Czy warto brać dodatkową pracę?

Odpowiedź na takie pytanie może być tylko jedna – to zależy. Zależy przede wszystkim od tego, na co chcemy przeznaczyć ekstra środki. Jeżeli na rozrywki, przyjemności i ogólnie na szybkie wydatki, wtedy dodatkowa praca to błąd. Jeżeli na inwestycje, zakup mieszkania, spłatę kredytu wtedy jestem za. Dlaczego?

Minusy:

Dodatkowa praca, to mniej czasu na inne zajęcia.

Nikomu nie trzeba tłumaczyć, że dodatkowe zarobki to nie tylko przyjemność, ale i nadprogramowe obowiązki. Musisz zamiast pracować 40 godzin tygodniowo, poświęcać aż 50-60 godzin. Więcej czasu w pracy to mniej czasu dla dzieci, żony/męża.

Zmęczenie i stan zdrowia.

Jeżeli więcej pracujesz, mniej odpoczywasz, Twój stan zdrowia pogarsza się. Potrafisz być chronicznie zmęczony. Nie bez powodu określono normę czasu pracy na 40 godzin. Zrobiono tak właśnie ze względu na wytrzymałość naszego organizmu.

Plusy:

Zdobywasz dodatkowe doświadczenie.

Nowe zajęcia, to nowe wyzwania. Im więcej pracujesz, tym więcej się uczysz. W efekcie jesteś więcej wart w podstawowej pracy.

Masz alternatywę.

W razie zwolnienia, które wszędzie może się zdarzyć, nie zostajesz na lodzie. Istnieje punkt startowy, z którego dochód, przy odrobinie szczęścia, wystarczy na życie, albo przynajmniej na pokrycie niezbędnego minimum. Możesz też samodzielnie zdecydować o zmianie pracy.

I na koniec bardzo ważne – masz środki na inwestycje.

Pensja podstawowa ma to do siebie, że w przypadku 80% osób akurat wystarcza na życie. Niewiele udaje się oszczędzić (poza szczęśliwcami zarabiającymi znacznie powyżej przeciętnej).  Zatrudniając się dodatkowo, uzyskujesz efekt kilkudziesięcioprocentowej podwyżki. Przeznaczając ją na inwestycję (rozumianą jako odłożone pieniądze w celu ich pomnożenia) lub zakup trwałego dobra (mieszkanie, działka, budowa domu) pomnażasz swój majątek. Spłacając kredyt zmniejszasz swoje zobowiązania, a więc i przyszłe obciążenia.  Jak to wygląda w moim przypadku?

Gdybym pracował tylko w podstawowym miejscu pracy i wydawał na obecnym poziomie,  rocznie zostawałoby mi 1200 zł. Ponieważ jednak działam na kilka frontów potrafię rocznie odłożyć kilkadziesiąt tysięcy. Rozumiesz tę zasadę? Dodatkowa praca była jednym z filarów mojej zamożności. Bez niej nie potrafiłbym niczego odłożyć. Ponieważ bez oszczędzania nie ma inwestycji, nie możesz zacząć pomnażać pieniędzy.

I to jest zasadniczy plus dodatkowego zatrudnienia.

Mój plan na gwiazdkowe prezenty.

Dzisiaj Mikołajki. Wielkimi krokami zbliża się Gwiazdka.  Na wystawach już widać bożonarodzeniowe dekoracje. Wszystkie sklepy przygotowują się do zakupowego szaleństwa. Jak w tym wszystkim nie zwariować?  Po prostu, jak skaut – bądź przygotowany.

W mojej rodzinie koniec roku to istne szaleństwo wydatkowe. Jesteśmy rodziną mocno wielodzietną, zwłaszcza jak na dzisiejsze standardy. Mam trójkę rodzeństwa. Każde z nas przynajmniej po troje dzieci. Część z nich jest już mocno dorosła, ale większość to nadal, no cóż …  dzieci. Dodatkowo, jeden z moich synów ma w listopadzie urodziny, drugi imieniny. W lutym przypadają urodziny kolejnych dwóch, walentynki i nasza rocznica ślubu, i jeszcze imieniny mojej mamy.  Razem muszę kupić 26 prezentów.

To spory problem, logistyczny (kiedy znaleźć czas na chodzenie po sklepach) i finansowy.

Rozwiązałem go tak. Prezenty na luty kupuję w styczniu (sezon wyprzedaży). Zostaje 21.

Listopadowe w październiku. Zostaje 19. No właśnie, te 19 prezentów kupować w szale i ostatniej chwili? Skąd wziąć tyle pieniędzy w domowym budżecie? Czy mam zamieszkać w sklepie, bo nie warto z niego wychodzić?

