszkania, spłatę kredytu wtedy jestem za. Dlaczego?

Minusy:

Dodatkowa praca, to mniej czasu na inne zajęcia.

Nikomu nie trzeba tłumaczyć, że dodatkowe zarobki to nie tylko przyjemność, ale i nadprogramowe obowiązki. Musisz zamiast pracować 40 godzin tygodniowo, poświęcać aż 50-60 godzin. Więcej czasu w pracy to mniej czasu dla dzieci, żony/męża.

Zmęczenie i stan zdrowia.

Jeżeli więcej pracujesz, mniej odpoczywasz, Twój stan zdrowia pogarsza się. Potrafisz być chronicznie zmęczony. Nie bez powodu określono normę czasu pracy na 40 godzin. Zrobiono tak właśnie ze względu na wytrzymałość naszego organizmu.

Plusy:

Zdobywasz dodatkowe doświadczenie.

Nowe zajęcia, to nowe wyzwania. Im więcej pracujesz, tym więcej się uczysz. W efekcie jesteś więcej wart w podstawowej pracy.

Masz alternatywę.

W razie zwolnienia, które wszędzie może się zdarzyć, nie zostajesz na lodzie. Istnieje punkt startowy, z którego dochód, przy odrobinie szczęścia, wystarczy na życie, albo przynajmniej na pokrycie niezbędnego minimum. Możesz też samodzielnie zdecydować o zmianie pracy.

I na koniec bardzo ważne – masz środki na inwestycje.

Pensja podstawowa ma to do siebie, że w przypadku 80% osób akurat wystarcza na życie. Niewiele udaje się oszczędzić (poza szczęśliwcami zarabiającymi znacznie powyżej przeciętnej).  Zatrudniając się dodatkowo, uzyskujesz efekt kilkudziesięcioprocentowej podwyżki. Przeznaczając ją na inwestycję (rozumianą jako odłożone pieniądze w celu ich pomnożenia) lub zakup trwałego dobra (mieszkanie, działka, budowa domu) pomnażasz swój majątek. Spłacając kredyt zmniejszasz swoje zobowiązania, a więc i przyszłe obciążenia.  Jak to wygląda w moim przypadku?

Gdybym pracował tylko w podstawowym miejscu pracy i wydawał na obecnym poziomie,  rocznie zostawałoby mi 1200 zł. Ponieważ jednak działam na kilka frontów potrafię rocznie odłożyć kilkadziesiąt tysięcy. Rozumiesz tę zasadę? Dodatkowa praca była jednym z filarów mojej zamożności. Bez niej nie potrafiłbym niczego odłożyć. Ponieważ bez oszczędzania nie ma inwestycji, nie możesz zacząć pomnażać pieniędzy.

I to jest zasadniczy plus dodatkowego zatrudnienia.

Mój plan na gwiazdkowe prezenty.

Dzisiaj Mikołajki. Wielkimi krokami zbliża się Gwiazdka.  Na wystawach już widać bożonarodzeniowe dekoracje. Wszystkie sklepy przygotowują się do zakupowego szaleństwa. Jak w tym wszystkim nie zwariować?  Po prostu, jak skaut – bądź przygotowany.

W mojej rodzinie koniec roku to istne szaleństwo wydatkowe. Jesteśmy rodziną mocno wielodzietną, zwłaszcza jak na dzisiejsze standardy. Mam trójkę rodzeństwa. Każde z nas przynajmniej po troje dzieci. Część z nich jest już mocno dorosła, ale większość to nadal, no cóż …  dzieci. Dodatkowo, jeden z moich synów ma w listopadzie urodziny, drugi imieniny. W lutym przypadają urodziny kolejnych dwóch, walentynki i nasza rocznica ślubu, i jeszcze imieniny mojej mamy.  Razem muszę kupić 26 prezentów.

To spory problem, logistyczny (kiedy znaleźć czas na chodzenie po sklepach) i finansowy.

Rozwiązałem go tak. Prezenty na luty kupuję w styczniu (sezon wyprzedaży). Zostaje 21.