Najpierw o czasie. Prezenty kupuję przez kilka dni, na początku listopada. Z dziećmi jest prosto. Piszą listy do Świętego Mikołaja. Wystarczy tylko przeczytać, ewentualnie podpytać rodzeństwo i pomysły gotowe. Załatwiam to jednego dnia, często taszcząc worek z kilkunastoma pakunkami. Część kupuję przez internet (przychodzące paczki odbieram na poczcie, nie budząc zainteresowania najmłodszych).

Z dorosłymi bywa trudniej, ale też prezentów jest mniej, już tylko kilka. W dwa popołudnia da się załatwić.  Ponieważ wszystko załatwiam w listopadzie, nie mam potem problemów z pokusami w mocno handlowym grudniu. Pozostaje tylko czekać na pierwszą gwiazdkę.

No i jak za to wszystko zapłacić? Zastanawiasz się pewnie nie bez trwogi, zwłaszcza jeśli masz liczną rodzinę? Zastosowałem następujący wybieg. Posiadam specjalny fundusz prezentowy. Na poczet prezentów (wszystkich, nie tylko tych gwiazdkowych) odkładam przez cały rok 100 zł miesięcznie. Unikam w ten sposób problemów z wydatkami „na raz”, spiętrzeniem w krótkim okresie (u mnie: luty, maj-czerwiec, listopad-grudzień).  Do worka z napisem „prezenty” ,  a w zasadzie na specjalne konto oszczędnościowe trafiają wszystkie nagrody od pracodawcy. Jeśli są mniejsze, to i prezenty skromniejsze, jeśli szef zaszalał, a ja spisywałem się wyjątkowo dobrze, to mogę sobie pozwolić na więcej.

Ot i cały sekret.

Uzbierać na spełnienie marzeń. Część III.

WIARA
Plan i wewnętrzna dyscyplina nie wystarczą aby zdobyć się na wielki wysiłek. Potrzebna jest jeszcze wiara, w to że cel jest naprawdę ważny.  Mierz wysoko i w to co dla Ciebie istotne. Odrzucaj  marzenia z gatunku „fajnie byłoby mieć’ na rzecz „muszę to zrobić/kupić bo inaczej w chwili śmierci będę bardzo żałował”. Jak jednak odróżnić jedne od drugich? Istnieje prosty test na sprawdzenie czy dany pomysł jest zachcianką czy marzeniem. Nazywam go „drogą trzech pytań”.
– Czy myślę o tym już długo, czy może dopiero od wczoraj?
– Czy marzenie pojawiło się we mnie samo (wypływa z mojego stylu życia) czy pod wpływem impulsu (rozmowy, programu telewizyjnego, reklamy)?
– Czy jest zgodne z moimi podstawowymi zasadami?
Przejdźmy zatem tę drogę z różnymi pomysłami. Podzielę się z Tobą moimi marzeniami/planami częściowo już zrealizowanymi .
Odwiedzić Francję i spędzić tam przynajmniej 3 tygodnie.
Dwadzieścia lat temu zacząłem uczyć się francuskiego, pojechałem z wycieczką studencką i byłem pod wrażeniem. W mojej rodzinie wiele osób znało francuski, ale ze względu na żelazną kurtynę, od wojny nie mieli okazji zwiedzić Francji. Sam język, jak i kultura są mi bliskie. Pierwsze pytanie zaliczone.
Lubię zwiedzać. Lubię poznawać ludzi i oglądać wciąż nowe miejsca. Nie potrafię leżeć na plaży dłużej niż 2 godziny. Zawsze jestem w ruchu. Francja to kolebka kultury z pięknymi zabytkami . Jest zgodna z moim stylem życia, aby o niej myśleć nie potrzebuję reklamy. Pytanie drugie zaliczone.
Wyjazd do Francji nie jest nielegalny. Mieści się w moich planach i zamierzeniach (pokazać dzieciom jak różnorodny może być świat). Pozwala aktywnie spędzać czas. Pytanie trzecie zaliczone.

 

Uzbierać na spełnienie marzeń. Część II.

DYSCYPLINA
To, że wiesz co powinieneś robić, nie zawsze oznacza faktyczne wykonanie. Tutaj poważny dorosły często spotyka się z wewnętrznym dzieckiem. Dzieckiem mniej zdyscyplinowanym, bo pozostającym bez nadzoru.
Przykłady z życia codziennego. Zdajemy sobie sprawę z konieczności ćwiczeń minimum trzy razy w tygodniu. Ilu z nas ćwiczy? Niby pamiętamy o potrzebie odkładania na emeryturę, ale ten samochód/ta bluzka/ te wakacje tak nam się podobają, więc nie tylko wydajemy od razu wszystkie pieniądze, ale i zaciągamy kredyty, spłacane potem z mozołem.
W dyscyplinie chodzi o to, aby być samemu sobie nadzorcą. Wyznaczać krótkie okresy czasu, na realizację małych celów, nagradzać się za ich wykonanie i karać za odstępstwa. Wydaje się to proste, ale takim nie jest. Przez lata przyzwyczajamy się działać inaczej. Jak zatem robić to dobrze.
Po pierwsze, chodzi o to, żeby oszczędzanie na spełnianie marzeń, stało się naszym nawykiem, czymś co robimy prawie automatycznie, zupełnie bezrefleksyjnie. Nie osiągniemy tego w jeden dzień. Wracając do przykładu powyżej. Na domek na wsi potrzebujesz regularnych comiesięcznych oszczędności 400 zł. To oznacza około 15 zł dziennie. Zacznij więc wrzucać do skarbonki lub jakiegokolwiek innego pojemnika (może nim być stary wazon, lub tak jak u mnie pudełko po butach), 15 zł każdego ranka. Na koniec miesiąca wpłać na konto oszczędnościowe. Przez pierwszy miesiąc będziesz musiał przypominać sobie , o konieczności oszczędzania (np. ustawiając przypomnienie w telefonie komórkowym), potem wejdzie Ci to w krew.
Po drugie nie daj się wystawom sklepowym. Nałogowi alkoholicy rozpoczynają trzeźwienie od planu – „tylko jeden dzień” – chcą być trzeźwi do wieczora, nie planują na lata. Ty postępuj podobnie. Obiecaj sobie, że nie wydasz tych pieniędzy przez ten jeden dzień. Stopniowo dni zmienią się w tygodnie, tygodnie w lata, a lata pozwolą Ci spełnić marzenia. To nie jest łatwe. Ale tak jak alkoholik nie spotyka się przy wódce z przyjaciółmi (unika alkoholu), tak Ty zaprzestań włóczenia się po sklepach.  Galeria handlowa to nie forma rozrywki.
Po trzecie nagradzaj się. Jedna z zasad zarządzania brzmi – to co jest nagradzane, jest też robione. Wie o tym doskonale Twój pracodawca. Nie bez powodu ustala Ci plany, rozlicza z ich wykonania, a na koniec roku/kwartału/miesiąca wypłaca premię. Nie bez przyczyny masz kierownika, który sprawdza jak pracujesz. Bądź swoim pracodawcą, swoim kierownikiem. Ustal system nagród. Wykonałeś plan miesięczny – pójdź do cukierni na dobrą kawę i ciastko. Wykonałeś plan kwartalny – weź sobie w pracy dzień wolny i spędź go tak jak lubisz. Wykonałeś plan roczny – możesz wybrać się na weekend z małżonkiem gdzieś niedaleko. Oczywiście nagrody są przykładowe, możesz spokojnie je zmienić. Ważna jest idea.

Po czwarte – czasami musisz się ukarać. Nie namawiam absolutnie do samobiczowania, samooskarżania, wmawiania sobie, że jesteś beznadziejny. Nie jesteś, po prostu czasami nawalasz. Każdy robi to od czasu do czasu. Staraj się wtedy odbyć pokutę i …. wracaj na ścieżkę regularnego odkładania. Jaka powinna być kara? To zależy od winy ale zawsze musi wnosić coś pozytywnego do Twojego życia. Jeżeli zapomniałeś dwa dni o swojej skarbonce – może to być telefon do nielubianej teściowej (może nie oszczędzisz szybko na dom, ale przynajmniej relacje z teściową się poprawią). Jeżeli wydałeś półroczne oszczędności – no tu już nie wykręcisz się byle czym – obiecaj sobie, że przez miesiąc podasz żonie śniadanie do łóżka. Zobaczysz jak się zdziwi.

Uzbierać na spełnienie marzeń. Część I.

Wszyscy o czymś marzymy.