Listopadowe w październiku. Zostaje 19. No właśnie, te 19 prezentów kupować w szale i ostatniej chwili? Skąd wziąć tyle pieniędzy w domowym budżecie? Czy mam zamieszkać w sklepie, bo nie warto z niego wychodzić?

Najpierw o czasie. Prezenty kupuję przez kilka dni, na początku listopada. Z dziećmi jest prosto. Piszą listy do Świętego Mikołaja. Wystarczy tylko przeczytać, ewentualnie podpytać rodzeństwo i pomysły gotowe. Załatwiam to jednego dnia, często taszcząc worek z kilkunastoma pakunkami. Część kupuję przez internet (przychodzące paczki odbieram na poczcie, nie budząc zainteresowania najmłodszych).

Z dorosłymi bywa trudniej, ale też prezentów jest mniej, już tylko kilka. W dwa popołudnia da się załatwić.  Ponieważ wszystko załatwiam w listopadzie, nie mam potem problemów z pokusami w mocno handlowym grudniu. Pozostaje tylko czekać na pierwszą gwiazdkę.

No i jak za to wszystko zapłacić? Zastanawiasz się pewnie nie bez trwogi, zwłaszcza jeśli masz liczną rodzinę? Zastosowałem następujący wybieg. Posiadam specjalny fundusz prezentowy. Na poczet prezentów (wszystkich, nie tylko tych gwiazdkowych) odkładam przez cały rok 100 zł miesięcznie. Unikam w ten sposób problemów z wydatkami „na raz”, spiętrzeniem w krótkim okresie (u mnie: luty, maj-czerwiec, listopad-grudzień).  Do worka z napisem „prezenty” ,  a w zasadzie na specjalne konto oszczędnościowe trafiają wszystkie nagrody od pracodawcy. Jeśli są mniejsze, to i prezenty skromniejsze, jeśli szef zaszalał, a ja spisywałem się wyjątkowo dobrze, to mogę sobie pozwolić na więcej.

Ot i cały sekret.

Uzbierać na spełnienie marzeń. Część III.

WIARA
Plan i wewnętrzna dyscyplina nie wystarczą aby zdobyć się na wielki wysiłek. Potrzebna jest jeszcze wiara, w to że cel jest naprawdę ważny.  Mierz wysoko i w to co dla Ciebie istotne. Odrzucaj  marzenia z gatunku „fajnie byłoby mieć’ na rzecz „muszę to zrobić/kupić bo inaczej w chwili śmierci będę bardzo żałował”. Jak jednak odróżnić jedne od drugich? Istnieje prosty test na sprawdzenie czy dany pomysł jest zachcianką czy marzeniem. Nazywam go „drogą trzech pytań”.
– Czy myślę o tym już długo, czy może dopiero od wczoraj?
– Czy marzenie pojawiło się we mnie samo (wypływa z mojego stylu życia) czy pod wpływem impulsu (rozmowy, programu telewizyjnego, reklamy)?
– Czy jest zgodne z moimi podstawowymi zasadami?
Przejdźmy zatem tę drogę z różnymi pomysłami. Podzielę się z Tobą moimi marzeniami/planami częściowo już zrealizowanymi .
Odwiedzić Francję i spędzić tam przynajmniej 3 tygodnie.
Dwadzieścia lat temu zacząłem uczyć się francuskiego, pojechałem z wycieczką studencką i byłem pod wrażeniem. W mojej rodzinie wiele osób znało francuski, ale ze względu na żelazną kurtynę, od wojny nie mieli okazji zwiedzić Francji. Sam język, jak i kultura są mi bliskie. Pierwsze pytanie zaliczone.
Lubię zwiedzać. Lubię poznawać ludzi i oglądać wciąż nowe miejsca. Nie potrafię leżeć na plaży dłużej niż 2 godziny. Zawsze jestem w ruchu. Francja to kolebka kultury z pięknymi zabytkami . Jest zgodna z moim stylem życia, aby o niej myśleć nie potrzebuję reklamy. Pytanie drugie zaliczone.
Wyjazd do Francji nie jest nielegalny. Mieści się w moich planach i zamierzeniach (pokazać dzieciom jak różnorodny może być świat). Pozwala aktywnie spędzać czas. Pytanie trzecie zaliczone.