Ponieważ jednak nasze doświadczenia, zwyczaje, sytuacja finansowa i rodzinna różnią się, nasze pragnienia też muszą być inne. Inaczej marzy młoda matka (o tym aby wreszcie wyspać się do woli i chociaż jest to niewymierne w pieniądzu, na razie nieosiągalne), pan w średnim wieku (rzucić wszystko, aby pojechać w podróż dookoła świata), jak i student (założyć firmę, która podbije świat).
Większość naszych pragnień ma jednak wspólny mianownik – zazwyczaj wymagają czasu, pieniędzy, bądź jednego i drugiego jednocześnie. O zaplanowaniu idealnego momentu na realizację swoich zamierzeń napiszę kiedy indziej. Teraz skupię się na kwestiach finansowych.
Dobra wiadomość jest taka, że masz sporą szansę na spełnienie marzeń. Wymaga to jednak: zaplanowania, dyscypliny i prawdziwej wiary w to, że miejsce do którego zdążamy jest właśnie, tym rzeczywiście najpiękniejszym.
PLANOWANIE – ZAMIEŃ MARZENIA W CELE
Niezależnie, czy marzymy o podróżach, przedmiotach lub wydarzeniach, zazwyczaj potrzebujemy pieniędzy na ich zmaterializowanie się. Czasami jest to kwota większa, a czasami całkiem niewielka. I tak, wycieczka do Francji, aby zobaczyć Paryż, może kosztować 1500 zł jak i kilkadziesiąt tysięcy zł (jeżeli planujemy zostać tam na rok). Wymiana auta to koszt od 1.000 zł do kilkuset tysięcy zł  (lub nawet milionów). Zakup lub budowa wymarzonego domu, kosztować nas będzie od kilkuset tysięcy zł do kilkudziesięciu milionów zł. Organizacja ślubu może wymagać od kilkunastu do kilkuset tysięcy złotych.
Trzeba zatem wiedzieć, co jest dla nas ważne i ile to kosztuje. To bardzo ważny moment. W ten sposób niesprecyzowane marzenie zmienia się w konkretny, namacalny cel. Posłużmy się tu przykładem domu. Marzysz o niewielkiej sielskiej chatce gdzieś na wsi. Sprawdziłeś w ogłoszeniach, że siedliska (dom z niewielką działką) kosztują w wymarzonej okolicy np. 100.000 zł. Oczywiście, aby spędzać tam weekendy i wakacje potrzebujesz jeszcze remontu – załóżmy, że za drugie tyle. Twój cel można zatem wyrazić sumą 200.000 zł i przyjemną wizją śpiewających ptaków, kawy na tarasie itp.
Druga kwestia – do kiedy pragniesz odłożyć pieniądze. Załóżmy, że wiedząc o wysokiej kwocie, masz świadomość trudności realizacji celu w 1 rok. Myślisz – dobrze byłoby stać się właścicielem takiej chatki w ciągu 10 lat. Remont będziesz prowadził na bieżąco (czyli wydasz 100.000 zł przez następne 10 lat). Rocznie musisz zaoszczędzić 10.000 zł tj. ok. 800 zł miesięcznie.
Teraz pojawia się problem – jak zaoszczędzić te 10.000 zł. Np. co roku, dostajesz w pracy nagrodę, ok. 3.000 zł. Zazwyczaj przeznaczałeś ją na gadżety. Ponieważ jednak naprawdę chcesz tego domu, postanawiasz – będę odkładał na realizację marzenia. Dodatkowo, ponieważ masz dwójkę dzieci, przysługuje Ci ulga podatkowa, co roku urząd skarbowy zwraca 2.400 zł. Wreszcie, postanawiasz rzucić palenie i zaoszczędzisz w ten sposób 400 zł w każdym miesiącu. Ile uzbierasz na koniec roku? Policzmy: 3000 zł + 2400 zł + 4800 zł = 10.200 zł.
W moim budżecie mogłoby się to udać (tylko zamiast papierosów wstawiłbym coś zupełnie innego), ale Ty musisz sprawdzić, czy cel jest osiągalny, tzn. czy nie stanowi dla Ciebie zbyt wielkiego obciążenia. Takiego ciężaru, którego nie jesteś w stanie podźwignąć. Przykład? Proszę bardzo. Zarabiasz miesięcznie 2.000 zł, Twój małżonek podobnie, macie dwójkę dzieci. I z tych 4.000 zł, aby zrealizować cel planujecie odłożyć połowę, nie mogąc jednocześnie w żaden sposób dorobić. To nierealne i im wcześniej sobie to uświadomicie tym lepiej. W podobną pułapkę wpadło wiele rodzin kupując na kredyt z ratą w wysokości połowy dochodów wymarzony dom pod miastem zamiast niewielkiego mieszkania.
W ten sposób dokonałeś czynności planowania. Wiesz, czego chcesz (domu), za ile (100.000 zł+ 100.000 zł remont), w jakim terminie (10 lat na zakup i 10 na remont), oraz jak to zrobić (rzucając palenie, odkładając nagrodę i zwrot ulgi na dziecko).

Zasada ,,+20%”

Doświadczenie nauczyło mnie, że warto w życiu kierować się zasadą „+20%”. Jeżeli jej nie znasz, krótko wytłumaczę, o co chodzi.

„+20%” to zwyczaj dokładania 20% wysiłku, pieniędzy, czasu, do wszystkiego, co trzeba wykonać. W praktyce wygląda to tak.

Załóżmy, że każdy z nas, żeby przeżyć, pracuje 40 godzin w tygodniu. Ja poświęcam na pracę minimum 48 godzin. Zdecydowanie szybciej zdobywam doświadczenie – no i więcej zarabiam.

Tekst, pisany w pracy, na studiach, powinien mieć minimum 100 słów. Zawsze dodaję do niego 20 słów ekstra. Pokazuje w ten sposób, że nie zadowalam się absolutnym minimum (tak jak w szkole oceną tzw. państwową czyli 2), kształcę stale swój charakter.

Żeby nauczyć się nowego zagadnienia, potrzebuję 10 godzin. Poświęcę 12 i będę umiał zdecydowanie lepiej, niż wszyscy moi konkurenci.

Aby być zdrowym, potrzebuję przynajmniej 30.minutowego wysiłku 3 razy w tygodniu. Ja ćwiczę 36 minut.

Czy to w ogóle działa? Powiem tak, zasada „+20%” zasadniczo zmieniła moje życie. To jeden z fundamentów bogactwa. Zobacz, jakie może mieć skutki.

Pracując 48 godzin tygodniowo zamiast 40, otrzymuję 20% większe wynagrodzenie. Czyli nagle mogę oszczędzić 12% moich zarobków, zamiast 10%, prawda? Nieprawda. Nagle mogę oszczędzić 25% moich zarobków, żyjąc na tym samym poziomie (oszczędzałem 10 zł ze 100 zł, teraz 30 zł ze 120 zł). Czyli poświęcając 20% czasu więcej, tempo przyrostu majątku rośnie o 200%. Ponieważ szybciej nabieram doświadczenia, po kilku latach mogę zażądać podwyżki, znacznie wyższej niż przeciętna.

Podobnie jest z większością wyzwań, które podejmuję. Uczę się więcej, mój szef więcej mi płaci. Ćwiczę więcej, jestem o wiele zdrowszy (większość pozytywnych zmian pojawia się dopiero po przekroczeniu tych 30 minut wysiłku). Wyższa stawka w firmie (wynikająca z mojego doświadczenia zdobytego przez intensywniejszą pracę) pozwala mi osiągnąć wzrost oszczędności, analogiczne do tych z pracy dłuższej o 8 godzin tygodniowo .

I na koniec, najlepszy skutek zasady „+20%”, szybko zmienia się ona w zasadę „+50%”, i nagle wyniki zamiast pełzać jak u większości, eksplodują.

I dotyczy to nie tylko finansów.

500 zł na dziecko

Jako rodzic byłem żywo zainteresowany obietnicą przyznania 500 zł na każde dziecko, złożoną jeszcze w kampanii prezydenckiej. Wprawdzie nagle okazało się, że wycofano się z pomysłu dofinansowania pierwszego dziecka „bogatych” rodziców, ale o wsparciu nadal było głośno. Oczywiście nie koncentrowałem się na doniesieniach medialnych, lecz sięgnąłem do projektu ustawy i oto co z niego wyczytałem.

„Bogactwo”, uniemożliwiające staranie się o to świadczenie na pierwsze dziecko, zdefiniowano na poziomie dochodu 800 zł na osobę netto (jeśli jedno z dzieci jest niepełnosprawne to 1200 zł). Do tego dochodu wlicza się wszystko, w tym dochody zwolnione  z opodatkowania (stypendia uczniowskie, świadczenia rodzinne, diety, alimenty), a nawet przychody opodatkowane ryczałtem (np. z najmu).  To pierwsza kwestia. W efekcie np. samotna matka zarabiająca 1350 zł netto, otrzymująca 500 zł alimentów na dziecko, przekroczy próg dochodowy i na jedynaka nie dostanie nic.  Jeżeli ma dwoje dzieci i zasądzone alimenty po 500 zł, może zarobić „aż” 1400 zł netto.

Jednocześnie sztywne pojęcie „dochodu” dla przedsiębiorcy oznacza, że rodzina z gigantycznymi przychodami, a jednocześnie minimalnymi dochodami w sensie księgowym (amortyzacja, koszty), obiektywnie bogata, przy niepracującej żonie, będzie uprawniona do 500 zł każde dziecko.

Podobnie będzie z rolnikami. Dochód jest tam pojmowany ryczałtowo, sumą 250 zł na hektar przeliczeniowy.  Czyli posiadanie przez rodzinę 9-hektarowego gospodarstwa (dla uproszczenia przeliczeniowego) pozwoli ubiegać się o świadczenie na pierwsze dziecko. Wybaczcie, ale poziom środków do dyspozycji u takiego rolnika, czy przedsiębiorcy, jest znacznie wyższy niż u samotnej matki na minimalnej.

W podobnej, uprzywilejowanej pozycji będą: pracujący na czarno w Polsce, nielegalnie za granicą, rentierzy (nie ma mowy o dochodzie z „podatku Belki”). Chyba nie chodziło o wsparcie szarej strefy, prawda? Jest jeszcze czas dopracować projekt.

Taka konstrukcja może powodować rozwody np. gdy jedno z rodziców pracuje legalnie, a drugie nie. Wtedy to, które zostaje z dzieckiem i nie ma miejsca zatrudnienia, świadczenie otrzyma.