 

Uzbierać na spełnienie marzeń. Część II.

DYSCYPLINA
To, że wiesz co powinieneś robić, nie zawsze oznacza faktyczne wykonanie. Tutaj poważny dorosły często spotyka się z wewnętrznym dzieckiem. Dzieckiem mniej zdyscyplinowanym, bo pozostającym bez nadzoru.
Przykłady z życia codziennego. Zdajemy sobie sprawę z konieczności ćwiczeń minimum trzy razy w tygodniu. Ilu z nas ćwiczy? Niby pamiętamy o potrzebie odkładania na emeryturę, ale ten samochód/ta bluzka/ te wakacje tak nam się podobają, więc nie tylko wydajemy od razu wszystkie pieniądze, ale i zaciągamy kredyty, spłacane potem z mozołem.
W dyscyplinie chodzi o to, aby być samemu sobie nadzorcą. Wyznaczać krótkie okresy czasu, na realizację małych celów, nagradzać się za ich wykonanie i karać za odstępstwa. Wydaje się to proste, ale takim nie jest. Przez lata przyzwyczajamy się działać inaczej. Jak zatem robić to dobrze.
Po pierwsze, chodzi o to, żeby oszczędzanie na spełnianie marzeń, stało się naszym nawykiem, czymś co robimy prawie automatycznie, zupełnie bezrefleksyjnie. Nie osiągniemy tego w jeden dzień. Wracając do przykładu powyżej. Na domek na wsi potrzebujesz regularnych comiesięcznych oszczędności 400 zł. To oznacza około 15 zł dziennie. Zacznij więc wrzucać do skarbonki lub jakiegokolwiek innego pojemnika (może nim być stary wazon, lub tak jak u mnie pudełko po butach), 15 zł każdego ranka. Na koniec miesiąca wpłać na konto oszczędnościowe. Przez pierwszy miesiąc będziesz musiał przypominać sobie , o konieczności oszczędzania (np. ustawiając przypomnienie w telefonie komórkowym), potem wejdzie Ci to w krew.
Po drugie nie daj się wystawom sklepowym. Nałogowi alkoholicy rozpoczynają trzeźwienie od planu – „tylko jeden dzień” – chcą być trzeźwi do wieczora, nie planują na lata. Ty postępuj podobnie. Obiecaj sobie, że nie wydasz tych pieniędzy przez ten jeden dzień. Stopniowo dni zmienią się w tygodnie, tygodnie w lata, a lata pozwolą Ci spełnić marzenia. To nie jest łatwe. Ale tak jak alkoholik nie spotyka się przy wódce z przyjaciółmi (unika alkoholu), tak Ty zaprzestań włóczenia się po sklepach.  Galeria handlowa to nie forma rozrywki.
Po trzecie nagradzaj się. Jedna z zasad zarządzania brzmi – to co jest nagradzane, jest też robione. Wie o tym doskonale Twój pracodawca. Nie bez powodu ustala Ci plany, rozlicza z ich wykonania, a na koniec roku/kwartału/miesiąca wypłaca premię. Nie bez przyczyny masz kierownika, który sprawdza jak pracujesz. Bądź swoim pracodawcą, swoim kierownikiem. Ustal system nagród. Wykonałeś plan miesięczny – pójdź do cukierni na dobrą kawę i ciastko. Wykonałeś plan kwartalny – weź sobie w pracy dzień wolny i spędź go tak jak lubisz. Wykonałeś plan roczny – możesz wybrać się na weekend z małżonkiem gdzieś niedaleko. Oczywiście nagrody są przykładowe, możesz spokojnie je zmienić. Ważna jest idea.