I na koniec, największa kontrowersja, 500 zł na drugie i kolejne dziecko, niezależnie od dochodów rodziny.  W mojej ocenie to błąd i podzielam opinię rozmówców Pani Premier. Próg dochodowy powinien być. Wysoki, ale zawsze. Niech będzie to np. 6-krotność kwoty podstawowej (4800 zł na osobę), ale niech istnieje.  Brak takiej granicy niweczy dodatkowy cel projektu – wzrost przychodów państwa z tytułu podatków: dochodowego i VAT. Ludzie bogaci (a nie tylko zamożni) wydadzą często na wakacje poza granicami i skutek będzie żaden.  Moim zdaniem, także do poprawki.

Zamożność jest względna

Dlaczego uważam, że jest względna, tzn. nie ma jednej sumy pieniędzy, która pozwalałaby człowieka uznać za zamożnego?
Ponieważ każdy ma swój styl życia, mniej lub bardziej kosztowny. Nie zawsze wysoki poziom kosztów będzie przy tym wynikał z rozpasanej konsumpcji, ale często z okoliczności obiektywnych (duże miasto/wieś, singiel po studiach/rodzina z czwórką dzieci, zdrowy/chory itp.). Zawsze jednak dążyć trzeba, aby nasz próg zamożności znajdował się jak najniżej tj. aby do bezpieczeństwa finansowego potrzeba nam było jak najmniejszych kwot.
Istotnym plusem wydaje się możliwość wpływania na swój względny poziom zamożności. Jak to robić? Oto kilka rad:
1. Prowadź nieskomplikowany tryb życia.
Do szczęścia naprawdę nie potrzeba najnowszego smartphone’a, wielkiego telewizora, super drogiego auta i domu o dwudziestu pokojach. Mówi Ci to osoba, którą stać na każdą z tych rzeczy. Właściwie to jest zupełnie odwrotnie. Gadżety rozbudzają potrzeby, a więc kreują następne wydatki. Z wielofunkcyjnym telefonem czy przed telewizorem spędzamy mnóstwo czasu, który można wykorzystać pożytecznie (bądź po prostu na własne potrzeby). Supersamochód zazwyczaj dużo pali , wymaga kosztownego serwisu i wymiany co kilka lat, nie mówić już o tym, że wymusza ubezpieczenie AC i posiadanie garażu.
Nie namawiam, abyś jak Henry David Thoreau przeprowadził się do lasu, ale po prostu trochę wyluzuj. Sporządź listę rzeczy bez których możesz się obejść i … pozbądź się ich. Staraj się czas spędzać na w mniej kosztowny, ale ciągle satysfakcjonujący, sposób. Zamiast raz w roku na Wyspy Kanaryjskie, wyjedź dwa razy do spa lub w Bieszczady. Zamiast czekać raz w roku na wakacje all inclusive rób sobie mini wakacje (np. przedłużony o jeden dzień weekend) w każdym miesiącu. Wykorzystaj go na poznanie swojego województwa.
Jeżeli mieszkasz w mieszkaniu lub niewielkim domu, wydasz mniej niż domu ogromnym (i to w każdym obszarze: zakup, ubezpieczenie, prąd, woda, ogrzewanie, gaz). Pamiętaj o tym.
Nie wybieraj ciuchów z najwyższej półki cenowej. One często są wykonane podobnie jak te tańsze. Różnicę w cenie tworzy zysk producenta i marża sprzedawcy, który potrzebuje drogich salonów w centrach handlowych.
Ogranicz jadanie w restauracjach. Można bez nich przeżyć. Być może jestem nieobiektywny (moja żona świetnie gotuje), ale lepiej smakuje mi jedzenie domowe niż knajpiane. Jest przy tym znacznie tańsze (koszt produktów to mniej więcej 10% do 1/3 ceny dania lub trunku)
2. Ogranicz do minimum korzystanie z samochodu.
Wiem, nie zawsze jest to możliwe (np. rodzice dowożący codziennie chore dziecko na rehabilitację),ale w większości przypadków wykonalne. Świetnie jeżeli masz auto służbowe (ja niestety nie). W wielu przypadkach zamiast samochodem możesz pojechać rowerem, lub nawet pójść piechotą. W wielkim mieście w godzinach szczytu, może nawet szybciej znajdziesz się na miejscu.
W ten sposób posiadane już auto mniej się zniszczy, ograniczysz też wydatki na serwis, paliwo oraz ubezpieczenie (także cena OC zależy od liczby przejechanych kilometrów). Nie będziesz też musiał tak często wymieniać pojazdu na nowy.
I pamiętaj – kupuj najgorsze auto na jakie możesz sobie pozwolić, bez narażania się na śmierć zawodową i docinki otoczenia (co jest istotne zwłaszcza w tzw. zawodach prestiżowych).
3. Pozbądź się rzeczy.
Nie jestem minimalistą dążącym do posiadania tylko 100 przedmiotów. Niemniej jednak namawiam do ograniczenia dalszych zakupów i sprzedaż/wyrzucenie części rzeczy. Dlaczego? Każda rzecz kosztuje i domaga się naszej uwagi. Nawet jeśli nie korzystasz z niej, zużywa się i traci na wartości. Jeśli nie chcemy, aby był to proces szybki wydajemy pieniądze na naprawę lub serwis.
Pamiętaj, część przedmiotów rzadko używanych takich jak auto, dom wakacyjny, sprzęt sportowy, narzędzia a nawet naczynia można wypożyczyć. I zazwyczaj kosztuje to znacznie taniej niż posiadanie własnych.
4. Planuj wydatki i kupuj w okresach niższych cen.
Planowanie jest kluczem do obniżenia kosztów. Przykłady można by mnożyć: kupowanie na wyprzedażach, odkładanie zamiast zakupu na kredyt, możliwość starannego wyboru miejsca w którym kupujemy itp.
Każdy z tych sposobów oszczędza mi rocznie kilka tysięcy złotych.
Podobnie jest z okresami niższych cen. Coroczne wyprzedaże ubrań, zniżają ich cenę do 30-50% pierwotnej. Owoce są tańsze w lecie niż wczesną wiosną. Taniej kupisz okulary przeciwsłoneczne pod koniec sierpnia.
5. Nie bierz kredytów.
Usprawiedliwiam tylko jeden rodzaj kredytu – hipoteczny. Oczywiście dlatego, że sam go wziąłem. A serio: dotyczy przedmiotu o w zasadzie niemalejącej wartości (pomijając kryzysy), którego zakupu nie można w nieskończoność odkładać i kosztuje znacznie taniej niż pozostałe.
Jeżeli nie kupisz na górce cenowej, nie zadłużysz się w walucie obcej, zawsze możesz sprzedać swoje mieszkanie/dom i odzyskać pieniądze. Zwłaszcza, gdynie będzie Ci już potrzebny.
Gdy ceny pójdą w górę, masz szansę uczynić nieruchomość najlepszym produktem inwestycyjno-oszczędnościowym. Będziesz miał i przyrost wartości (który zrównoważy odsetki) i dach nad głową.
Pozostałe kredyty to zło. Są bowiem znacznie wyżej oprocentowane. Dług na karta kredytowej może być 3 razy droższy niż kredyt hipoteczny. Kredyt samochodowy będzie dwukrotnie droższy. I tak dalej, i tak dalej. Dotyczą przedmiotów i zdarzeń, które tracą na wartości bardzo szybko (sprzęt agd/rtv, auto) lub natychmiast (wakacje). Ze względu na niższe kwoty wydatków (kilkaset-kilkadziesiąt tysięcy złotych wobec kilkuset na dom), łatwiej można zgromadzić gotówkę i naprawdę warto poczekać.
Tych pięć rad pozwoli Ci obniżyć poziom zamożności względnej o kilkanaście-kilkadziesiąt procent.