Po czwarte – czasami musisz się ukarać. Nie namawiam absolutnie do samobiczowania, samooskarżania, wmawiania sobie, że jesteś beznadziejny. Nie jesteś, po prostu czasami nawalasz. Każdy robi to od czasu do czasu. Staraj się wtedy odbyć pokutę i …. wracaj na ścieżkę regularnego odkładania. Jaka powinna być kara? To zależy od winy ale zawsze musi wnosić coś pozytywnego do Twojego życia. Jeżeli zapomniałeś dwa dni o swojej skarbonce – może to być telefon do nielubianej teściowej (może nie oszczędzisz szybko na dom, ale przynajmniej relacje z teściową się poprawią). Jeżeli wydałeś półroczne oszczędności – no tu już nie wykręcisz się byle czym – obiecaj sobie, że przez miesiąc podasz żonie śniadanie do łóżka. Zobaczysz jak się zdziwi.

Uzbierać na spełnienie marzeń. Część I.

Wszyscy o czymś marzymy.

Ponieważ jednak nasze doświadczenia, zwyczaje, sytuacja finansowa i rodzinna różnią się, nasze pragnienia też muszą być inne. Inaczej marzy młoda matka (o tym aby wreszcie wyspać się do woli i chociaż jest to niewymierne w pieniądzu, na razie nieosiągalne), pan w średnim wieku (rzucić wszystko, aby pojechać w podróż dookoła świata), jak i student (założyć firmę, która podbije świat).
Większość naszych pragnień ma jednak wspólny mianownik – zazwyczaj wymagają czasu, pieniędzy, bądź jednego i drugiego jednocześnie. O zaplanowaniu idealnego momentu na realizację swoich zamierzeń napiszę kiedy indziej. Teraz skupię się na kwestiach finansowych.
Dobra wiadomość jest taka, że masz sporą szansę na spełnienie marzeń. Wymaga to jednak: zaplanowania, dyscypliny i prawdziwej wiary w to, że miejsce do którego zdążamy jest właśnie, tym rzeczywiście najpiękniejszym.
PLANOWANIE – ZAMIEŃ MARZENIA W CELE
Niezależnie, czy marzymy o podróżach, przedmiotach lub wydarzeniach, zazwyczaj potrzebujemy pieniędzy na ich zmaterializowanie się. Czasami jest to kwota większa, a czasami całkiem niewielka. I tak, wycieczka do Francji, aby zobaczyć Paryż, może kosztować 1500 zł jak i kilkadziesiąt tysięcy zł (jeżeli planujemy zostać tam na rok). Wymiana auta to koszt od 1.000 zł do kilkuset tysięcy zł  (lub nawet milionów). Zakup lub budowa wymarzonego domu, kosztować nas będzie od kilkuset tysięcy zł do kilkudziesięciu milionów zł. Organizacja ślubu może wymagać od kilkunastu do kilkuset tysięcy złotych.
Trzeba zatem wiedzieć, co jest dla nas ważne i ile to kosztuje. To bardzo ważny moment. W ten sposób niesprecyzowane marzenie zmienia się w konkretny, namacalny cel. Posłużmy się tu przykładem domu. Marzysz o niewielkiej sielskiej chatce gdzieś na wsi. Sprawdziłeś w ogłoszeniach, że siedliska (dom z niewielką działką) kosztują w wymarzonej okolicy np. 100.000 zł. Oczywiście, aby spędzać tam weekendy i wakacje potrzebujesz jeszcze remontu – załóżmy, że za drugie tyle. Twój cel można zatem wyrazić sumą 200.000 zł i przyjemną wizją śpiewających ptaków, kawy na tarasie itp.
Druga kwestia – do kiedy pragniesz odłożyć pieniądze. Załóżmy, że wiedząc o wysokiej kwocie, masz świadomość trudności realizacji celu w 1 rok. Myślisz – dobrze byłoby stać się właścicielem takiej chatki w ciągu 10 lat. Remont będziesz prowadził na bieżąco (czyli wydasz 100.000 zł przez następne 10 lat). Rocznie musisz zaoszczędzić 10.000 zł tj. ok. 800 zł miesięcznie.
Teraz pojawia się problem – jak zaoszczędzić te 10.000 zł. Np. co roku, dostajesz w pracy nagrodę, ok. 3.000 zł. Zazwyczaj przeznaczałeś ją na gadżety. Ponieważ jednak naprawdę chcesz tego domu, postanawiasz – będę odkładał na realizację marzenia. Dodatkowo, ponieważ masz dwójkę dzieci, przysługuje Ci ulga podatkowa, co roku urząd skarbowy zwraca 2.400 zł. Wreszcie, postanawiasz rzucić palenie i zaoszczędzisz w ten sposób 400 zł w każdym miesiącu. Ile uzbierasz na koniec roku? Policzmy: 3000 zł + 2400 zł + 4800 zł = 10.200 zł.
W moim budżecie mogłoby się to udać (tylko zamiast papierosów wstawiłbym coś zupełnie innego), ale Ty musisz sprawdzić, czy cel jest osiągalny, tzn. czy nie stanowi dla Ciebie zbyt wielkiego obciążenia. Takiego ciężaru, którego nie jesteś w stanie podźwignąć. Przykład? Proszę bardzo. Zarabiasz miesięcznie 2.000 zł, Twój małżonek podobnie, macie dwójkę dzieci. I z tych 4.000 zł, aby zrealizować cel planujecie odłożyć połowę, nie mogąc jednocześnie w żaden sposób dorobić. To nierealne i im wcześniej sobie to uświadomicie tym lepiej. W podobną pułapkę wpadło wiele rodzin kupując na kredyt z ratą w wysokości połowy dochodów wymarzony dom pod miastem zamiast niewielkiego mieszkania.
W ten sposób dokonałeś czynności planowania. Wiesz, czego chcesz (domu), za ile (100.000 zł+ 100.000 zł remont), w jakim terminie (10 lat na zakup i 10 na remont), oraz jak to zrobić (rzucając palenie, odkładając nagrodę i zwrot ulgi na dziecko).

Zasada ,,+20%”

Doświadczenie nauczyło mnie, że warto w życiu kierować się zasadą „+20%”. Jeżeli jej nie znasz, krótko wytłumaczę, o co chodzi.

„+20%” to zwyczaj dokładania 20% wysiłku, pieniędzy, czasu, do wszystkiego, co trzeba wykonać. W praktyce wygląda to tak.

Załóżmy, że każdy z nas, żeby przeżyć, pracuje 40 godzin w tygodniu. Ja poświęcam na pracę minimum 48 godzin. Zdecydowanie szybciej zdobywam doświadczenie – no i więcej zarabiam.

Tekst, pisany w pracy, na studiach, powinien mieć minimum 100 słów. Zawsze dodaję do niego 20 słów ekstra. Pokazuje w ten sposób, że nie zadowalam się absolutnym minimum (tak jak w szkole oceną tzw. państwową czyli 2), kształcę stale swój charakter.

Żeby nauczyć się nowego zagadnienia, potrzebuję 10 godzin. Poświęcę 12 i będę umiał zdecydowanie lepiej, niż wszyscy moi konkurenci.

Aby być zdrowym, potrzebuję przynajmniej 30.minutowego wysiłku 3 razy w tygodniu. Ja ćwiczę 36 minut.

Czy to w ogóle działa? Powiem tak, zasada „+20%” zasadniczo zmieniła moje życie. To jeden z fundamentów bogactwa. Zobacz, jakie może mieć skutki.

Pracując 48 godzin tygodniowo zamiast 40, otrzymuję 20% większe wynagrodzenie. Czyli nagle mogę oszczędzić 12% moich zarobków, zamiast 10%, prawda? Nieprawda. Nagle mogę oszczędzić 25% moich zarobków, żyjąc na tym samym poziomie (oszczędzałem 10 zł ze 100 zł, teraz 30 zł ze 120 zł). Czyli poświęcając 20% czasu więcej, tempo przyrostu majątku rośnie o 200%. Ponieważ szybciej nabieram doświadczenia, po kilku latach mogę zażądać podwyżki, znacznie wyższej niż przeciętna.