Kto rano wstaje…

Zakończenia tego przysłowia są dwa. Jedno tradycyjne, znane wszystkim. Drugie żartobliwe (śniadanie podaje), ale równie bliskie prawdzie.

Jako zawołany śpioch podzielę się z Wami doświadczeniem, skutków zmiany własnych nawyków i zalet  porannego wstawania.

W pracy muszę być o godzinie 7.30. Przez wiele lat wstawałem o 6.20 (jeśli musiałem dojść do pracy, odprowadzając po drodze dzieci do przedszkola) lub nawet o 6.45 (zanim pojawili się synowie). Robiłem to z trudem i zawsze oceniałem siebie jako typową sowę.

Na początku tego roku moimi postanowień noworocznych były:

  • założenie tego bloga,
  • rozpoczęcie regularnych ćwiczeń fizycznych (minimum 3 razy w tygodniu),
  • przeczytanie 48 książek rocznie (w tym wszystkich noblistów z tej dekady, trochę klasyki światowej i polskiej, tytułów zawodowych, związanych z inwestowaniem),
  • danie rodzinie do zrozumienia, że naprawdę o nią dbam,
  • przypomnienie sobie  gry na pianinie,
  • nauka 500 słów z francuskiego.

Ponieważ jestem ojcem trzech chłopaków, pracuję 40 godzin w tygodniu, dodatkowo mam firmę prowadzoną popołudniami, stary dom, drugi jeszcze starszy dom na wsi z prawie półhektarowym ogrodem, oraz żonę która rozpoczęła weekendowe doksztalcanie wiedziałem – łatwo nie będzie. Po pierwsze – zero telewizji. Z tym poszło jak z płatka. Nigdy nie byłem telemaniakiem, wolałem poczytać. Po drugie jak zreorganizować popołudnia skoro trzeba zawieźć syna na zajęcia dodatkowe (trzy razy w tygodniu) i ewentualnie go odebrać, a własna firma wymuszała spotkania z klientem przynajmniej raz w tygodniu do 17. Zobaczyłem, że popołudnia są zajęte i nic z tym nie zrobię. Weekendy to albo zajęcia żony, albo praca w trybie dom/działka plus większe zakupy.  Rezerwy wydawał się mieć tylko ranek. I wtedy sięgnąłem do książki o filozofii małych zmian. Wstając w każdym tygodniu o 5 minut wcześniej, po pół roku przyzwyczaiłem się do pobudek o 4 rano. Tak, w tygodniu wstaję o czwartej. Dzięki temu mam czas na wszystko. Temu zawdzięczam możliwość blogowania, regularnego czytania, gry na pianinie.  Mój poranek wygląda tak:

4.00 – pobudka,

4.00 – 4.15 – śniadanie,

4.15-4.40 – runda na rowerze stacjonarnym, w tym czasie czytam książkę,

4.40 -5.10 (ew 5.40) – pisanie bloga,

do 6.00 – poranna higiena,

6.00-6.10 – wyprawa do piekarni po bułki,

6.10-6.45  – gra na pianinie,

6.45 – 6.55 – nauka słówek francuskich,

7.00 – wyjście do pracy.

Efekt po 11 miesiącach:

  • 2 do 3 godzin ćwiczeń w tygodniu,
  • 3- 5 postów na bloga w tygodniu (czyli około 20-30 stron znormalizowanego tekstu miesięcznie)
  • zagrany czysto mazurek op. 68 nr 2 Chopina,
  • 450 słówek z francuskiego,
  • przeczytane 50 książek.

Tak niezauważalna, i przyznam szczerze niewyobrażalna zmiana (kto dzisiaj ma 2 godziny dziennie czasu dla siebie, nie powodując wojen domowych o zaniedbywanie rodziny) zaczęła się od postanowienia o rannym wstawaniu. Podawanie śniadania także mnie dotyczy.

Czy dobrze zarabiający automatycznie znaczy bogatszy?

Dobrze zarabiający automatycznie znaczy bogatszy. Żartujesz, prawda? Bo to jedno z najgłupszych zdań, jakie zdarza mi się słyszeć o finansach osobistych. Oczywiście, łatwiej stać się zamożnym, zarabiając 27000 zł miesięcznie niż 2700 zł, ale nie oznacza to wcale, że każdy zarabiający więcej będzie bogatszy, czyli osiągnie większy majątek niż zarabiający mniej. Jak to działa?
Zapamiętaj dwa krótkie równania:
Oszczędności = dochody – wydatki
Oraz
Bogactwo = oszczędności + zysk z inwestycji x czas inwestycji
Skoro oszczędności to różnica między dochodami i wydatkami, więc wzrost wydatków może zniweczyć nawet spory skok w dochodach. Podobnie, lepszy zysk z inwestycji zniweluje różnicę w oszczędnościach (zainwestowanym kapitale). Identyczny skutek będzie miał wzrost  czasu trwania inwestycji.

Przykład:
Jan zarabia z żoną dwie średnie krajowe czyli 5400 zł. Wydaje tylko 3000 zł. Oszczędza tym samym miesięcznie 2400 zł – rocznie 28.800 zł. Taką sumę odkłada od 10 lat. Inwestuje ją ze stopą zwrotu 5 % (średnia dla rynku obligacji w długim okresie).
Marian zarabia 27.000 zł. Wynajął duży dom, kupił na kredyt nowe auto, spłaca raty za: komputer, wakacje, meble i drogi sprzęt Hi-Fi, nie żałuje sobie podróży, rozrywek, dobrego jedzenia, imprez i alkoholu. Miesięcznie zostaje mu tylko 4.000 zł. Przez 7 lat odłożył 336.000 zł. Pieniądze trzyma na lokacie, osiągając zysk 3% rocznie.
Józef ma pensję 3000 zł. Mieszka sam w kawalerce po babci. Ponieważ żyje oszczędnie na koniec miesiąca zostaje mu 2000 zł. Przez 12 lat inwestuje takie kwoty w akcje, zarabiając 10% rocznie.

Jak będzie wyglądać ich sytuacja?

Posiadane środki:

Jan  –  409 155 zł,

Marian  –  426 832 zł,

Józef –  588 545 zł.

Który z nich jest najbogatszy? Najmniej zarabiający Józef.

Dlaczego? Bo poznał dwa równania bogactwa i potrafił wykorzystać je na swoją korzyść.
Te zmienne na które miał największy wpływ (wydatki, okres inwestycji, stopa zwrotu) skutecznie podrasował. Pozwolił działać sile procentu składanego. Wyprzedził Mariana, który zarabiał blisko 10 razy więcej, a oszczędzał tylko 2 razy tyle.
Zapewniam Cię, że znam i Janów, i Marianów, i Józefów. Ty na pewno też. Po prostu rozejrzyj się dookoła.