Podobnie jest z większością wyzwań, które podejmuję. Uczę się więcej, mój szef więcej mi płaci. Ćwiczę więcej, jestem o wiele zdrowszy (większość pozytywnych zmian pojawia się dopiero po przekroczeniu tych 30 minut wysiłku). Wyższa stawka w firmie (wynikająca z mojego doświadczenia zdobytego przez intensywniejszą pracę) pozwala mi osiągnąć wzrost oszczędności, analogiczne do tych z pracy dłuższej o 8 godzin tygodniowo .

I na koniec, najlepszy skutek zasady „+20%”, szybko zmienia się ona w zasadę „+50%”, i nagle wyniki zamiast pełzać jak u większości, eksplodują.

I dotyczy to nie tylko finansów.

500 zł na dziecko

Jako rodzic byłem żywo zainteresowany obietnicą przyznania 500 zł na każde dziecko, złożoną jeszcze w kampanii prezydenckiej. Wprawdzie nagle okazało się, że wycofano się z pomysłu dofinansowania pierwszego dziecka „bogatych” rodziców, ale o wsparciu nadal było głośno. Oczywiście nie koncentrowałem się na doniesieniach medialnych, lecz sięgnąłem do projektu ustawy i oto co z niego wyczytałem.

„Bogactwo”, uniemożliwiające staranie się o to świadczenie na pierwsze dziecko, zdefiniowano na poziomie dochodu 800 zł na osobę netto (jeśli jedno z dzieci jest niepełnosprawne to 1200 zł). Do tego dochodu wlicza się wszystko, w tym dochody zwolnione  z opodatkowania (stypendia uczniowskie, świadczenia rodzinne, diety, alimenty), a nawet przychody opodatkowane ryczałtem (np. z najmu).  To pierwsza kwestia. W efekcie np. samotna matka zarabiająca 1350 zł netto, otrzymująca 500 zł alimentów na dziecko, przekroczy próg dochodowy i na jedynaka nie dostanie nic.  Jeżeli ma dwoje dzieci i zasądzone alimenty po 500 zł, może zarobić „aż” 1400 zł netto.

Jednocześnie sztywne pojęcie „dochodu” dla przedsiębiorcy oznacza, że rodzina z gigantycznymi przychodami, a jednocześnie minimalnymi dochodami w sensie księgowym (amortyzacja, koszty), obiektywnie bogata, przy niepracującej żonie, będzie uprawniona do 500 zł każde dziecko.

Podobnie będzie z rolnikami. Dochód jest tam pojmowany ryczałtowo, sumą 250 zł na hektar przeliczeniowy.  Czyli posiadanie przez rodzinę 9-hektarowego gospodarstwa (dla uproszczenia przeliczeniowego) pozwoli ubiegać się o świadczenie na pierwsze dziecko. Wybaczcie, ale poziom środków do dyspozycji u takiego rolnika, czy przedsiębiorcy, jest znacznie wyższy niż u samotnej matki na minimalnej.

W podobnej, uprzywilejowanej pozycji będą: pracujący na czarno w Polsce, nielegalnie za granicą, rentierzy (nie ma mowy o dochodzie z „podatku Belki”). Chyba nie chodziło o wsparcie szarej strefy, prawda? Jest jeszcze czas dopracować projekt.

Taka konstrukcja może powodować rozwody np. gdy jedno z rodziców pracuje legalnie, a drugie nie. Wtedy to, które zostaje z dzieckiem i nie ma miejsca zatrudnienia, świadczenie otrzyma.

I na koniec, największa kontrowersja, 500 zł na drugie i kolejne dziecko, niezależnie od dochodów rodziny.  W mojej ocenie to błąd i podzielam opinię rozmówców Pani Premier. Próg dochodowy powinien być. Wysoki, ale zawsze. Niech będzie to np. 6-krotność kwoty podstawowej (4800 zł na osobę), ale niech istnieje.  Brak takiej granicy niweczy dodatkowy cel projektu – wzrost przychodów państwa z tytułu podatków: dochodowego i VAT. Ludzie bogaci (a nie tylko zamożni) wydadzą często na wakacje poza granicami i skutek będzie żaden.  Moim zdaniem, także do poprawki.